Magdalena Rigamonti: Satyra jest orężem.
Krzysztof Piasecki: Tak zaczynamy?

Hm.
Jest. Ostatnio jest. Ma być. Wyraźnie mi to powiedział Jacek Kurski, prezes TVP. Dwukrotnie. Zaraz po tym, kiedy ocenzurował mój monolog. Połowę wyciął. Nie on osobiście, jego ludzie.

Polityczny?
Miejski raczej. Mówiłem o tym, że się urodziłem za komuny, że wszystko było inaczej i że teraz wszystko się zmieniło, nawet miasta zmieniły nazwy, że był Stargard Szczeciński, a teraz mamy Stargard, że Piotrków Trybunalski też ma już mieć skróconą nazwę, wiadomo, przez aferę z Trybunałem Konstytucyjnym. I o tym, że jest tylko jedno miasto, które chce mieć dłuższą nazwę, podwójną.

Jarosław?
Tak. Ma się nazywać Jarosław Zdrój.

I Jarosława wycięli?
Całą sekwencję o miastach wycięli. Zadzwoniłem do kolegów z kabaretu OT.TO, którzy mnie do tego programu zaprosili, żeby się dowiedzieć, kto za tym stoi. Nie wiedzieli. Kiedy program już był przeznaczony do emisji, przyszło zarządzenie „z góry”, że trzeba ocenzurować. Jak trzeba, to trzeba. Za komuny było lepiej, bo cenzurowali przed nagraniem. Zresztą, wtedy wszystko było jasne - był cenzor, było cenzurowanie, były pokazy dla cenzury. I wiedzieliśmy, jak cenzurę obchodzić, jak wyprowadzać w pole, jak pisać aluzyjnie. A teraz oficjalnie cenzury nie ma, a przecież jest, bo sam jej doświadczyłem.

Prawie 29 lat po upadku komunizmu.
Nawdychaliśmy się tej wolności i starczy.

I co, Kurski dzwonił, żeby się tłumaczyć?
Skąd. Dzwonił, bo chciał mieć Janusza Rewińskiego u siebie. A Rewiński powiedział, że i owszem, ale ze mną.

Jak kiedyś.
Tak, jak kiedyś. Kurski chciał, żeby TVP miała taką „Ale plamę”, program satyryczny, jaki kiedyś z Januszem robiliśmy w TVN. Oczywiście, nie taką, bo przecież wiemy, jakie mój kolega Rewiński ma preferencje polityczne, jak bardzo skręcił w prawo, jak jest prorządowy. I jeśli nawet mógłbym go kontrować, to i tak wyglądałoby to, jakby mysz ryczała na czołg. Zresztą, o czym tu gadać, mówiłem pani, że jest cenzura. Kurskiemu chodzi o to, żeby również satyrą kopać leżącego, czyli opozycję, a kiedy mu to powiedziałem, z wrodzoną sobie delikatnością oświadczył: Jagiełło nie dorżnął Krzyżaków po bitwie pod Grunwaldem i potem miał problemy... Zatkało mnie. Ale tylko na chwilę. Zdążyłem jeszcze tylko sparafrazować słowa ministra, za którym i Kurski, i jego przyjaciele nie przepadają, że nie interesuje mnie dorzynanie watahy.

Kiedy Edward Miszczak wyrzucał Szymona Majewskiego z TVN, mówił, że lemingi nie chcą śmiać się Platformy. To jest chyba to samo.
A my, kiedy byliśmy z Januszem w TVN, staraliśmy się być przedstawicielami elektoratu. Wtedy rządził AWS i co ciekawe, co jakiś czas dochodziło do nas, że są pretensje o to, że coś źle powiedzieliśmy.

