Pamięta pan, jak sześć lat temu przy okazji wywiadu nakręciliśmy krótki prześmiewczy film o Poczcie Polskiej?

Tak.

 Wtedy InPost funkcjonował jeszcze w branży przesyłek listów zwykłych. Nagrałby pan takie wideo ponownie?

Dlaczego nie. Także w biznesie, robiąc poważne rzeczy, potrzebna jest odpowiednia dawka poczucia humoru. Choć z drugiej strony oczywiście wielu rzeczy, które zrobiłem, bym nie powtórzył. Nie udaję, że nie popełniam błędów. Dojrzałość menedżerska polega na tym, żeby wyciągać z nich wnioski.

A w tym przypadku błędem było wejście w konkurencję z Pocztą Polską?

Nie. To nie był błąd. Działaliśmy w określonym reżimie prawnym, wierząc, że przepisy są równe dla wszystkich. Ostro konkurowaliśmy z operatorem wyznaczonym (operator świadczący usługi powszechne na takich samych zasadach na terenie całego kraju; w Polsce wybierany w konkursie ogłaszanym przez Urząd Komunikacji Elektronicznej – obecnie do 2025 r. jest nim Poczta Polska; obowiązek wyboru operatora pocztowego wyznaczonego nakłada na swoje kraje członkowskie Unia Europejska – red.). Nie tylko obniżyliśmy ceny dla konsumentów, ale zmusiliśmy konkurencję do poprawy jakości świadczonych przez nią usług. Natomiast problem jest z polityką. Czy wyobraża pan sobie jakiś inny kraj, w którym decyzja o przyznaniu jednej z firm uprawnień operatora wyznaczonego będzie ogłoszona między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich? Bo stawką jest wygrana kandydata, który należy do tej samej partii politycznej co minister decydujący o przyznaniu uprawnień operatora wyznaczonego? Inna sprawa, że nijak mu to nie pomogło. To jest ten czynnik ryzyka, którego nie można w biznesie skalkulować. Weszliśmy w biznes ze stroną, która nie realizuje umów. Wygraliśmy przetarg na obsługę przesyłek pocztowych dla administracji rządowej, ale usług nie mogliśmy zrealizować, bo ta sama administracja – mimo 14 przychylnych nam wyroków sądu – nie podpisała z nami umowy. To fakt, zostaliśmy wypchnięci z rynku listów zwykłych. Zapłacili za to konsumenci. Natychmiast przełożyło się to na wzrost cen monopolisty: w pierwszym roku o 30 proc., w kolejnym o 20 proc. Straciła cała gospodarka. My na dumpingu cenowym straciliśmy niemal 500 mln zł. To była iskra, która wywołała w firmie pożar i spowodowała nasze wyjście z tego rynku. Nie wrócę tam.

I już nigdy nie będzie pan uczestniczył w publicznych przetargach?

Nie. Lepiej być mądrym po szkodzie niż wcale. Dopóki państwo samo zajmuje się biznesem, prowadząc własne firmy, a jednocześnie jest regulatorem rynku, zawsze będzie pole do konfliktu.

Państwo zajmuje się biznesem, bo chce budować narodowe czempiony. To źle?

To dobrze. Tylko jeżeli te czempiony konkurują z prywatnym biznesem, korzystając z parasola ochronnego państwa, to jest problem. Jak możemy myśleć o budowie silnych podmiotów, które wyrastając na rynku krajowym, będą zdolne do międzynarodowej ekspansji, jeżeli właśnie na rynku krajowym zmienia się reguły w trakcie gry. Gdyby tak się działo w USA, to nie powstałby ani Microsoft, ani Apple, ani Amazon, bo w rządzie pojawiłaby się myśl, żeby tym, czym zajmują się te firmy, lepiej zajmował się podmiot kontrolowany przez państwo. Myślę, że przed obecną ekipą jest wiele wyzwań związanych z zabezpieczeniem interesów właśnie dla polskiego biznesu. Nie da się zbudować silnej gospodarki wyłącznie na kapitalizmie państwowym. Z jednej strony tyle się mówi o wspieraniu narodowych czempionów, a z drugiej strony rzuca się im – tak jak nam, którzy cały czas eksportujemy nasze, polskie przecież, rozwiązania na cały świat – kłody pod nogi na krajowym rynku. Czy naprawdę w polskim interesie jest, żeby przywrócić monopol na rynku pocztowym, dławiąc rozwój firm na nim obecnych, które mogłyby się szybciej rozwijać, wychodząc z produktami na rynki światowe? A przecież mogłoby tak być, gdyby miały spokojne otoczenie biznesowe tu, w Polsce. Czy może wierzymy, że Poczta Polska zostanie liderem innowacyjności i nagle będzie eksportować swoje rozwiązania na cały świat? Zostawię otwarte pytanie, czy naprawdę polskie państwo musi się godzić na dodatkowe wydatki w wysokości 1 mld zł na usługi pocztowe – taki będzie według Poczty Polskiej wzrost wydatków administracji na te usługi w 2019 r. względem roku 2016 – które, powiedzmy sobie szczerze, są schyłkową technologią wymiany informacji?

Ale żadna partia nie głosi obecnie konieczności rozbicia monopolu poczty. Nie ma pan kogo wspierać, nikt nie pomoże.

Nigdy nie należałem i nie należę do żadnej partii, nie zamierzam się utożsamiać z żadnymi barwami politycznymi. Natomiast nie znaczy to, że nie będę się jako obywatel wypowiadał na tematy, w których mam coś do powiedzenia, i że nie będę popierał takich czy innych programów politycznych, jeśli uznam, że są dobre z punktu widzenia polskiej przedsiębiorczości. Obecna ekipa ma dobre pomysły, pod którymi mógłbym się podpisać. Kluczem jest to, by je realizować.

A czy, jeśli idzie o biurokrację i podatki, największe bariery dla przedsiębiorczości, faktycznie jest u nas na co narzekać? Szefowie dużych firm często zaskakują mnie, mówiąc, że w Polsce pod tym względem wcale nie jest tak źle.

Duże firmy stać na duże działy prawne, które odciążają ich prezesów od konieczności walki z urzędnikami albo pozwalają im na optymalizację podatkową. Małe firmy nie mają tego komfortu i ich szefowie zajmują się często wszystkim, ze staniem w kolejce do urzędu skarbowego włącznie. Zaczynałem biznes jako student – od roznoszenia ulotek, sam prowadziłem księgę przychodów i rozchodów i wypełniałem zeznania podatkowe, bo nie było mnie stać na księgową. Wciąż dobrze to pamiętam. Tak, jest na co narzekać. Oczywiście, wiele rzeczy zmieniło się na lepsze, ale ta zmiana wynika z postępu technologicznego, a nie jakichś istotnych reform. Przedsiębiorca w Polsce wciąż ma pod górkę. Natomiast ja nie składam broni i naprawdę mam z czego być zadowolony. Rozwinąłem firmę, która przeszła wielokrotnie transformację, a także kryzys, ale wciąż istnieje i rośnie. Co więcej, jest jedną z najszybciej rosnących firm tej wielkości w Polsce.