Patryk Słowik, Tomasz Żółciak: Ktoś z najważniejszych osób w państwie wspiera mafię reprywatyzacyjną?
Patryk Jaki: Myślę, że znaleźlibyśmy w historii III RP wspólnie kilka osób, które w najlepszym razie z nią nie walczyły i dopuściły do okradzenia państwa na miliardy złotych.

Jarosław Kaczyński? Beata Szydło? Mateusz Morawiecki?
A skąd! Pani premier i pan prezes walczą ze złodziejstwem. To między innymi dzięki panu prezesowi Kaczyńskiemu było możliwe powstanie komisji weryfikacyjnej, która zwróciła do miasta nieruchomości o wartości kilkuset milionów złotych. Sęk w tym, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie chce ich przyjąć i skarży w sądach korzystne dla miasta decyzje.

Jeśli wymienione przez nas osoby nie wspierają mafii reprywatyzacyjnej, to wychodzi na to, że jest pan nieskuteczny. Gdy spotkaliśmy się niespełna rok temu, mówił pan, że ma zielone światło dla dużej ustawy reprywatyzacyjnej. I że każdy dzień zwłoki przy jej uchwaleniu to umożliwianie działania złodziejom.
Wyjaśnijmy rzecz podstawową: Projekt dużej ustawy reprywatyzacyjnej nadal jest procedowany. Pan premier Morawiecki poprosił o uzupełnienie informacji i analizy. Projekt zebrał pozytywne oceny we wszystkich środowiskach politycznych, ma pozytywną opinię rady legislacyjnej i komisji wspólnej rządu i samorządu. Jednak o jego dalszych losach zdecyduje pan premier.

A jeśli ustawa nigdy nie wejdzie w życie?
Poszukamy innych rozwiązań legislacyjnych, aby zamknąć problem. Mam odwagę publicznie powiedzieć, że najwyższy czas zakończyć rozdział reprywatyzacyjny w Polsce. Kilkanaście lat temu Aleksander Kwaśniewski zawetował ustawę i odesłał ludzi do sądów. Do czego to doprowadziło, tłumaczyć chyba nie muszę. Jednak nie jesteśmy też naiwni jak dzieci, wszyscy wiemy, że wielu środowiskom nie jest to na rękę.

Żydzi nas szantażują?
Jestem przeciwnikiem antysemityzmu.

Gdzie tu antysemityzm? Spytamy inaczej: Amerykanie nas szantażują?
Wierzę, że zostanie wypracowane dobre rozwiązanie, które każda uczciwa osoba uzna za akceptowalne. Ale z tego, że jest opór międzynarodowy wobec naszej ustawy reprywatyzacyjnej, musimy sobie zdawać sprawę.

Stowarzyszenie „Miasto Jest Nasze” złożyło projekt przewidujący zakaz zwrotu nieruchomości, w których mieszkają lokatorzy. Skoro to właśnie ludzie są najważniejsi, może warto przegłosować taką ustawę, a nad dużą ustawą reprywatyzacyjną spokojnie pracować?
Ważne, by wszyscy robili to, co mogą, aby wyplenić oszustów. Po wybuchu afery ten ciężar na swoje barki musiały wziąć instytucje państwa, stąd pomysł powołania komisji. I z tych zadań wywiązujemy się lepiej niż ktokolwiek przypuszczał.

A wracając do projektu MJN?
Na szczęście - wskutek działań komisji weryfikacyjnej i prokuratury - Hanna Gronkiewicz-Waltz przestała zwracać nieruchomości. Na dziś dzięki pracy komisji weryfikacyjnej nie ma zagrożenia, że majątek publiczny zostanie wydany niewłaściwej osobie.

A jeśli ustawa nie zostanie uchwalona?
To mam też przygotowany projekt, który załatwi problemy Warszawy – a na całą Polskę najwyżej poczekamy chwilkę dłużej.

