Jako dyrektor Instytutu Polskiego w Berlinie przetrwała zaledwie pół roku, po czym dołączyła do długiej listy poległych "państwowców". Chyba jednak nadal z trudem przychodzi jej uwierzyć, że znajomi mieli rację. Zakładałam, że ludzie, którzy tak mówią, nie znają środowiska prawicowego  – bije się w piersi Radziejowska. Jest to postawa typowa dla "państwowca", czyli osoby dotkniętej dość specyficzną przypadłością psychiczną.

Taka osoba szczerze wierzy, że ponad interesem partii politycznych, czy biznesowych lobby, stoi dobro wspólnego, a jest nim niepodległe państwo. Dlatego wszelkie podziały ideowe, czy polityczne zawsze powinny znajdować się na drugim planie, gdy w grę wchodzi ważny interes kraju. Patologiczny "państwowiec" chce dla tegoż kraju pracować bez względu na okoliczności oraz się poświęcać, jeśli zajedzie taka potrzeba. Sądzi, że w ramach państwowej instytucji nie powinno mieć znaczenie: czy ktoś jest nieheteronormatywny, odmawia różaniec, prenumeruje "Gazetę Wyborczą", zaczytuje się w książkach Wildsteina, chodzi na demonstracje KOD-u czy bierze udział w rocznicy katastrofy smoleńskiej. Ocenie podlegają tam kompetencje – marzy sobie Radziejowska.

Wszystko przez to, że "państwowiec" kocha swoją ojczyznę ślepą i zupełnie nieodwzajemnioną miłością. Pcha się więc służyć Rzeczpospolitej nawet za darmo. Po czym pada ofiarą rzutkich, zaprawionych w bojach karierowiczów. Ci, gdy tylko zorientują się z kim mają do czynienia od razu wiedzą, że wbicie noża w plecy ofiary, będzie banalnie łatwe. Karierowicze mogą liczyć na wsparcie zwierzchników, bo oni niezmiennie pogardzają idealistami. Jednocześnie bojąc się ich. Romantyczny patriota chce bowiem w pierwszej kolejności służyć ojczyźnie, a nie przełożonemu. W polskich realiach popełniając tym grzech śmiertelny. Acz jest on śmiertelny jedynie dla "państwowców".

Ich politycznymi trupami są usłane archiwalne teczki z aktami osobowymi byłych pracowników ministerstw, urzędów, ambasad, etc. Prawidłowość ta jest jedną z najtrwalszych reguł w III RP. Choć takich rzezi, jakie urządza "państwowcom" PiS wcześnie nie bywało. Obóz dobrej zmiany prowadzi ich odstrzał z entuzjazmem porównywalnym do tego, z jakim minister Szyszko ratował Puszczę Białowieską. Na koniec ocaleją tylko korniki. W sumie łatwo zrozumieć, czemu tak się dzieje.

Wokół obozu dobrej zmiany kręciło się od dawna całkiem pokaźne stado "państwowców". Rojąc sobie, że gdy PiS przejmie władzę wreszcie naprawią Polskę. Jak wspomniała Radziejowska: wielu ludzi było sfrustrowanych słabościami III RP i chciało ją reformować. Na schyłkową Platformę zwracać uwagi nie było sensu, bo już dawno pokazała, gdzie leży jej dobro kraju. Tymczasem wreszcie nadeszła upragniona zmiana. Po czym pod hasłami naprawy Rzeczpospolitej aparat partii rządzącej zabrał się za regularną eksterminację sympatyzujących z nią "państwowców". W końcu liczba stanowisk możliwych do przejęcia jest liczbą skończoną, a każdy aparatczyk wie, że należy je zdobywać dla siebie i swoich ludzi. Wzorcowym przykładem, jak się przeprowadza w praktyce wspomniany odstrzał, może być los Instytutu Pamięci Narodowej.

