Mira Suchodolska: Kiedy agencja prasowa Bloomberg opublikowała badania dotyczące tzw. współczynnika ubóstwa, bardzo się zdziwiłam, że na pierwszym miejscu znajduje się Wenezuela, a nie żaden z afrykańskich krajów. Zresztą nie sposób znaleźć ich w pierwszej dziesiątce.

Grzegorz Lindenberg: Trzeba by się było przyjrzeć metodologii badania. Jednak faktem jest, że Afryka wymyka się statystykom. Bo jeśli inflację w jakimś kraju można jeszcze zmierzyć z zewnątrz, to już bezrobocia się nie da. W Afryce szara strefa jest na porządku dziennym: tylko nieliczni pracują na kontraktach, a znakomita większość radzi sobie, jak może, sprzedając towary na bazarach, prowadząc sklepiki, zakłady usługowe etc. Mało który kraj tego kontynentu zna coś takiego jak zasiłki dla bezrobotnych czy w ogóle słyszał o opiece społecznej.

Jest źle, ale nie wiadomo jak bardzo, co może być na rękę rządzącym. Jak to powiedział klasyk – masz pan gorączkę, zbij termometr.

Tam nie trzeba było zbijać termometru, bo nigdy nie był w użyciu, więc nie ma problemu. Chociaż gdyby wziąć pod uwagę samą inflację, to już niektóre kraje uplasowałyby się na pudle. Na przykład Zimbabwe za czasów Roberta Mugabe miało ją na poziomie 80 mld proc. rocznie. Trudno nam zrozumieć, co się tam zadziało i uwierzyć w to. Z kolei RPA ma całkiem przyzwoity, wypracowany jeszcze przez apartheid, system raportowania. Dlatego mówienie o Afryce jako o jednym organizmie jest z góry obarczone błędem. Są tam kraje całkiem przyzwoicie się rozwijające, są i takie, których specyfiki nie jest w stanie pojąć mieszkaniec sytego Zachodu.

Wydaje się, że także RPA jest dziś państwem, które chyli się ku upadkowi.

Ale nie jest to kraj upadły, choć nie najlepiej się w nim dzieje. Mógłby zmienić nazwę na Rozczarowanie Afryki. Do lat 90. było to najbardziej rozwinięte i najszybciej idące w górę państwo na kontynencie. Kiedy czarna większość przejęła władzę, to zaczęła wprowadzać demokrację i nastąpiła redystrybucja dóbr. Zaczęto odbierać ziemię białym lub odkupywać ją za grosze, przymusowo wprowadzać czarnych jako współwłaścicieli do firm. Osoby, które znalazły się na świeczniku, zapragnęły posiąść majątki. I stało się to, co zwykle dzieje się przy okazji rewolucji: nastały czasy niepewności, zamętu i korupcji, więc wycofali się inwestorzy. RPA z kraju niesprawiedliwości społecznych, ale sprawnie zarządzanego i z dobrą gospodarką, stało się państwem podupadłym, bez wzrostu PKB. Jedyne, co się utrzymało na wysokim poziomie, to przyrost naturalny. To nie jest państwo będące wzorem dla innych, co gorsza, nie jest już w stanie absorbować siły roboczej z innych, biedniejszych krajów regionu, tak jak kiedyś.

Świat niewiele wie o Afryce. Słyszy o niej, że to albo zagłębie nędzy i chorób, albo pełen naturalnych bogactw obszar, który zaczyna się rozwijać głównie dzięki inwestycjom chińskim.

Poza kilkoma dynamicznie się rozwijającymi wyjątkami, jak np. Botswaną czy krajami surowcowymi, jak Nigeria czy Angola, Afryka nie liczy się na świecie. Tak, ma bogactwa naturalne – kawę, kakao, diamenty – ale to drobiazgi. Ma też poważniejsze zasoby – ropę i gaz, rudy żelaza i aluminium. Ale to tylko surowce. Nie istnieją przemysł, usługi poza turystyką. To przerażające, że kontynent, na którym mieszka jedna szósta mieszkańców planety, nie liczy się jako partner w światowej gospodarce. Porównajmy Afrykę i Chiny. Afryka jest biedniejsza, towary i praca są więc tu tańsze, wydawać by się mogło, że będzie swoje towary wysyłać do Państwa Środka. Jest na odwrót – to Chiny zalewają Czarny Ląd towarami, maszynami, odzieżą. A kupują stamtąd surowce. Bilans jest taki, że roczny eksport Chin to 100 mld dol., a import 70 mld dol. Biedna Afryka dotuje więc bogatsze państwo okrągłą kwotą 30 mld dol.

Chiny są też bankiem Afryki. Pożyczają jej pieniądze i inwestują.

Są największym partnerem handlowym, ale nie największym inwestorem. Tym jest, wbrew pozorom, Unia Europejska, a raczej kraje do niej należące: Włochy, Francja, Wielka Brytania i Niemcy. W 2015 r. Wspólnota wyłożyła 30 mld dol., a Chiny – 2–3 mld dol. Ale jeśli chodzi o bankowość, to Chiny są największym pożyczkodawcą na Czarnym Lądzie. Zwłaszcza China Exim Bank, który zostawia tam drugą, po Banku Światowym, kwotę pieniędzy. Od 2000 r. do 2014 r. było to 66 mld dol., do czego należy doliczyć jeszcze kolejne 20 mld wyłożone przez chińskie firmy. W 2015 r. prezydent Chin ogłosił publicznie zamiar wyłożenia następnych 60 mld dol. na sfinansowanie rozwoju Afryki. Nie wiadomo, co prawda, jaki miałby być harmonogram i cele, ale już sama kwota robi wrażenie.