Czy prezydent Patryk Jaki – w razie nieuchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej – wydawałby nieruchomości? Hanna Gronkiewicz-Waltz rzeczywiście zablokowała wszystkie zwroty. Ale też te, co do których słuszności nikt nie ma zastrzeżeń.
Pamiętam, że nazwaliście to w gazecie „waltzowaniem” prawa. Ładnie. Zgadzam się z panami, że nie chodzi wcale o to, by nikomu nie oddać własności jego bądź jego przodków. Problem w tym, że rządy PO doprowadziły do tego, że pojęcie reprywatyzacji kojarzy się powszechnie ze złodziejstwem. I słusznie, bo skala przekrętów była niewyobrażalna.
Ale odpowiadając krótko: tak. Z tym zastrzeżeniem, że wyłącznie wtedy, gdy trafiałyby one do osób uprawnionych – bez najmniejszej formalnej wątpliwości i bez ryzyka, jeśli chodzi o lokatorów – a nie do grupki handlarzy. Czyli tych zwrotów byłoby naprawdę niewiele. Choć jeśli zostanie uchwalona ustawa reprywatyzacyjna w takiej bądź innej wersji, raczej nie będzie już tego problemu.

Wystawienie Patryka Jakiego jako kandydata obozu Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Warszawy to chyba wzmocnienie pozycji Solidarnej Polski w tym obozie?
Nie widziałem w naszych szeregach kolejki chętnych do kandydowania w Warszawie. Panuje raczej dość powszechne przekonanie, że wygranie w stolicy to będzie cud. Ja jednak zaliczam się do tej grupy, która wierzy, że Warszawa może się rozwijać lepiej. Lubię rozmawiać o konkretach: przez 12 lat władza PO nie rozwiązała problemu żłobkowego w żadnej z 18 dzielnic Warszawy. W 2006 roku PO obiecała 5 mostów przez Wisłę w dwie kadencje. Minęły 3 kadencje i zbudowali tylko jeden. PO obiecała 12 lat temu 17 parkingów podziemnych w 8 lat. Minęła ponad dekada i zbudowali… zero. Mieli się zająć smogiem, a przez 3 kadencje nie wymienili nawet piecuchów w własnych zasobach. Widzieliście wizje placu Defilad? I co z nich zostało? Przez 12 lata nic nie zrobili. Zamiast budować mosty, likwidują pasy dla samochodów. Warszawa jest jedyną metropolią w Europie bez pełnej obwodnicy. Przez 12 lat budowa ok. 6 km metra też do rekordów świata nie należy. Mieli uporządkować przestrzeń. I co? Warszawa ma tylko 30 proc. planów zagospodarowania przestrzennego. Nawet słabo zarządzany Kraków czy Poznań mają blisko dwa razy tyle. Chcieli odkorkować „mordor”? Przez 12 lat nie potrafili zbudować nawet 300 m drogi łączącej kluczowe arterie w tej części miasta. Sport? Warszawa to jedyne duże miasto w Polsce, które nie ma hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. I można tak długo wyliczać.
Warszawa musi obudzić w sobie prawdziwe aspiracje europejskie. Nie może się ścigać z innymi miastami w Polsce, a rywalizować ze światowymi metropoliami.