W czasach rządu Platformy nikt z jej ścisłego kierownictwa nie brał na poważnie ani historii, ani pomysłów prowadzenia przez Polskę własnej polityki historycznej. Likwidowanie IPN, czy nawet jego przejęcie uznawano za zbędny wysiłek, skoro mało komu wadził, bywał pożyteczny, a jego ruszenie groziło histerycznymi reakcjami całej prawicy. Zresztą w szeregach PO Instytut miał pewne grono cichych sympatyków. W takich realiach mógł żyć własnym życiem, przez co zagnieździło się w nim spore grono "państwowców". Ba! W pewnym momencie ich liczba na metr kwadratowy prezentowała się jak niemal ewenement przyrodniczy.

Większość z nich prywatnie sympatyzowała z obozem dobrej zmiany (są na to dowody w postaci wyników anonimowych ankiet, jakie prowadzono przy okazji badań postaw pracowniczych). Kiedy ta nadeszła, dzierżąc w ręku sztandar z napisem "polityka historyczna", przyjmowali ją z entuzjazmem. Acz obawy budziło wejścia na rympał, czyli pierwsza nowelizacji ustawy o IPN. Dzięki niej obóz władzy rękami swojego Kolegium IPN oraz swojej parlamentarnej większości wyznaczył własnego prezesa. Pierwszym widocznym objawem, że życie bywa ciekawsze od snów wariata, była wizyta w centrali Instytutu jednego ze świeżo upieczonych członków Kolegium.

Robione smartfonem zdjęcia wrzucał na swój facebookowy profil z podpisami typu: "Bizancjum" lub "hańba". Obok prywatnych zdjęć z siłowni w towarzystwie osobistego trenera (nota bene każda miłośniczka męskiej urody przyznawała, że "niezłe ciacho") oraz oświadczeń typu "dziś 40 pompek i 50 przysiadów ze sztangą w jednej serii". Rajd profesora od pompek powinien był "państwowcom" uświadomić, że: postępowanie PiS-u, to wywracanie instytucji i chaos, które nie tylko niszczą, ale też mogą odebrać zapał do poprawiania czegokolwiek – jak elegancko ujęła to Hanna Radziejowska.

W codziennej praktyce sprowadza się to do prostych czynności. Po pierwsze wymiana kadrowa osób kompetentnych na ślepo oddane, pod drugie zmiany strukturalne dla samych zmian, bo ułatwiają wymianę kadrową. Na deser należy dołożyć uparte majstrowanie przy rzeczach, które działają. Tak długo aż przestaną. Wówczas można sobie pogratulować sukcesu. Od min "państwowców" z IPN po zetknięciu z polską rzeczywistością zabawniejsza może być tylko mina prezesa Szarka, jeśli okaże się prawdą, że obóz władzy zamierza go usunąć przed końcem kadencji. Wówczas dr Jarosław Szarek miałby święte prawo twierdzić, iż jest jednym z najokrutniej potraktowanych entuzjastów dobrej zmiany.

Przecież robił dokładnie to, czego od niego oczekiwano. Tymczasem zamiast pochwał narastają pretensje, że IPN nie potrafi bronić dobrego imienia Polski w świecie, nie reaguje na sytuacje kryzysowe, nie posiada nawet anglojęzycznych publikacji na temat zbrodni katyńskiej. Gdyby badacz odruchów prof. Iwan Pawłow żył i go zapytano, jak po usunięciu części mózgu i zębów zareaguje pies na komendę "Bierz go!", zdziwiony odpowiedziałby: Ano będzie siedział i się ślinił.

Skoro kierownictwo PiS jest zaskoczone, że po każdej komendzie IPN tylko siedzi i się ślini, to prawdą może okazać się plotka, że w tym gronie najbardziej przenikliwym intelektem dysponuje marszałek Kuchciński. Gdy wyrżnie się państwowców w jakiejś instytucja, to ona potem tak właśnie się zachowuje. A jeśli proces ten dotknie wszystkie instytucje, to na koniec całe państwo jedyne co potrafi, to się dobrze obślinić.