Po pierwsze, w weekend nie można prezentować sondaży przedwyborczych. Po drugie, nie można prowadzić spotkań wyborczych. Po trzecie, już w niedzielę, w odległości 150 metrów od lokalu wyborczego nie można prowadzić agitacji. Nie ma wyłączanych forów internetowych, a także ewentualnego narażania się na karę, gdy komentuje wyniki w mediach społecznościowych.

Możemy zatem powiedzieć, że wszystkie ugrupowania zakończyły wczoraj swoje kampanie wyborcze. Koalicja Fidesz-KDNP zakończyła ją w miejscowości Székesfehérvár, w miejscu urodzenia premiera Viktora Orbána. Ugrupowania opozycyjne – chociaż nawołują do tak zwanego startu skoordynowanego i wycofują kandydatów w okręgach jednomandatowych, aby dać możliwość temu jednemu, który ma największe szanse w starciu z kandydatem Fidesz-KDNP. Ta wspólnota jest dość pozorna. Każde z ugrupowań kończyło oddzielnie, w Budapeszcie. Jobbik nie organizował oficjalnego zamknięcia kampanii, a małe spotkanie w Szolnok. Jak mówiono, ze względu na to, że generuje to niepotrzebne koszty, a po wygranej tej partii, ludzie sami będą świętowali.

O położeniu opozycji pisaliśmy na łamach dziennik.pl wielokrotnie, sięgnijmy zatem do obozu rządowego. W godzinach popołudniowych pociągi odjeżdżające ze stacji Budapeszt-Południowy zapełniały się zwolennikami Fideszu, którzy, niejednokrotnie ubrani w ubrania z pomarańczowymi akcentami, kolorem partii, jechali na ostatnie spotkanie ze swoim premierem, liderem ugrupowania.

Plac przed ratuszem pomału zapełniał się, potem zostanie szczelnie wypełniony, to kilka tysięcy osób. Ale zanim Viktor Orbán przemówił, była chwila na to, aby zapytać kilka osób dlaczego wspierają Fidesz. Odpowiedzi w dużej mierze uzależnione były od grupy wiekowej pytanego. Dominowali emeryci, w tłumie jeśli pojawili się młodzi ludzie, to wraz ze swoimi dziećmi, najmłodszych wyborców polityka najczęściej nie interesuje.

Jakie odpowiedzi dominowały? Przede wszystkim, że Orbán jest jedynym przywódcą, który potrafi bronić Węgier, tak przed migrantami, jak i w Brukseli. Drugi aspekt dotyczył polityki socjalnej, tak skierowanej do emerytów, jak i rodzin, trzeci zaś poprawy sytuacji gospodarczej. Porzućmy zatem główny temat kampanii, kryzys migracyjny i sięgnijmy do gospodarki.

Sukcesy gospodarcze nie przekładają się na podnoszenie stopy życia obywateli

Za Fideszem przemawiają wszystkie wskaźniki ekonomiczne. Wzrost PKB przekraczający 4%, wzrost produkcji przemysłowej, niskie, obniżka długu publicznego, podatek dochodowy, liniowy na poziomie 15%, czy CIT na poziomie 9%. Działania rządu idą dwutorowo. Z jednej strony polegają na prowadzeniu polityki, która przyciągnie zagranicznych inwestorów – to między innymi wspomniany CIT, ulgi podatkowe, zmiany w prawie pracy, które bardziej służą pracodawcom, aniżeli pracownikom. Bezrobocie sięga 3,8%. Należy jednak pamiętać, że w głównej mierze zawdzięczamy to temu, że rząd od lat prowadzi bogaty program prac publicznych, który nie ma charakteru doraźnego, a stały. Jak mówi premier, udało się wreszcie doprowadzić do zbudowania gospodarki opartej na pracy. Jeśli ktoś o pracę się nie ubiega bądź nie bierze udziału w robotach publicznych/interwencyjnych, nie będzie mógł otrzymać zasiłku dla bezrobotnych.

Z drugiej strony program socjalny, który jest nie do przecenienia w polityce Fideszu. Należy jednak wskazać, ze bogate odliczenia od podatku dla rodzin głównie 3+ zostały wprowadzone przez rządy lat 2002-2010, a zatem lewicowo-liberalnej koalicji Węgierskiej Partii Socjalistycznej i Związku Wolnych Demokratów. Jednak brak zabezpieczenia środków finansowych na pokrycie tych programów sprawiło, że były one jedną z przyczyn potężnego kryzysu gospodarczego, jaki przetoczył się przez Węgry.

Kiedy Fidesz doszedł do władzy, wprowadził wiele nowych danin publicznych. Orbán od razu wskazał, że ich celem nie jest zabezpieczenie środków na pokrycie hojnych programów socjalnych, a przede wszystkim spłaty zobowiązań finansowych, obsługi kredytu w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, obniżki długu publicznego, dążenia do obniżenia relacji deficytu budżetowego do PKB. W nowej, uchwalonej w 2011 roku konstytucji zapisano, że każdy kolejny budżet nie może bardziej zadłużać kraju, a wręcz to zadłużenie zmniejszać. Wprowadzono podatki od supermarketów, banków, podniesiono znacząco VAT do 27% i to na podstawowe produkty, co rykoszetem uderzyło w najuboższe rodziny.