Jaki wynik Patryka Jakiego zostałby uznany za dobry. Tylko wygrana?
Skoro zdecydowałem się wystartować, to chcę wygrać. To oczywiste. Ale też wiem o tym, że wygrana w Warszawie przez centro-prawicowego polityka to niemal „mission impossible”. Jednak nie narzekam, tylko dzień w dzień pracuję i staram się przekonać warszawiaków do tego, że Warszawę stać na więcej. Przedstawiłem np. konkretny program dotyczący walki ze smogiem. Miejskie autobusy rocznie przejeżdżają po Warszawie 100 mln km, spalając ponad 40 mln litrów ropy. To jest gigantyczne trucie miasta. Tymczasem PO w Warszawie dopiero na koniec 2017 roku obiecała, że od tego roku każdy nowo kupowany autobus będzie ekologiczny, czyli mając na uwadze 10-letnią amortyzację autobusów dopiero po 2027 roku byłaby szansa, aby 1,5 tys. autobusów było niskoemisyjne. Jak mamy uwierzyć, że w niespełna 10 lat pani prezydent czy pan Trzaskowski wymieni całą flotę na niskoemisyjną, skoro przez 12 lat Hanna Gronkiewicz-Waltz wymieniła raptem 2 proc. autobusów na niskoemisyjne? Ja chcę się zobowiązać, że nie tylko będę wymieniał zamortyzowane autobusy na nowe, ale zechcę wymienić co najmniej 10 proc. najbardziej zutylizowanego taboru wcześniej. Jak to osiągniemy w Warszawie? Poza budżetem miasta należy też sięgnąć po środki zewnętrzne, nie tylko unijne. Rząd w ramach walki ze smogiem tworzy fundusz transportu niskoemisyjnego w wysokości 1,5 mld zł oraz obniża akcyzę na CNG (gaz do autobusów) do stawki 0 proc. Dzięki temu paliwo gazowe do autobusów będzie o 30 proc. tańsze w stosunku diesla. A żeby zwalczyć smog, trzeba radykalnie ograniczyć korki. Żeby to osiągnąć, niezbędne jest zachęcenie warszawiaków do korzystania z niskoemisyjnego transportu publicznego oraz umożliwienie mieszkańcom stolicy płynnego poruszania się po mieście. Ponadto przestaną truć miejskie mieszkania. Jedną z pierwszych moich decyzji jako prezydenta będzie likwidacja miejskich kopciuchów. W lokalach komunalnych jest około 1700 przestarzałych pieców. To skandal, że miasto, które chwali się walką ze smogiem, nie potrafiło zacząć od siebie. Wszystkie te kopciuchy w pierwszym roku mojej kadencji zostaną zastąpione ciepłem systemowym, piecami gazowymi albo indywidualnymi instalacjami, jak pompy ciepła. W 2017 roku z ekodotacji dofinansowano tylko 44 pompy ciepła i 41 kolektorów słonecznych - to mizerny wynik. To ważne, bo władze Warszawy oficjalnie poparły wprowadzenie uchwały antysmogowej nakazującej wymianę najbardziej szkodliwych pieców pozaklasowych.

Wierzy pan w to, że politycy powinni mniej zarabiać? W to, że posłom należy obniżyć wynagrodzenia?
Taka zapadła decyzja.

Czy była słuszna?
Można na to spojrzeć inaczej. Jeśli ktoś chce zasiadać w parlamencie dlatego, że można w nim zarobić, to niech lepiej nie przychodzi do polityki.

Pan nie chce dobrze zarobić?
Zarabiam godnie. Nietaktem byłoby narzekać, gdy dla przytłaczającej większości Polaków zarobki rzędu 8-10 tysięcy złotych miesięcznie są nieosiągalne. Dobrze nam jako klasie politycznej zrobi to, że będziemy mniej oderwani od ludzi.

Nie chce pan kłuć w oczy swoimi pieniędzmi?
Już nie przesadzajmy z tymi pieniędzmi. Moje oświadczenie majątkowe jest jawne, każdy może zobaczyć, że nie jestem krezusem.

Dostrzegamy w tym pewien fałsz. Bo obniża się wynagrodzenia posłom i samorządowcom, ale nadal wiele osób będących blisko polityki zarabia krocie. Przykład z pana najbliższego otoczenia: Oliwer Kubicki, rzecznik komisji weryfikacyjnej. Praca w komisji, eksperckie stanowisko w Ministerstwie Sprawiedliwości, stanowisko w jeleniogórskiej radzie miasta, posada w trzech radach nadzorczych...
W trzech radach był krótko, sam z nich zrezygnował. To wysokiej klasy fachowiec z MBA i skończonymi studniami zagranicznymi. W interesie państwa jest to, aby tacy ludzi nie pracowali za granicą, tylko w Polsce. A do rady miasta wybrali go mieszkańcy – miał najlepszy wynik w mieście.

