Kiedy Bronisław Komorowski, po pierwszej turze wyborów w 2015 r. poczuł, że idzie na dno, w akcie rozpaczy, przy wsparciu dominującej w Senacie Platform Obywatelskiej, zafundował Polakom referendum. Stawiało ono całkiem istotne pytania ustrojowe. Dotyczyło bowiem: wprowadzenia jednomandatowych okręgów w wyborach do Sejmu (co miało porwać Kukizowców), zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu państwa (czym chciano uwieść liberałów) oraz interpretowania wykładni podatkowych zawsze na korzyść podatnika (by zachwycić wszystkich podatników).

Oszołomieni demokratycznym obliczem prezydenta Komorowskiego wyborcy powinni gremialnie zagłosować na niego w drugiej turze. Pomysł świetny, lecz wyszło jak zwykle. Rozeźlony arogancją PO i sklerotyczną nieporadnością "wujka Bronka" lud zagłosował na Dudę, a referendum olał. Mimo wszystko zapisało się ono w historii. Co więcej w historii całej Europy, ze względu na frekwencję wynoszącą 7,8 proc. W statystykach prowadzonych po 1945 r. na Starym Kontynencie nigdzie indziej nie odnotowano, by tak mały odsetek wyborców pofatygował się do urn. Nawet w krajach gdzie przytłaczająca większość społeczeństwa w ramach protestu ogłaszała bojkot jakiegoś głosowania.

Ten niezwykły wynik, wart zapisania w Księdze Rekordów Guinnessa, ma szansę pobić wkrótce obecny prezydent. O ile rozpaczliwe referendum Komorowskiego było z racji politycznego kontekstu żałosne, to referendum Dudy jest do tego jeszcze śmieszne. Krążące w Internecie pomysły na pytania, jakie należy dopisać do listy, najlepiej tego dowodzą.

Zaś w miarę upływu czasu inwencja twórcza ludzi będzie rosnąć lawinowo. Skoro się pyta np. o konstytucyjną gwarancję szczególnej opieki zdrowotnej dla kobiet w ciąży, dzieci, osób niepełnosprawnych i staruszków, to czemu nie pójść o krok dalej. Starszym paniom, mającym już znikome szanse na ciążę, a nadal całkiem żwawym, też się coś od życia należy. Podobnie jak mężczyznom, którzy jeszcze nie są staruszkami, acz swoje już przeżyli. Przecież można konstytucyjnie zapewnić paniom darmowe operacje plastyczne, a panom viagrę refundowaną przez NFZ. A jeśli zaszaleć, to przeszczepy włosów również. Gdyby ludzie gremialnie pognali do urn, głosując, że chcąc być: młodzi i piękni, a ich kraj bogaty, to Polska miałby szansę posiadać najzabawniejszą konstytucję świata. Zapewniającą szczególną ochronę nawet uprawom truskawek na Lubelszczyźnie.

Ku rozpaczy autorów skeczy kabaretowych oraz plantatorów truskawek tak się jednak nie stanie, bo zwykli Polacy od politycznych fars trzymają się z daleka. Jednak największym nieszczęście referendum konsultacyjnego prezydenta Dudy jest kompromitowanie pytania - nomen omen - trzynastego. Nie wiedzieć czemu akurat pod tą pechowa liczbą, umieszczono bardzo istotną kwestię. Pytanie brzmi ogólnikowo: Czy jest Pani/Pan za wzmocnieniem kompetencji wybieranego przez Naród Prezydenta w sferze polityki zagranicznej i zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej?.

Kryje się za nim fundamentalna dla Polski kwestia. Obecny ustrój daje prezydentowi prawo wetowania ustaw, a jednocześnie odbiera możliwość realnego wpływania na bieżącą politykę rządu. To niesie ze sobą niebezpieczeństwo ciągłych konfliktów między rządzącą większością parlamentarną a głową państwa. Gdy prezydent jest z innej opcji politycznej niż premier lub lider rządzącej partii wojna na górze staje się nieuchronna. Skutki poprzednich zawsze były dla Polski opłakane. Konflikt Lecha Wałęsy z obozem solidarnościowym wyniósł do władzy postkomunistów i przyniosła uchwalenie kulawej konstytucji, której myślą przewodnią stało się ubezwłasnowolnienie prezydenta. Choć przecież wybiera się go nadal w wyborach powszechnych. Starcia Aleksandra Kwaśniewskiego z AWS zaowocowały m.in. zablokowaniem ustawy reprywatyzacyjnej.

