Dzieje się tak z wielu przyczyn. Podstawowa jest taka, że rozmowę o przyszłości często odkłada się w Unii na później, bo zawsze wyskakuje „coś innego”, co odwraca uwagę i  wymaga natychmiastowego rozwiązania. Najczęściej jakiś kryzys.

A więc ponad dekadę temu, kiedy Unia zastanawiała się, co dalej po największym rozszerzeniu w historii, wybuchł globalny kryzys finansowy i trzeba było ratować banki. Kiedy sytuacja z bankami była mniej więcej ogarnięta, trzeba było ratować całe państwa. Kiedy zbailoutowano już wszystkich potrzebujących, w oczy Europejczykom zajrzał kryzys wzrostu i obawa, że gospodarki na Starym Kontynencie nigdy już nie ruszą z kopyta. Jakby tego było mało, jednocześnie wybuchł kryzys migracyjny, a przy okazji Brytyjczycy podjęli decyzję o opuszczeniu Unii.

Kiedy jednak szok spowodowany wynikiem referendum na Wyspach minął, wskaźniki gospodarcze drgnęły, a potok migrantów się zmniejszył, nad Unią pojawiła się iskierka nadziei. Wreszcie nie musimy walczyć z żadnymi problemami! Można pomyśleć o przyszłości! – deklarował przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker, czego efektem były wspomniane już szkice o przyszłości UE. Ten reformatorski nastrój podgrzewał dodatkowo młody francuski prezydent, który zmiany w UE uczynił jednym z głównych punktów swojego programu wyborczego.

Niestety, chociaż tym razem nie wybuchł żaden kryzys, to rozmowy o przyszłości Unii na prawie rok powstrzymały wewnętrzne problemy w  państwach członkowskich. Najpierw od rozmów wstrzymał się Berlin, bo zbliżały się wybory; potem, bo w kraju przez wiele miesięcy trwał polityczny impas i nie było nowego rządu. Teraz rząd w Niemczech już jest i na prawie rok jest za zmianami w Unii, ale za to we Włoszech władzę obejmują eurosceptycy, których opinia na temat reform UE nie jest nawet znana. A trudno zmieniać Unię bez Włochów na pokładzie – nawet jeśli francuski minister gospodarki Bruno Le Maire uważa inaczej.

Trudności z reformowaniem Unii widać nawet po opublikowanym niedawno projekcie wieloletniej perspektywy finansowej, czyli budżetu UE na lata 2021–2027. Nawet jeśli Komisji udało się wpisać do niego wiele inicjatyw, które dotychczas nie istniały bądź nie były finansowane ze środków unijnych (jak współpraca w zakresie bezpieczeństwa), a  także skierować więcej środków na badania i rozwój, to trudno projekt nazwać szczególnie ambitnym. To raczej próba znalezienia kompromisu między "starymi" a "nowymi" wydatkami w warunkach uszczuplonych brexitem dochodów.

Owszem, znajdziemy tam egzotyczne rubryki, jak chociażby ITER, czyli wznoszony w bólach na południu Francji eksperymentalny reaktor termojądrowy, w budowie którego uczestniczą także kraje spoza UE (Bruksela wyłoży po kilkaset milionów euro rocznie), czy europejski program kosmiczny, z którego finansowane są chociażby rozbudowa i działalność europejskiego GPS, czyli systemu Galileo (po 2 m ld euro rocznie). Więcej ambitnych, paneuropejskich przedsięwzięć tam jednak nie ma.

Co jest dziwne, biorąc pod uwagę, jak wiele na forum unijnym mówi się o tym, że wspólnotowy budżet powinien zapewniać jak największą europejską wartość dodaną. W końcu to właśnie ambitne przedsięwzięcia cywilizacyjne - takie jak program Apollo - popychają nas do przodu, zapewniając nowe technologie i nową jakość życia. W warunkach powszechnej austerity i szukania oszczędności budżetowych nie ma lepszego instrumentu finansowania takich projektów jak budżet UE; i nie ma lepszego forum współpracy wykorzystującego narodowe potencjały jak UE.

Nie jest też tak, że takich ambitnych pomysłów nigdy nie było. Dekadę temu grono europejskich firm starało się zapalić polityków na kontynencie do budowy gigantycznej elektrowni słonecznej na terenach północnej Sahary. Przedsięwzięcie takie byłoby w stanie pokryć nawet połowę europejskich potrzeb energetycznych, jednocześnie zapewniając dostęp krajom Afryki do zielonej energii.

Wydawało się, że wszystkie elementy układanki są na właściwym miejscu: europejskie pieniądze sfinansowałyby powstanie europejskiej technologii, dzięki której Stary Kontynent znalazłby się w absolutnej czołówce, jeśli idzie o zielone rozwiązania, a jednocześnie Unia zyskałaby wizerunkowo, jednoznacznie stawiając na czystą energię. Niestety politycy - m.in. w Niemczech - wystraszyli się kosztów przedsięwzięcia, a także tego, że gigantyczna farma miałaby powstać w  krajach uznawanych za mało stabilne, jak Libia.

Jak się okazało, ten ostatni argument nie był pozbawiony sensu i kiedy wybuchła arabska wiosna (z której efektów Libia wciąż się nie pozbierała i wciąż jest daleka od stabilności), pomysł upadł.

Nie chcę przez to powiedzieć, że drogi i dopłaty bezpośrednie nie są ważne. Wręcz przeciwnie, one tworzą tą najbardziej namacalną dla obywateli UE wartość dodaną. Skoro jednak tak dużo mówi się na forum unijnym o tym, że niektóre wyzwania cywilizacyjne – jak zmiany klimatyczne – wymagają współpracy wielu państw, to Bruksela powinna finansować także przyszłościowe metody ich rozwiązywania, a nie tylko być miejscem, gdzie ustala się limity emisji i wysokość kar.

Dlatego trudności z reformowaniem Unii są podwójnie szkodliwe. Nie tylko utrudniają podejmowanie odważnych decyzji w zakresie bieżących polityk, lecz także uniemożliwiają pojawienie się w agendzie Wspólnoty odważnych projektów. Skoro Mark Rutte nie chce dać na Unię złamanego grosza więcej, to skąd mamy wziąć pieniądze na cywilizacyjne projekty, które nie tylko tworzyłyby wartość dodaną dla mieszkańców Starego Kontynentu, lecz z których moglibyśmy być także dumni jako Europejczycy. Dzieci wieszające w pokojach plakaty z promem kosmicznym wiedzą, że zbudowali go Amerykanie. A co miałyby sobie wywieszać związanego z Europą? Przecież nie Berlaymont.