Doskonałym przykładem jest sposób, w jaki swoją serię pytań rozpoczął Dan Sullivan. Senator z Alaski stwierdził, że Facebook to wspaniała historia – firma założona w akademiku, która w dekadę stała się światowym gigantem. - Coś takiego jest możliwe tylko w Ameryce, prawda? Nie dałoby się tego zrobić w Chinach? – zapytał polityk. Zuckerberg odparł, że w Chinach również jest kilka dużych firm technologicznych.

- Miał Pan odpowiedzieć: „tak” – zaśmiał się senator. – Staram się Panu pomóc! Proszę zaprotokołować, że odpowiedź brzmiała „tak” – dodał.

Jednak kiedy atmosfera na sali się rozluźniła, Sullivan zadał właściwe pytanie. – Czy nie uważa Pan, że Facebook stał się zbyt potężny?

Takich chwytów było wczoraj więcej. John Kennedy z Luizjany zaczął od stwierdzenia, że podziwia Zuckerberga za to, że jest bystry oraz że udało mu się zbudować taką amerykańską firmę. Po czym zaserwował jedną z mocniejszych wypowiedzi całej sesji: „Wasz regulamin użytkownika jest do d...”. - Niech Pan wróci do domu i powie swoim prawnikom, którzy pewnie są nieźli, skoro zarabiają po 1200 dolców za godzinę, że mają to napisać po angielsku, a nie w swahili – powiedział senator.

Politycy kilkukrotnie zresztą zwracali wczoraj uwagę na różne, nie do końca zrozumiałe aspekty funkcjonowania firmy. Kilkukrotnie powracał m.in. wątek tego, do kogo właściwie należą dane, jakie użytkownicy zamieszczają na portalu? – Kiedy mówimy, że to są wasze dane, mamy na myśli, że macie nad nimi kontrolę – stwierdził Zuckerberg w wymianie z Jonem Testerem. Odpowiedź ta nie przekonała senatora z Montany.

Kamala Harris przycisnęła z kolei prezesa w kwestii skandalu z Cambridge Analytica. Senator z Kalifornii chciała się dowiedzieć, czy w Facebooku miało miejsce w ogóle spotkanie, na którym zapadła decyzja odnośnie tego, aby nie informować 87 mln użytkowników o tym, że ich dane zostały naruszone. Zuckerberg uciekł do znanej już opinii publicznej wersji, że jego firma najpierw zażądała usunięcia tych danych oraz że błędem było nie dopilnowanie wówczas tej kwestii i nie poinformowanie o tym użytkowników.

Polityk przerwała mu jednak mówiąc: „A więc podjęto na podstawie tych kroków decyzję, aby jednak nie informować użytkowników?”. – Tak bym to rozumiał, tak – odparł przyparty do muru Zuckerberg.

Kwestia tego, w jaki sposób Facebook zareagował po wybuchu skandalu (pierwsze doniesienia w prasie pojawiły się już w 2015 r.) powracała kilkukrotnie, m.in. pod postacią pytania o to, czy zdaniem Zuckerberga portal miał „powinność etyczną” do poinformowania użytkowników o naruszeniu ich danych. Prezesowi udało się wymigać od jasnej odpowiedzi na to pytanie, chociaż zagadnięty przez senatora Deana Hellera z Newady, czy uznałby owe 87 mln użytkowników za ofiary, Zuckerberg odparł, że tak.

Senatorowie zadali wczoraj również kilka pytań, które – choć nie związane z Cambridge Analytica, a bardziej z codziennym funkcjonowaniem serwisu – wiszą jak znaki zapytania nad firmą. Sporo czasu poświęcono temu, czy i jak Facebook pilnuje, żeby na portalu nie publikowano nieodpowiednich treści – senator Patrick Leahy podał przykład komunikatów nawołujących do ludobójstwa w Birmie, które nie zostały zdjęte przez serwis. Zuckerberg obiecał, że firma pracuje nad udoskonaleniem służącej do tego technologii oraz zatrudnia dodatkowych pracowników, którzy mają monitorować treści w różnych językach.

