Magdalena Rigamonti: Prezydent Duda już obejrzał pani dokument?
Joanna Warecha: Jeszcze nie. Ustalamy termin specjalnego pokazu w Pałacu Prezydenckim. Jeśli się uda, to po raz pierwszy w historii byli pracownicy byłych Państwowych Gospodarstw Rolnych przekroczą próg pałacu. Od 1990 r. nie zdarzyło się to nigdy. Przyjeżdżają wszyscy moi bohaterowie. Ponad 30 osób z rodzinami. To dla nich wielka sprawa. Większość z nich nigdy nie była w Warszawie. Nigdy. W stolicy kraju, który o nich zapomniał. Politycy zapomnieli o 2 mln ludzi, którzy pracowali w PGR-ach, żyli, rodzili się, wychowywali. I teraz powinni zrobić wszystko, żeby pegerusy, jak o nich – o nas, bo przecież jestem jedną z nich – mówiło się z pogardą przez lata, odzyskali godność. Na razie to są ludzie zlikwidowani.

Pani jest dla tych ludzi nadzieją na zmianę? Nakręciła pani o nich film, napisała książkę.
Może w Grużajnach.

W których się pani wychowała.
I te Grużajny są dla mnie symbolem tego, co się w Polsce wydarzyło. Kiedy robiłam ten film, cały czas z tyłu głowy miałam, że robię go po to, żeby ktoś w końcu o nas usłyszał. Zrozumiał, że ludzie z PGR-ów to nie patologia, że też mieli swoje marzenia, że potrafią kochać, że chcą jak najlepiej dla swoich dzieci. Zależało mi na tym, by każdy z nich mógł opowiedzieć swoją historię. Wiedziałam też, że gdybym nie była jedną z nich, to by się nie otworzyli,. Zresztą, nikogo by nie wpuścili do domu, bo baliby się, że ktoś znowu ich oszuka, wyśmieje. Pani Rydzewska mówiła: „Wiesz co Asia, tu parę lat temu jeździli tacy jedni. Mówili, że mamy wpłacać po 20 zł, to nam załatwią ustawy i będziemy mieli odszkodowania”... Mnie jest łatwiej przebić się z tym tematem, bo go doskonale czuję. Pamiętam jeszcze tę wiarę, że co prawda PGR-y rozwiązano, ale coś pojawi się w zamian. Wszyscy czekali, aż coś się wydarzy. Czekali coraz bardziej poniżeni, załamani, w apatii. Nie ma żadnych badań, ilu byłych pracowników PGR-ów cierpi na depresje, bo tam psychiatra nie dojeżdża, a oni nie mają jak dojechać do psychologa. Nie mają też z czego zapłacić za wizytę. Można tylko liczyć samobójców. Wiem, że ci ludzie po 1989 r. wpadali w czarną otchłań, nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, jak i z czego żyć. Przecież przez dziesięciolecia praca była sensem ich funkcjonowania. A PGR całym ich światem. Jest taka praca socjologiczna opisująca wydarzenia z 1931 r., gdy w małym austriackim miasteczku Marienthal zlikwidowano fabrykę włókienniczą i 75 proc. rodzin dotknęło bezrobocie. Socjologowie przez rok z nimi mieszkali i obserwowali, co się dzieje ze wspólnotą. Wystarczyło sięgnąć po ten elementarz socjologii i zobaczyć, co się będzie działo z ludźmi zostawionymi samym sobie (badania porównawcze na ten temat prowadził m.in. socjolog z UW dr Antoni Sułek – red.). Nikt z reformatorów tego nie zrobił. W byłych PGR-ach bezrobocie dotknęło wszystkich, więc samobójstwa to była codzienność. Wie pani, że tam prawie nie ma starych ludzi. Nie dożywają osiemdziesiątki. Tam ludzie umierają zaraz po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce, bo wciąż dokonują tragicznych wyborów: czy kupić leki, czy jedzenie, czy zapłacić za prąd. A jednak trzymają się razem. Może dlatego przetrwali. Potrafią się też sobą opiekować. Dzieci, wnuki, prawnuki zajmują się starszymi i chorymi. Pan Rydzewski, który dziewięć lat chorował i tylko leżał, nie miał ani jednej odleżyny. W domach jest ładnie, czysto. Nie ma żadnej patologii, jak próbowano wmawiać Polakom przez całe lata. Że tylko brud, syf, pijaństwo. Ci ludzie próbują z tą rzeczywistością dawać sobie radę.

Był taki film „Arizona” Ewy Borzęckiej.
To była subiektywna wizja. To był 1997 r., kiedy jeszcze ludzie w byłych PGR-ach mieli nadzieję. Doskonale wiem, że problem alkoholu dotyczy wszystkich grup społecznych. Zresztą w sklepie w Grużajnach nie ma alkoholu, bo ludzie nie kupują, nie stać ich, chorują. Pani Rydzewska po bajpasach, pan Krzysiu z rakiem żołądka, pan Zenek miał nowotwór i umarł w trakcie realizacji filmu. Wszyscy kiedyś bardzo ciężko pracowali. Siedem dni w tygodniu, jak to na gospodarstwie, i to nie swoim, a państwowym. Z dzieciństwa również nie mam wspomnień, obrazów ludzi zapijaczonych.

W pani filmie nie ma alkoholu. Jest kawa, herbata.
Kawa gęsta, sypana, parzona... Głosy tych ludzi nigdy nie przebijały się do opinii publicznej, a jeśli już, to nikt ich nie traktował poważnie. Że banda nieudaczników, pijaków, chamów.