A to przepraszamy. Posada w jednej radzie, PZU Życie... Łącznie ponad 20 tysięcy złotych miesięcznie. A wiceminister często dostaje na rękę 6500 złotych.
Na całym świecie w biznesie zarabia się lepiej niż w sektorze publicznym. Wiedziałem o tym, gdy decydowałem się na karierę polityka.

My tego nie negujemy. Zastanawiamy się tylko, czy musi tyle zarabiać, gdy jednocześnie mówimy o odchudzaniu administracji i o tym, by nie kłuć w oczy przeciętnego Polaka wynagrodzeniami osób zajmujących stanowiska polityczne.
Dlatego odróżnijmy polityka, która ma zarabiać mało, od urzędników i ekspertów, którzy mogą zarabiać przyzwoicie, aby spraw państwa nie prowadzili sami słabi ludzie, bo lepsi uciekną do sektora prywatnego. Zarazem nie możemy wymagać, by każdy pracował wyłącznie dla idei tak, jak powinni to robić politycy.
Prowadziłem już kilka dużych projektów i wiem jedno: jeśli masz dobrych ludzi, to projekt idzie, jeśli nie, nawet najlepszy projekt potrafią położyć. A ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że ja mam taki styl zarządzania ludźmi, że daję im dużą autonomię. Ma to swoje minusy, bo potem wychodzą takie kwiatki jak mój ostatni spot, ale więcej jest plusów, bo mam drużynę, która jest niezwykle kreatywna i dobrze czuje się w pracy.

Jak pan chce, jako prezydent stolicy, otaczać się kompetentnymi ludźmi, gdy reprezentuje pan władzę, która właśnie przycięła wynagrodzenia samorządowców?
Ale cięcia dotyczą tylko osób pełniących kierownicze stanowiska, tak więc w Warszawie to raptem cztery-pięć osób. Reszty trzeba bronić dla dobra instytucji publicznych.

Gdy w Sejmie doszło do głosowania nad ustawą dotyczącą budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma de facto zastąpić Okęcie, pan zdecydował się wyjąć kartę z czytnika i nie głosować. Zdaniem opozycji to dowód na to, że zamiast być samodzielnym prezydentem stolicy, będzie pan realizował dyrektywy z Nowogrodzkiej lub od Zbigniewa Ziobry, a w kluczowych momentach będzie się bał wystąpić przeciwko linii rządu.
To śmieszne. Po pierwsze CPK to projekt, który wymyślił rząd PO, bo słusznie uznał, że Okęcie nie może się już rozwijać. A po drugie to, że zachowałem się inaczej niż mój cały klub i linia partyjna świadczy raczej o mojej samodzielności a nie na odwrót.

Mógł pan też zagłosować przeciwko i jeszcze bardziej podkreślić swoją niezależność.
Zdarzają się sytuacje, gdy się nie głosuje za daną sprawą. Ale zakładam, że najważniejsze dla panów jest moje stanowisko. Różnica pomiędzy mną a Rafałem Trzaskowskim to różnica pomiędzy myśleniem prorozwojowym a prowincjonalnym o Warszawie.
Oto fakty: metropolia warszawska potrzebuje nowego portu lotniczego. Ruch na Okęciu tylko w ostatnim roku wzrósł o 26 proc. Jeśli tendencja się utrzyma, Okęcie zakorkuje się tak bardzo, że zagrozi to możliwościom rozwoju Warszawy. Plany budowy CPK zakładają, że do Baranowa z centrum Warszawy w ciągu 15 minut dojeżdżać będzie szybka kolej. Ja chciałbym jeszcze, by z Kartą Warszawiaka dojazd ten był darmowy. To oznaczałoby, że w wielu sytuacjach do Baranowa mieszkaniec stolicy dostanie się szybciej niż dziś na Okęcie. I taniej. Do tego na CPK będzie znacznie więcej połączeń lotniczych, a więc większy wybór, mniej przesiadek w innych europejskich portach.
Co z Okęciem? Uważam, że powinno wrócić do sytuacji sprzed lat i zostać lotniskiem lokalnym. To pozwoli odetchnąć mieszkańcom dzielnic, które przez zwiększenie ruchu lotniczego nie mogą komfortowo żyć. I jeszcze jeden atut – odkorkowanie dróg, które dziś prowadzą na Okęcie. Czyli oddech na głównych traktach Warszawy.
Ponadto CPK stworzyłby blisko 16 tys. bezpośrednich, pośrednich i indukowanych miejsc pracy. Nowe lotnisko dawałoby większe możliwości rozbudowy, niż port w Warszawie, którego możliwości są na wyczerpaniu. Wariant zakładający budowę CPK jest również korzystniejszy pod względem przewozów cargo. W porównaniu ze scenariuszem zakładającym rozbudowę portu WAW, port CPL jest w stanie wygenerować dodatkowe 65 tys. ton przesyłek lotniczych (+14 proc.) w Polsce. Niezależnie od zaistniałego wzrostu gospodarczego Polski i kondycji przewoźników, budowa CPK zawsze będzie miała pozytywny wpływ na liczbę obsługiwanych pasażerów (3,1–3,4 miliona) oraz na tonaż cargo (20–60 tys. ton). Takie Zmiany na rynku przewozów lotniczych odbiją się również pozytywnie na przychodach budżetu państwa z tytułu podatków (wydatki dodatkowych pasażerów) oraz na poprawie sytuacji na polskim rynku pracy (tworzenie nowych miejsc pracy).