Jak mówił wczoraj Viktor Orbán, Międzynarodowy Fundusz Walutowy został z Węgier wyrzucony, a pieniądze, które były przeznaczane na obsługę zobowiązań, zostały przyznane rodzinom. Jednym z programów, który budzi nad Wisłą spore emocje jest CSOK, program wsparcia mieszkalnego rodzin. Otóż, jeżeli ktoś zdecyduje się na posiadanie trójki dzieci w ciągu dziesięciu lat i podpisze stosowną umowę z państwem, w której się do tego zobowiąże, otrzyma równowartość ok. 130 000 złotych w gotówce, a także kredyt w tej samej wysokości, ze stałym oprocentowaniem gwarantowanym przez państwo w wysokości 3% na okres 25 lat.

Do programu mogą przystąpić osoby, które w danym momencie w ogóle nie mają dzieci. Jeśli z jakiegoś powodu nie uda im się posiąść/urodzić? trójki dzieci, to zwracają dotację proporcjonalnie do liczby nienarodzonych dzieci. Kwota 20 000 000 HUF jest wystarczającą, aby nabyć nawet dom w pobliżu Budapesztu i to bez zaciągania dodatkowych zobowiązań. Dotychczas państwo wspierało głównie rodziny 3+, ale od tego roku na hojniejszą pomoc mogą liczyć także rodziny 2+. Z kolei opozycyjna Polityka Może Być Inna domaga się tego, aby pomocą objęte były już rodziny 1+, bowiem ten staje się dominującym w społeczeństwie. Od stycznia 2016 roku, rząd obniżył VAT za zakup nowych mieszkań do 150 metrów oraz domów do 300 metrów z 27 do 5%. Jak argumentował wówczas Orbán, każda rodzina ma mieć zagwarantowany dach nad głową. Możemy powiedzieć, że rząd na programy socjalne najpierw zarobił, przyciągając tym samym do siebie niezdecydowanych wyborców.

Od 2010 roku, każda faktura za gaz opatrzona jest pomarańczową (można by zażartować – jakże przypadkowy to kolor) ramką, z której odbiorca dowiaduje się ile zaoszczędził dzięki ustawowym obniżkom cen energii, gazu. Państwo zmonopolizowało rynek i nakazało jego uczestnikom dostosowanie do rządowej polityki taryfowej. To tak zwane „rezsi” (pol. Reżi), nieprzetłumaczalne słowo-klucz, do serc wielu Węgrów.

Niemalże w przeddzień wyborów, rząd sfinansował kampanię, w której poinformował, że opłaty za energię zostaną obniżone w okresie zimowym o kolejne 12 000 HUF (ok. 156 złotych). Film promujący tę informację, przedstawia m.in. mroźną zimę i kaloryfer, którego kurek jest przekręcany z pola 1 na 6, co ma symbolizować w oczywisty sposób, że dzięki oszczędnościom najubożsi będą mogli się ogrzać. Jednocześnie 2,7 miliona emerytów otrzymało bony w wysokości 10 000 HUF (ok. 130 złotych). O obydwu sprawach, zainteresowani zostali poinformowani w listownie.

Jednocześnie, co paradoksalne, bogaty program socjalny i sukcesy gospodarcze nie przekładają się w stosunku 1:1 na podnoszenie stopy życia obywateli. Chociaż ze względu na zmianę sposobu obliczania poziomu biedy, trudno ustalić ile osób żyje w ubóstwie (ten odsetek sięgał nawet 40%), to bieda jest widoczna na ulicach. W samym tylko Budapeszcie żyją tysiące bezdomnych. Warto tutaj pamiętać, że bezdomność została niejako zakazana w konstytucji. Zdaniem socjologów, rząd nie prowadzi polityki, która pomoże podźwignąć się z biedy najuboższym, którymi w dużej części są Romowie. Na ich izolację i dyskryminację, zwracają uwagę w swoich raportach organizacje międzynarodowe.

Jednak tematy socjalne w tej kampanii zeszły na drugi plan. Po stronie rządowej, jak wskazałem, dominował kryzys migracyjny, po stronie opozycji zaś – przeciwdziałanie emigracji młodych Węgrów, przywrócenie autonomii w szkolnictwie, poprawy sytuacji w służbie zdrowia. Trudno jednak przypuszczać, aby większość wyborców kierowała się i tak bardzo skromnymi programami wyborczymi. Z kolei Fidesz, drugi raz z rzędu nie przedstawił programu, uznając, że Węgrzy wiedzą już za czym głosują.

Dr Dominik Héjj, politolog, redaktor naczelny portalu www.kropka.hu poświęconego węgierskiej polityce