Ale od początku. Nim zaczął się weekend, przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański radośnie ogłosił, że praktycznie jest już zdecydowane, że od przyszłego roku abonament RTV będzie pokrywany z budżetu państwa. Na pierwszy rzut oka wszyscy powinni odetchnąć. Nareszcie koniec z regularnie powtarzanymi w mediach groźbami, jakie to kary spadną na osoby niepłacące haraczu, gdy tylko wytropi je nasłany przecz Pocztę Polską listonosz. Wreszcie będzie można przestać odbierać polecone na progu, po uprzednim zamknięciu drzwi na klucz i zastawieniu ich na wszelki wypadek także własnym ciałem. A jaką ulgę odczują listonosze, zmuszeni często udawać niewidomych. Zwłaszcza, gdy właściciel, wiszącego na ścianie 52-calowego ekranu, posiada również, uśmiechającego się całym pyskiem, rottweilera.

Ulga warta marne dwa miliardy złotych - bo tyle szacunkowo miałaby dostać telewizja narodowa, na co dzień przypadkiem pracująca dla rządu. Ów postanowił wykazać się podwójnie sprytnym pociągnięciem. Za miłe uczucie obywatele zapłacą z własnej kieszeni, do której zawsze potrafi zajrzeć fiskus. Do tej pory abonament zostawiał ludziom mocno ułomny, ale mimo wszystko margines wolności. Gdy wyborca Prawa i Sprawiedliwości widział w publicznej kolejny program Tomasza Lisa, którego życiową misją jest flekowanie prezesa PiS, zawsze mógł powiedzieć dość. Ani jednej wpłaty więcej! Telewizor i radio wyrejestruję, a każdego, dostrzeżonego na ulicy listonosza obrzucę kamieniami. Abonamentu nie zapłacę nawet komornikowi! Po programie Jana Pospieszalskiego dokładnie to samo mógł zrobić wyborca PO. I tylko listonosze nie wiedzieli, z czyjej ręki tym razem oberwą.

Dofinansowanie do garsonki redaktor Holeckiej

Po likwidacji abonamentu nie będzie już żadnych dróg ucieczki. Każdy podatnik zacznie dokładać do telewizji narodowej. Sterany życiem kierowca, tankując na stacji benzynowej, z uiszczonej akcyzy dofinansuje nową garsonkę Danuty Holeckiej. Młoda studentka, kupując pierwszą w życiu książkę, dołoży się, zapłaconym VAT-em do rachunku za stomatologa Michała Rachonia. Zaś regularnie spożywający wyroby alkoholowe bezrobotny będzie mógł powiedzieć, że zwiewna kiecka Magdaleny Ogórek to jego zasługa. Być może patrząc na to, jak gwiazda TVP się w niej prezentuje, poczuje się nawet odrobinę szczęśliwszym człowiekiem. Gorzej, gdy na kolorowej okładce tabloidu zobaczy nową furę Jacka Kurskiego.

W Polsce fiskus odnotowuje wpływy podatków od ok. 25 mln osób. Co przy 2 mld zł, przekazywanych rocznie z budżetu państwa na TVP, oznacza obciążenie każdego średnio kwotą ok. 80 zł.

Niby niewiele, lecz nie o sumę chodzi, lecz o zasadę. Obywatel ma wsadzić mordę w kubeł i co najwyżej spozierać sobie na paski biegnące przez ekran w TVP Info, bez względu na to, czy czuje się nimi rozbawiony, czy patriotycznie wzmożony. Oczywiście może wyłączyć odbiornik lub nawet potraktować go kubkiem. Ale gdy potem kupi sobie nowy telewizor lub kubek, to i przy tej okazji zapłaci podatek na TVP.

