Pójdźmy dalej, po bandzie. Czy Sejm może uchwalić, że za krytykowanie przedstawicieli władzy orzeka się karę 25 lat pozbawienia wolności? Albo karę śmierci?

Wszystko to brzmi absurdalnie. Ale jeśli wierzyć prezydenckiemu ministrowi Pawłowi Musze oraz parlamentarzystom Prawa i Sprawiedliwości – wszystko to byłoby możliwe.

Zamieszanie wokół ustawy o Sądzie Najwyższym i tego, czy prof. Małgorzata Gersdorf jest I prezesem Sądu Najwyższego, czy nim już nie jest, to tak naprawdę spór polityczny. Wszyscy jednak, dla niepoznaki, starają się go obudowywać prawniczą otoczką. Na sztandarach zwolenników ustawy i wysłania prof. Gersdorf w stan spoczynku jest pojęcie domniemania konstytucyjności ustaw. 

W skrócie narracja wygląda tak: Sejm uchwala ustawę, Senat ją akceptuje, prezydent podpisuje, rządowi prawnicy publikują w Dzienniku Ustaw. Przepisy stają się obowiązującą literą prawa i wszyscy muszą się do nich stosować. A jeśli się komuś nie podoba, może skierować wniosek lub skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Gdy trybunał uzna, że ustawa stoi w sprzeczności do konstytucyjnych wartości, regulacje zostaną uchylone. Dopóki jednak trybunał tego nie zrobi, prawo wszystkich obowiązuje; choćby było najgłupsze.

Gdy spytałem na Twitterze Bartłomieja Wróblewskiego, doktora nauk prawnych, konstytucjonalistę, posła PiS, o to, czy każda ustawa korzysta z domniemania konstytucyjności, w tym taka odbierająca czynne prawo wyborcze Polakom, otrzymałem odpowiedź: "Co do zasady tak". Takie podejście jest skrajnie niebezpieczne. W praktyce bowiem prowadzi właśnie do tego, że Sejm może absolutnie wszystko.