Ale z kwestią tego, co jest, a co nie jest dopuszczalne na portalu – i tego, kto podejmuje takie decyzje – wiąże się inny wątek, który już pojawił się w debacie na temat Facebooka. Kilku senatorów (w tym Ted Cruz z Teksasu) zadało więc pytania odnośnie tego, czy serwis cenzuruje treści przez wzgląd na ich przynależność polityczną (np. w debacie o aborcji). Zuckerberg stanął bardzo mocno na stanowisku, że poza tym, co niedozwolone – czyli np. nawoływaniem do aktów terroryzmu czy przemocy – Facebook jest za swobodą ekspresji.

- A czy zna Pan poglądy polityczne każdej z osób, która jest odpowiedzialna za moderowanie portalu? – dopytywał Cruz. Zdziwiony Zuckerberg odparł, że firma nie może lustrować swoich pracowników w ten sposób. Senatorowie dopytywali również o kwestię uzależnienia od mediów społecznościowych – poważny problem zważywszy, że w interesie portalu jest to, żeby użytkownicy spędzali na nim jak najwięcej czasu.

Niepokojący był fakt, że Zuckerberg nie był w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie, jak długo Facebook przechowuje dane użytkownika po tym, jak ten zdecyduje się usunąć swoje konto. Odpowiedź o tym, że są przechowywane w wielu różnych systemach jednocześnie i pewnie odbywa się to możliwie szybko („moi ludzie wrócą do Państwa z konkretną odpowiedzią na to pytanie”) nie zachwyciła senatorów.

Niewielu senatorów zdecydowało się przycisnąć Zuckerberga. Lindsay Graham z Karoliny Południowej zapytał prezesa wprost: „Kto jest waszym największym konkurentem?”. Zuckerberg poczuł pismo nosem, bo jest to oczywiście wstęp do pytania o pozycję monopolistyczną – coś, czego na Kapitolu bardzo się nie lubi. Zaczął więc opowiadać, że firma konkuruje z różnymi podmiotami na różnych polach. Graham jednak nie chciał tego słuchać. – Powiem tak: jeśli kupię samochód i nie będę z niego zadowolony, następnym razem wybiorę inną markę. Gdzie mam założyć konto, jeśli nie spodoba mi się Facebook? – dopytywał senator.

- Czy jesteście monopolistą? – wypalił w końcu Graham.

- Ja tak tego nie odczuwam – wybrnął Zuckerberg.

Pytanie o monopol z kolei jest wstępem do pytania o regulowanie działalności tego typu biznesu. Za każdym razem, kiedy ten wątek się pojawiał, Zuckerberg mówił, że nie jest wrogiem regulacji i że firma będzie współpracować z Kongresem przy ewentualnym tworzeniu takich praw. Jakaś forma inicjatywy ustawodawczej ze strony Kongresu odnośnie danych użytkowników na chwilę obecną wydaje się być jednak nieunikniona, zważywszy, że takie zapowiedzi padły ze strony sali. - Nie chcę regulować Facebooka, ale Bóg mi świadkiem, zrobię to – zagroził senator Kennedy.

Ogólnie jednak Zuckerberg wyszedł z pięciogodzinnej sesji obronną ręką. Widać było, że prezes – który nie jest najlepszym mówcą – solidnie się przygotował. Pomogła mu w tym zresztą ekipa zewnętrznych konsultantów, których firma zatrudniła specjalnie na tą okazję, a którzy odgrywali z Zuckerbergiem przesłuchania „na sucho”.

Jeśli mielibyśmy o wyniku starcia wnioskować na podstawie nastrojów wśród inwestorów, to Zuckerbergowi udało się chwilowo odbudować ich zaufanie. Akcje Facebooka na początku wczorajszej sesji kosztowały 157.93 dol. Do końca dnia podrożały o 4,5 proc., do 165,04 dol. To wciąż poniżej poziomu ok. 180 dol. sprzed afery Cambridge Analytica, ale to oznacza, że w ciągu jednej sesji firma zyskała na wartości ok. 20 mld dol. To niewiele mniej niż łączna wartość PKO BP i PKN Orlen.