W Rzeczpospolitej Obojga Narodów każdy szanujący się szlachcic, uświadomiwszy sobie to rażące nadużycie, powiedziałby władzy twarde „veto”. Skoro dla dobra wspólnego godził się płacić podatki, miał prawo decydowania, jak są użyte jego pieniądze. Jeśli więc obóz władzy chce dawać rocznie telewizji narodowej dwa miliardy, wyszarpane z kieszeni Polaków, to wszyscy donatorzy powinni otrzymać prawo głosu. Tak, aby realnie mogli wpłynąć na to, co zobaczą potem na ekranie. Zrobić to mogą jedynie pośrednio, a mianowicie sami wybierając prezesa telewizji narodowej. Jeśli dzieje się to już w przypadku: radnych, prezydentów miast, posłów i senatorów, a nawet prezydenta państwa, to czemu nie dołożyć do tej listy szefa wszystkich szefów w TVP?

Co może prezes?

Człowiek ten wywiera o wiele większy wpływ na codzienny komfort życia przeciętnego obywatela, niż jakiś tam szeregowy poseł. To on ma władzę, by ostatecznie zdecydować, jaki los czeka serial „Klan”. W jego gestii jest to, na ile programy informacyjne będą powiązane z realną rzeczywistością lub zupełnie od niej oderwane oraz mnóstwo innych drobiazgów powodujących, że telewidz od razu ma chęć chwycić za kubek. Wszystko to mogą diametralnie zmienić powszechne wybory prezesa.

Nieuniknione jest, że każda partia wystawiłaby własnego kandydata, promując go z zaangażowaniem godnym wyborów prezydenckich. Jednak i wcześniejsi prezesi byli z politycznego nadania, wiec tu niewiele się zmieni. Jednak kandydat musiałby przedstawić wyborcom choć zarys swego programu telewizyjnego na kolejne pięć lat, czyli do końca kadencji. Szczegółowo wskazując, kogo będzie wolał promować na szklanym ekranie, a kogo natychmiast uczyni bezrobotnym. Przy czym ten drugi punkt mógłby przyciągać dużo większą liczbę głosów.

WYWIAD-LEGENDA. Jacek Kurski: Jesteśmy bliżsi prawdy niż tamci >>>

Taka reforma dałaby też okazję do przetestowania w praktyce pomysłu „głosowania rodzinnego”, promowanego przez wicepremiera Jarosława Gowina. Rodzice od lat się skarżą, że telewizja deprawuje im dzieci. W tym wypadku, każdy posiadacz dużego przychówku mógłby oddać wszystkie swe głosy na najbardziej cnotliwego kandydata, przysięgającego publicznie, że z ekranu zniknie przemoc i golizna. Z kolei miłośnicy tego rodzaju filmów i programów rozrywkowych zostaliby zmotywowani do postarania się o większą liczbę własnych dzieci, żeby nie dać się zepchnąć na margines oraz do płatnych telewizji kablowych. Tym sposobem można osłabić, wiszącą nad Polską groźbę klęski demograficznej. Jedyni, którzy na demokratyzacji telewizji narodowej stracą, to politycy, bo pracownicy TVP w końcu będą musieli starać się zadowolić nie ich, lecz uzbrojonych w kartkę wyborczą widzów.

Jeszcze tylko ta misja...

Argumentem przeciw oddaniu telewizji z nazwy narodowej rzeczywiście w ręce narodu byłoby, że ów ma głęboko w nosie wszelkie programy misyjne. Najlepiej świadczą o tym słupki oglądalności. Tę stratę da się przeboleć. Skoro przez niemal trzy dekady nie udawało się TVP realizować misji publicznej, to naprawdę brak przesłanek, żeby kiedykolwiek miało się to udać.

Oczywiście niniejsza propozycja nie ma szansy realizacji, bo żaden obóz władzy telewizji żywcem narodowi nie odda. Nie zgodzi się też na dobrowolne płacenie abonamentu jedynie przez tych, którzy chcą ją oglądać. Wówczas z kolei mogłoby się okazać, że prawie nikt go nie płaci. Co stanowiłoby zbyt widoczny dowód na to, komu tak naprawdę TVP jest jeszcze potrzebna.