Nie zająknął się pan nawet o Modlinie. Czyli jest - jak to mówią - do zaorania?
Nie, nic się nie stanie jak Modlin będzie dostępny. Zresztą tam i tak są takie kolejki, nawet przy tym zapchanym Okęciu…

Są plany jego rozbudowy, ale od wielu miesięcy trwa klincz między akcjonariuszami w sprawie zainwestowania 60 mln zł np. w rozbudowę terminala. Może Warszawa taką kwotą powinna doinwestować Modlin?
Wszystkie okołowarszawskie lotniska mają rację bytu. Świat idzie przecież w takim kierunku, np. w Wielkiej Brytanii mamy wielkie Heathrow i kilka mniejszych lotnisk.

Ale i tak w wizję CPK i lukstorpedy wiozącej tam za darmo warszawiaków uwierzymy chyba dopiero wtedy, gdy wreszcie pojawi się wifi w pendolino.
Szczerze mówiąc, zawsze się denerwuję, gdy myślę o tym wifi w pendolino. Ani popracować, ani też nie bardzo jest jak do kogoś zadzwonić, bo co chwilę przerywa. Specjalnie wybieram stary tabor, gdy mam dużo pracy. Prosiłem niedawno w Ministerstwie Infrastruktury, by coś z tym w końcu zrobili. Jednak musimy pamiętać o tym, że ten przetarg, grube miliardy wydane na te pociągi rozpisano w czasach rządów naszych poprzedników. Każdy inny rząd za te grube miliardy zadbałby o specyfikację z wifi.

Co z ul. Lecha Kaczyńskiego w Warszawie? Sąd pierwszej instancji niedawno uchylił tę nazwę nadaną przez wojewodę.
Jakbym został prezydentem miasta, dostosowałbym się do decyzji organu wyższego rzędu lub prawomocnego wyroku sądu. Aczkolwiek informacje z ustnego uzasadnienia wyroków brzmią kuriozalnie. Tak jakby wojewoda miał, rozszerzając ustalenia IPN, jeszcze mocniej udowadniać np., że Teodor Duracz źle przysłużył się Polsce jako komunista, a Zbigniew Romaszewski zasługuje, by go jako patron ulicy zastąpić. Dziwi mnie, że 29 lat po obaleniu komunizmu jakikolwiek wolny Polak ma problem z dokonaniem takiej oceny, a w szczególności sędzia.