Kto miał te pretensje?
Politycy. Ale po pewnym czasie zadzwonił ktoś z sekretariatu premiera Buzka i powiedział, że już pretensji nie będzie, bo się politycy zorientowali, że równo walimy we wszystkich. Śmialiśmy się z Jolanty Kwaśniewskiej. To był czas, kiedy niektórzy telewizyjni decydenci mieli pomysł, by z niej zrobić „królową ludzkich serc”. Pewnego dnia charakteryzujemy się z Januszem, smarują nas, pudrują, a obok półleży Bożena Walter, też charakteryzowana przed występem. Nagle Janusz do niej mówi: „Przepraszam bardzo, pani Bożeno, bo my się z tej Jolki tak naśmiewamy, a panie się tak przyjaźnicie, tak występujecie razem w tych reklamówkach fundacji... Nie za bardzo się naśmiewamy?”. I usłyszeliśmy tylko: „za bardzo”. I za chwilę nasz program zaczął skakać po ramówce, zmieniać godzinę emisji. To jest oczywiście znak, że coś się dzieje, że nie jest się mile widzianym, że zaraz zacznie spadać oglądalność, że można program wyrzucić. I samemu do siebie powiedzieć: I po coś się pytał, Janusz, po coś? Nam chodziło o to, żeby śmiać się ze wszystkich, robić program rozrywkowy.

Jan Pietrzak powiedział, że takie mamy czasy, że trzeba śmiać się z opozycji.
To jest właśnie dorzynanie watahy i propagandowe myślenie. Jacek Kurski myśli jak najlepszy propagandzista. Niech pani teraz włączy „W tyle wizji” i zobaczy, co tam się dzieje.

Pan zazdrości.
Pani Magdo, Marcin Wolski, ten sam, który pani kiedyś powiedział „wygrała ta partia i morda w kubeł”, dzwonił, proponował, bym przyszedł i brał udział w tym programie. Odmówiłem. Potem jakaś pani z telewizji zapytała, czy jestem skłonny pracować przy jakimś programie w telewizji publicznej. Nie byłem. Suweren by mi tego nie wybaczył.

Posłuchałam pana monologu z 1991 roku i z 2018 o Polsce A, B i C.
To ten sam monolog, tylko lekko zmodyfikowany. Mówię go, bo zatoczyliśmy koło, przeszliśmy jakąś drogę i jesteśmy w tym samym miejscu, dotarliśmy do tego samego punktu. Do punktu, w którym nie chciałem się nigdy znaleźć, a w którym większość z nas nie widzi zagrożenia. Okazuje się, że mentalność socjalistyczna nabyta przez całe pokolenia, również przez moje, wlazła w nas głęboko, mentalność akceptująca fakt, że jest dobry i surowy pan, który jak potrzeba, wymierza sprawiedliwość, mówi, co jeść, gdzie chodzić, kto jest wrogiem, kto przyjacielem i że już nie trzeba myśleć... To wzięło się chyba jeszcze z zaborów, konkretnie jednego, rosyjskiego. Proszę zauważyć, że przez całe lata, za komuny, mówiło się, że to, jacy jesteśmy, jest właśnie winą komuny, że jesteśmy leniwi, pijemy wódkę, donosimy, nie umiemy żyć w zgodzie, mamy pretensje do całego świata, tylko nie do siebie, a kompleks niższości równoważymy kompleksem wyższości. A to niczyja wina, tylko takim jesteśmy narodem.

To się nazywa plucie na Polskę.
Nie, to się nazywa trzeźwa ocena sytuacji. Po 1989 roku, mniej więcej na 25 lat te wszystkie nasze straszne cechy gdzieś się pochowały. Z przyjemnością patrzyłem, jak przez lata demokracji Polacy się zmieniają, jak zaczynają się uśmiechać, rozmawiać ze sobą, być uczyni. Teraz obserwuję z przerażeniem, jak wyłażą wszystkie złe cechy. A wyłażą, bo jest przyzwolenie na nienawiść, na niechęć do drugiego człowieka, ba, na mówienie o tym otwarcie. Ludzie nie mają wstydu. Jedna ciekawostka mi się przypomniała - przez lata demokracji obserwowałem, jak się zmienia stosunek Polaków do alkoholu. A to dlatego, że grałem sporo na firmowych bankietach. Proszę sobie wyobrazić, że w pierwszych latach po 1989 roku miałem wpisane w umowę, że muszę wystąpić zaraz na początku imprezy, bo później zwyczajnie już nie było dla kogo. Potem, i wiele lat to trwało, mogłem występować i o 1 w nocy, bo ludzie sączyli winko, delikatne drinki.

