Dla ich podreparowania zorganizowano w parlamencie smakowicie groteskowy spektakl. W jego wyniku uzyskano rekord Polski w tempie zmieniania obowiązującego prawa. Pobito wszelkie dotychczasowe wyniki, oszczędzając posłom i senatorom nawet nocnego posiedzenia. Gdy w przyszłości przydarzy się kolejny taki wyścig nowelizacyjny, to czas zmiany ustawy pewnie trzeba będzie mierzyć już nie w godzinach, lecz minutach. Być może w końcu powstanie konieczność zainstalowania w parlamencie stopera z homologacją, żeby móc wiarygodnie odnotowywać nowe rekordy.

Zapewne też rząd będzie za każdym razem konsekwentnie twierdził, iż rekordowa nowelizacja okazała się dla kraju wielkim sukcesem. Natomiast myśl, że należało zawczasu posłuchać ostrzeżeń, płynących nawet ze strony ludzi z całego serca kibicujących "dobrej zmianie" (prof. Cenckiewicz w tym tygodniu co chwila ogłaszał na Twitterze: "A nie mówiłem!", odsyłając do swych alarmistycznych artykułów ze stycznia) nie zakwitła w umysłach rządzących. A jeśli nawet się takie spostrzeżenie przydarzyły, jak marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu, który filozoficznie zauważył: "Rzeczywistość nas zaskoczyła", ginęły one pod lawiną arogancji. Tymczasem polski parlament niezmiennie funkcjonuje w trybie produkowania kolejnych legislacyjnych potworów. Zupełnie jakby powierzono mu odegranie roli zbiorowego doktora Frankensteina.

Cieszący się zasłużoną sławą szalonego naukowca Wiktor Frankenstein nie miewał wątpliwości, że jego geniusz jest w stanie przeniknąć wszelkie tajemnice życia i śmierci. Butna pewność siebie sprawiła, że zebrał kawałki martwych ciał w całość i zszył z nich monstrum, po czym je ożywił. Co ono wyprawiało, po wydostaniu się na wolność, dobrze wiedzą miłośnicy powieści Mary Shelley oraz powstałych na jej kanwie ekranizacji. W każdym razie twór szalonego naukowca sprawiał, iż trup słał się gęsto. Natomiast zwykły lud, po zetknięciu z monstrum Frankensteina chwytał za widły i pochodnie i próbować zatłuc je jak najszybciej.

Niestety ten zdrowy instynkt samozachowawczy ludu zanikł w Polsce za czasów zaborów i nigdy już go nie odzyskano. Dlatego politycy wybierani do parlamentu cieszą się niezmiennie znakomitym samopoczuciem, jednocześnie serynie wypuszczając na wolność kolejne monstra prawne. Byłoby więc wielką niesprawiedliwością oskarżenie, że złe i mijające się kompletnie z rozumem, a nawet instynktem samozachowawczym ustawy Sejm zaczął wydzielać z siebie za rządów PiS. Tradycja tworzenia aktów prawnych, bez baczenia na ich sensowność, jakość oraz konsekwencje jest tak stara, jak III RP.

Każda z rządzących pod 1989 r. koalicji miała jakieś monstrum na sumieniu. Nota bene bardzo rzadko owo sumienie dawało znać o sobie, co łatwo wyjaśnić. W książce Mary Shelley ożywiony potwór zabrał się w pierwszej kolejności za najbliższe doktorowi Frankensteinowi osoby. Wypuszczane na świat, po procesie legislacyjnym, potworki prawne dewastują życie zwykłym ludziom, natomiast ich autorzy całkiem sobie dobrze radzą. Zwłaszcza, gdy wcześniej pomyślą o ukryciu w ustawie luki, by potem sprzedawać rady, jak z niej korzystać.

Skoro więc lud za widły nigdy nie chwytał, wszystko uchodziło bezkarnie. Aż nastała władza tak zachwycona własną nieomylnością, że doktor Frankenstein mógłby przy niej uchodzić za wzór umiarkowania i rozsądku. On w końcu bawił się jedynie trupami oraz elektrycznością. Natomiast obecny obóz władzy postanowił wymierzyć sprawiedliwość wszystkim narodom na Ziemi za niedocenianie polskiego wkładu w II wojnę światową. Jakie efekty to ambitne zamierzenie przyniosło, już wiemy. Przy czym wypuszczonego na wolność monstrum wcale nie udało się w tym tygodniu zatłuc, nawet po wspólnym oświadczeniu premierów Polski i Izraela. Jedynie fakt, że powstało daje każdemu, komu to będzie wygodne, możność pomawiania Polaków o chęć fałszowania historii i wybielania własnego kraju. Wszelkie zaprzeczenia będą traktowane wedle zasady, że to winni się tłumaczą.

W tym kontekście marnym pocieszeniem jest, że sprinterska nowelizacja najbardziej uderzyła w PiS. Sądząc po wpisach na internetowych forach najtwardszy elektorat partii poczuł się tak upokorzony okazaną uległością wobec Amerykanów i Żydów, że gotów jest głosować na kukizowców czy narodowców. O chęci przerzucenia poparcia na PO jeszcze nie pisano. Jednak kilka podobnych nowelizacji, a stara nienawiść przestanie mieć znaczenie wobec bólu z powodu zawiedzionej miłości. Ta odmiana na zdrowy rozum powinna skłonić przywódców obozu władzy do refleksji, czy aby nie czas zapanować nad radosną twórczością legislacyjną. W końcu przeczołganie, zafundowane polskiemu rządowi przez Waszyngton wspólnie z Tel Awiwem musiało ździebko zaboleć. Dlatego może nie należałoby już wpadać w stary schemat. Czyli wygrzebywać spod ziemi kawałki starych ustaw, dodawać nowe pomysły, zszywać je bez ładu i składu, dorzucać potem kilkaset poprawek, a uzyskany tą drogą twór wypuszczać między lud. Najlepiej po nocnych obradach, bo wówczas jest bardziej pokraczny.

Próżne nadzieje. W legislacyjnej kolejce czeka kolejny pomysł, na którego widok doktor Frankenstein zakrzyknąłby w uniesieniu: "To żyje! To żyje!". Co więcej ma zostać przyjęty w nachodzącym tygodniu. Chodzi o Ustawę 2.0, reformującą szkolnictwo wyższe. Spełnia ona idealnie wszystkie kryteria frankensteinowskiego stwora. Po licznych zmianach oraz dorzuceniu ostatnio jakiś 160 poprawek gwarantuje swym kształtem (którego już nikt nie ogarnia), że wiadomo tylko jedno – gdy wydostanie się na wolność, to tylko dobry Bóg wie, co się stanie. Choć dla porządku należy dodać, że całkiem spore grono osób zyska możność ogłoszenia z triumfem: "A nie mówiłem!".