Czyli jako prezydent nie forsowałby pan powrotu do tej sprawy?
Śp. Lech Kaczyński był wybitnym polskim politykiem. I zasługuje na swoje miejsce w historii Polski i Warszawy. Nawet jeśli nie będę podzielać wyroków sądów, to będę je stosować. Nie będę chciał toczyć żadnych wojen ideologicznych. Kwestie ideologiczne to coś, co niepotrzebnie budzi spory w Warszawie. Jak pojeździ się trochę po świecie, to da się zauważyć, że są miejsca na pomniki zarówno dla bohaterów prawicy, jak i lewicy. Kiedyś nie wyobrażano sobie, by w Warszawie stał pomnik Piłsudskiego i Dmowskiego, a dziś nikt nie ma z tym problemu. Musimy zrozumieć, że w historii były różne ruchy polityczne i dla każdego znajdzie się miejsce w stolicy.

Czyli ul. Lecha Kaczyńskiego mówi pan tak, ale nie za cenę sporów społecznych.
Chcę, by w Warszawie było miejsce dla wszystkich.

I jeszcze ciepła woda w kranie.
Tego określenia akurat bardzo nie lubię (śmiech).

Ma pan jakiś pomysł na janosikowe? Warszawa w ostatnich latach wydała miliardy na mniej zamożne samorządy, ale powszechnie wiadomo, że ten system jest mocno wypaczony.
Mam pomysł, ale przedstawię go dopiero w czasie kampanii wyborczej. W Warszawie żyje realnie 20-30 proc. więcej osób niż tych, które płacą na miejscu podatki. To duże wyzwanie dla przyszłego prezydenta, by zapewnić dodatkowe dochody dla budżetu miasta od osób, które tu faktycznie mieszkają i korzystają z miejskiej infrastruktury. Żeby było jasne - to nie jest wina tych osób, lecz samorządu, który nie potrafi stworzyć oferty, by osoby te chciały zabiegać o Kartę Warszawiaka.

A sam Patryk Jaki gdzie płacił podatki jeszcze dwa lata temu?
Jako poseł ze stolicy polskiej piosenki zgodnie z prawem w tym miejscu.

Czyli płacił pan w Opolu. A na nasz koszt korzystał z infrastruktury warszawskiej.
Do budżetu miasta Warszawy dzięki mojej pracy wraca setki milionów majątku – więc chyba spłaciłem dług (śmiech). Nigdy nie ukrywałem, kim jestem. Jestem słoikiem, który również dba o swoje poselskie obietnice wyborcze. Nie wiem, czy wszyscy moi kontrkandydaci mogą powiedzieć to samo.

Robi pan przytyki do kandydata PO, a przecież do gry o Warszawę wszedł np. były wiceprezydent stolicy Jacek Wojciechowicz. Uważa go pan za realne zagrożenie czy mimowolnego sojusznika, który ułatwi panu rywalizację z Rafałem Trzaskowskim, wyszarpując mu trochę głosów?
Każdego kandydata będę traktował z należytym szacunkiem.

A gdyby startował Jan Śpiewak? Zabiegałby pan o jego poparcie w drugiej turze, jeśli znajdzie się w niej pan z Rafałem Trzaskowskim?
Jeśli znajdę się w drugiej turze, będę rozmawiał ze wszystkimi osobami, które z tego wyścigu po drodze odpadną. Jestem otwarty na różne propozycje programowe innych środowisk. Z ruchami miejskimi mogę znaleźć wiele wspólnych punktów np. ład przestrzenny, zielona Warszawa, inwestycje w politykę alternatywnych środków komunikacji czy poglądy na kwestie reprywatyzacji.

Mówił pan, że jest słoikiem kibicującym Legii. Kilka dni temu członek zarządu tego klubu stwierdził, że Legia ma najmniejsze wsparcie ze strony swojego miasta spośród wszystkich klubów Ekstraklasy. Czy pan zamierza to zmienić?
Na pewno więcej środków pójdzie na Legię i generalnie - na sport. To ważny obszar działalności Warszawy, który dotąd był traktowany po macoszemu, bo Hanna Gronkiewicz-Waltz i Rafał Trzaskowski w ogóle go nie rozumieli. Trzeba położyć większy nacisk na sport dzieci i młodzieży, a nie zawodowy. Nie każdy przecież zostanie zawodowym piłkarzem. Inwestowanie w zdrowy tryb życia to zadanie samorządu. Dlatego wsparcie dla Legii wyobrażałbym sobie np. w postaci dofinansowania akademii czy budowy dodatkowych boisk, gdzie mogliby trenować młodzi piłkarze. Choć to bez wątpienia odciążyłoby finansowo też sam klub.