A teraz?
Teraz ludzie boją się śmiać. Humor jest czymś podejrzanym. Musimy być godni, napompowani, patriotyczni, dumni z Polski, ale nie uśmiechnięci. Na bankietach firmowych, ale także na imprezach plenerowych, jak dni miast, na których przecież publiczność bywa przypadkowa, następuje zjawisko dotychczas nieznane: kiedy pada żart dotyczący rządu, na sali dwustuosobowej słychać pięć śmiechów, po następnym dziesięć, po kolejnym dwadzieścia i wreszcie cała sala reaguje. Ludzie boją się tego, jak na żarty zareaguje pozostała część publiczności. Występuję od lat i nawet za komuny takie zjawisko było nieznane. Nigdy wcześniej nie spotkałem się też z tym, żeby zamawiający mój występ, już po podpisaniu umowy, wysyłał mail z życzeniem, a w zasadzie rozkazem, bym nie poruszał tematów politycznych.

Może to żarty.
Niestety nie. I ja te prośby muszę respektować. Dla mnie trudne, bo polityka to moja natura, więc na początku się pilnuję, a potem mi się wymyka, przepraszam, tłumaczę, że miałem nie mówić o broszce, o Jarosławiu, o służbie zdrowia. I uciekam w aluzje.

I wszyscy się śmieją?
Nie wszyscy. Moje pokolenie się śmieje. Trochę młodsi też. A pozostali z reguły nie rozumieją, że to aluzja. Inteligentny dowcip to taki, który powstaje w głowie widza. A widz niekoniecznie chce myśleć, tylko się śmiać, a w zasadzie rechotać. Z tym że nie z każdego, bo dożyliśmy czasów, kiedy niektórzy politycy są pod ochroną. I w tej kwestii jest gorzej niż za komuny. Wtedy przynajmniej wszyscy byli po jednej stronie, nawet partyjni śmiali się jak wariaci, kiedy się o nich mówiło. I przede wszystkim wtedy zawsze był ten Ruski po drugiej stronie, „to nie my, to Ruscy”, wszystkiemu winni Ruscy. Alibi. I wentyl. A teraz jest tak, że zawsze ktoś się obraża. Zawsze. Jak nie jedni, to drudzy. Władza nie chce, żeby z niej żartować, wyborcy tej władzy takich żartów też nie chcą. Choć nie wiem, czy pani zauważyła, że kiedy prezes Kaczyński siedzi w sejmowej ławie, często się śmieje. Ciekawe z czego?

Może z opozycji.
Ciekawe, że ludzi z grubsza wzrusza to samo, płaczą w tych samych miejscach na filmach, natomiast śmiech ma sto odmian. Być może jest tak, że my lubimy być podzieleni, również ze względu na śmiech.

Śmiech to też polityka.
Mam taki monolog, w którym mówię, że Polska jest podzielona na pół, i to pół jest jeszcze na pół i wychodzi na to, że ćwiartka zagłosowała na obecną władzę. Mówię też, że Polacy są narodem jednomyślnym. Jedna połowa myśli, że druga połowa jest durna, a druga połowa myśli, że pierwsza. Wszyscy myślą to samo. I wie pani, że ten żart jest najsłabiej chwytany.

Bo mówi o wszystkich.
Oczywiście.

Smutne.
I śmieszne. Na tym polega satyra. Staram się zawsze stanąć pół kroku z boku, z tyłu, z przodu i patrzeć na to, co się dzieje. Nawet „Wiadomości” oglądam, żeby się dowiedzieć, czego dowiaduje się suweren. Oglądam też „Fakty” i ich też łapię czasem na propagandzie. Mam przyjaciela po tamtej stronie mocy, który uważa, że jestem oszukiwany, że on wie naprawdę, a ja nie i w związku z tym jestem w sensie politycznym niepełnosprawny.

Miałam nadzieję, że z panem będzie śmiesznie.
Jeszcze może być.

Smutek z pana bije.
Nie ze mnie, z Polski. Chociaż z pewnością ze mnie też.

Zastanawiałam się dość długo, czy pana pytać o prywatny smutek.
O śmierć syna?

Hm. Pytać o to, jak być satyrykiem po takim doświadczeniu.
Opuściłem nagranie tylko jednego programu „Szkoda gadać” w telewizji publicznej. Janusz Rewiński sam wystąpił. Na zakończenie powiedział coś ważnego, wzruszającego. To pomaga, ale na krótko. Jak pogłaskanie po głowie. Na pierwszy występ pojechałem chyba już dziesięć dni po wypadku syna. Miałem wrażenie, że skoro wychodzę na scenę i zapominam o tym, co się stało, to praca mi pomaga. Poza tym czułem, że ludzie mi pomagają. Pamiętam występ w Koszalinie. Wchodzę na scenę i dostaję wielkie brawa. Naprawdę ogromne.