Zapłaciło za to tragediami życiowymi dziesiątki tysięcy wysiedlonych lokatorów kamienic, nie tylko w Warszawie. Podczas dzikiej reprywatyzacji gangi oszustów rozgrabiły dobra publiczne warte miliardy złotych lub uzyskały podobnie sowite odszkodowania. Tymczasem problem reprywatyzacji nie został rozwiązany i kolejne akty dramatu będą musiały się wydarzyć. Jeszcze tragiczniejsze owoce przyniosła kohabitacja Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. De facto to wojna podjazdowa, jaką prowadzili ze sobą premier i prezydent przyniosła katastrofę smoleńską. Nie doszłoby do niej gdyby kluczowe instytucje państwa współpracowały, zamiast się zwalczać. W efekcie prezydent, najważniejsi dowódcy w armii i całkiem liczne grono osób piastujących wysokie urzędy zginęło. Polska na arenie międzynarodowej zademonstrowała potem swoją totalną niemoc, a podziały polityczne w kraju stały tak głębokie, że trudno sobie wyobrazić ich zasypanie.

Dlatego pytanie numer 13 jest tak ważne. Przy obecnej temperaturze sporu trudno sobie wyobrazić kolejną kohabitację, gdy premierem będzie ktoś z Prawa i Sprawiedliwości, a prezydentem z PO lub na odwrót. Pół biedy, jeśli prezydent zastrzeli premiera lub odwrotnie, gorzej gdy starczy im siły na kilkuletnią wojnę, tym razem rozpirzając III RP na całego. Widząc jak bardzo polscy politycy czują się odpowiedzialni za los ojczyzny trudno mieć złudzenia, jakich wyborów dokonają, kiedy będą decydować, czy ich interes jest ważniejszy od gmachu państw. W tej sytuacji należałoby jak najszybciej rozstrzygnąć, co wolimy? System kanclerski, czy prezydencki?

Ten drugi ma jedną, wielką zaletę. Chcąc zostać prezydentem musi się pozyskać ponad 50 proc. głosów. Każdy poważny kandydat jest skazany na szukanie poparcia w centrum politycznym. Bez umiarkowanych wyborców nie wygra, a oni preferują kompromis, jednocześnie bojąc się ekstremizmów. System prezydencki zmusza głowę państwa do koncyliacyjności, a nie podsycania podziałów. W czasach, kiedy sypie się dotychczasowy porządek świata Polsce bardzo by się to w przyszłości przydało.

Niestety Andrzej Duda wraz z doradcami wymyślili samokompromitujące się referendum, wyraźnie nie mając odwagi postawić otwarcie kwestii najważniejszej. Choć przecież rzeczą naturalną byłoby dążenie prezydenta do poszerzenia zakresu swej władz, zaś wyborcy potrafiliby to zrozumieć. Natomiast z farsy rozpisanej na piętnaście pytań mogą się, co najwyżej pośmiać. Ostatnim ratunkiem, pozwalającym zachować głowie państwa twarz byłoby utrącenie referendum przez Senat. Pytanie tylko, czy Jarosławowi Kaczyńskiemu kalkuluje się rzucenie koła ratunkowego Dudzie, jeśli wykazuje on skłonności do wybicia się na niezależność. Jakieś pole manewru ma też jeszcze prezydent. Andrzej Kmicic, widząc jak kompromituje się podczas pojedynku z Michałem Wołodyjowskim uznał, że lepiej być nawet martwym niż śmiesznym. Zatem poprosił przeciwnika od drobną przysługę słowami: "Kończ waść, wstydu oszczędź!".