A co z Polonią Warszawa? Kolejny raz upada, zamiast się odradzać.
Widziałem jak jeden z panów, kibic „Czarnych Koszul”, po mojej konferencji pod stadionem Legii, napisał, że straciłem już głosy wszystkich polonistów, czyli jakieś 30-40. Śmialiśmy się z tego wpisu. Bynajmniej nie z samokrytyki co do populacji kibiców Polonii, których jak wiemy w Warszawie też z pewnością jest wielu. Aczkolwiek doceniam dystans do siebie, bo sprawa jest przecież poważna. Tyle że – z tego co wiem – największe kłopoty Polonii związane są nie z infrastrukturą a innymi sprawami, m.in. zarządzaniem. A przecież nie mam ambicji, by sprawować pieczę nad klubem.

Po tej deklaracji może pan stracić poparcie legionistów. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecała pomoc Polonii, kibole Legii urządzili manifestację pod oknami ratusza.
Podejście Platformy Obywatelskiej do kibiców piłkarskich było znane i kojarzy się z akcją „widelec”, więc przypuszczam, że obiecane wsparcie dla Polonii nie było jedynym powodem. Wiem, że to truizm, ale naprawdę wierzę w to, że w Warszawie jest miejsce dla wszystkich. I jestem przekonany, że kibice Legii, gdy tylko będą widzieli, że prezydent stolicy troszczy się o jej sportową wizytówkę, nie będą mieli nic przeciw temu, by wspierał także inne kluby. Choć pewnie serce najbliżej będzie Legii.

A czy jest jeszcze w Warszawie miejsce dla powstańców warszawskich? Miasto ostatnio podjęło decyzję, by wypłacać im nagrody dwa razy do roku po 1944 zł. To większości powstańców nie satysfakcjonuje.
Oferta tożsamościowo-historyczna będzie ważną częścią mojego programu. Mam konkretne propozycje, które będę chciał skonsultować z żyjącymi powstańcami. Ale nie chcę więcej zdradzać w tym momencie. Nieeleganckie byłoby, gdyby moi zasłużeni rozmówcy dowiadywali się o moich propozycjach z gazety, a nie bezpośrednio ode mnie. W Warszawie jest miejsce dla wszystkich. Wybór pomiędzy mną a Rafałem Trzaskowskim to tak naprawdę wybór pomiędzy Warszawą ideologiczną PO a Warszawą pragmatyczną Patryka Jakiego. Oni ciągle o ideologii, ich program to „PiS jest zły”. A ja jestem przekonany, że w samorządzie można zostawić „dużą politykę” i skupić się na rozwiązywaniu konkretnych problemów ludzi. Różni mnie też z Rafałem Trzaskowskim program. On twierdzi, że stolica nie potrzebuje nowym mostów, a ja uważam, że potrzebne są co najmniej trzy. Mój konkurent rozważa opłaty za wjazd do centrum, ja jestem temu przeciwny. Uważam też, że urzędy w stolicy powinny być czynne do 20.00 2 dni w tygodniu. Teraz, aby załatwić sprawę do 16.00, warszawiacy muszą brać urlop. To kpina. Chcę stolicy przekazać swoje doświadczenie, którego nie ma mój szanowny konkurent. Skończyłem jedną z najlepszych szkół na świecie – IESE w Barcelonie. Od 3 lat z sukcesami zarządzam jednym z największych działowo budżetów w Polsce. Kiedy przychodziłem do Ministerstwa Sprawiedliwości, większość podległych mi firm przynosiła straty – dziś wszystkie przynoszą zyski. Prowadziłem z sukcesami skomplikowane projekty rozwiązując problemy, jakich nikomu do tej pory nie udało się rozwiązać np. Praca dla Więźniów czy Komisja Weryfikacyjna.