Co się czuje?
To jest moment, dla którego się to robi. To jest, co tu dużo gadać, rodzaj władzy. Byłem przekonany, że oni wiedzą i chcą dać mi siłę.

Część wiedziała. Gazety pisały.
To była metafizyka, energia jakaś, czułem pomoc.

Podchodzili po występach?
Nie. Raz tylko się zdarzyło, że ktoś obcy zareagował. Mam chatę w górach, pojechałem tam po śmierci Wojtka. Przyszli ludzie, którzy mieszkają niedaleko. Przytulili mnie. Stracili córkę, a więc rozumieli, co czuję. Nie da się tego uczucia opowiedzieć, nie da się przeżyć, nie da się żyć tak, jak kiedyś.

Ale wraca się do domu, trzeba napisać tekst, muzykę, monolog, ma być śmiesznie.
Ze trzy lata trwało, zanim po napisaniu tekstu poczułem, że jest ok, że jestem w miarę zadowolony, że ten tekst jest taki, jaki bym napisał wcześniej, przed śmiercią syna. Byłem nawet przekonany, że już się pogodziłem z losem, z tym, co się stało, że już swoje przecierpiałem. Okazało się jednak, że nie, że powiedzenie „czas leczy rany” nie ma nic wspólnego z prawdą. Niedawno też zrozumiałem, że nie przeżyłem żałoby.

Może dlatego, że od razu pan ruszył do pracy, na scenę.
Nie o to chodzi. Mentalnie nie dopuszczałem do siebie myśli, że mój syn nie żyje. Nieprzeżyta żałoba jest czymś strasznym, najgorszym, bo ona się kumuluje. Proszę sobie wyobrazić, że dopiero teraz, po 10 latach przyszedł moment, kiedy świadomie mogę ją przeżyć. I rozdrapuję rany, które mi się powierzchniowo zabliźniły.
Jeśli tego nie zrobię, to nie dam sobie rady sam ze sobą. To się nawarstwiało przez lata, stawałem się coraz bardziej, no właśnie, chyba coraz bardziej smutny. Kiedy ostatnio kilka razy poczułem się tak, jak przedtem, przed śmiercią syna, dopiero zdałem sobie sprawę, jak daleko zaszedłem w stronę smutku. To jest tak, jakby osobie powoli tracącej wzrok ktoś nagle założył okulary. I wtedy dopiero widać, jak świat wygląda. Bo to nie umiera jedno dziecko, syn, tylko umiera sto osób albo więcej, umiera to dziecko, które się widziało po urodzeniu, chłopiec, który miał trzy lata, ten, co miał siedem, piętnaście... Przychodzą do mnie wspomnienia, o których nie pamiętałem, ba, nie wiedziałem, że one są. Przychodzi poczucie winy za rzeczy, które się wydarzyły, za które chciałoby się przeprosić... Sama pani widzi, że muszę mówić. Przez 10 lat w zasadzie z nikim o tym nie rozmawiałem, publicznie nigdy. Wiem też, że jak się coś takiego przeżyje, to więcej się rozumie. Rozumie się, co to znaczy strata, co może czuć człowiek, który na przykład stracił brata bliźniaka.

Z tego pan się nie śmieje.
Nie, bo z traum, ze śmierci, z żałoby się nie śmieję. Oczywiście ludzie różnie przeżywają żałobę. Są tacy, którzy uważają, że to, co ich dotknęło, jest krzyczącą niesprawiedliwością. I jest tak ogromnym ładunkiem cierpienia, że w związku z tym należy im się od życia coś więcej niż innym. Ja uważam, że spotkało mnie po prostu nieszczęście.

I jak tu do śmiechu pisać?
Człowiek chce, jak ta roślinka, przebić się przez ziemię i wyleźć na słońce. Wiem, że nie każdy. Ja na pewno. Jestem satyrykiem. Czynnym. Wiele przede mną. Zawsze najbardziej lubiłem ciszę przed puentą.