Odpowiedź na pytanie, czemu permanentnie ułomne państwo stanowi cenny środek płatniczy jest bardzo prosta. Znajduje się ją patrząc na mapę świata. Choć zależy, kto na nią spogląda. Gdy palcem po mapie wodzi prezydent Chin, to widzi, że najwygodniej byłoby poprowadzić linie kolejowe, którymi pociągi będą wiozły towary z Państwa Środka do Europy przez ziemie leżące wokół Wisły. Podobno tam znajdują się idealne punkty na lokalizację magazynów oraz fabryk. W czasach nasilającego się konfliktu między Pekinem a Waszyngtonem morskie szlaki komunikacyjne stają się dla Chin coraz mniej bezpieczne, bo niepodzielnie panuje na nich US Navy.

Z kolei na Kremlu stare mapy przypominają, że Rosja najwięcej znaczyła w Europie, a Kozacy pogonili Francuzów do samego Paryża, w czasach, gdy Królestwo Polskie było częścią Imperium Romanowów. Jedynie opanowanie go, otwiera dla następców carów dostęp do samego serca Europy Zachodniej. Rezydujący w Berlinie kanclerz widzi na mapie przede wszystkim fabryki i montownie w specjalnych strefach ekonomicznych, funkcjonujących głównie na zachód od Wisły. Zwolnione z podatków, zasilane tanią siłą roboczą na trwale zespalają gospodarki obu państw. Bez nich Niemcy nie mogłyby już ściągać się o prymat największego eksportera świata z Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Równie mocno potrzebują szlaków komunikacyjnych, wiodących na wschód, gdzie kupują rosyjskie i ukraińskie surowce oraz chińskie towary.

Czytać mapy potrafią też prezydenci USA. Na nich Polska jest klinem wbitym między aż trzy mocarstwa. Przy czym coraz mocniej: Chiny, Rosja i Niemcy stają się nie partnerami lecz problemami. Każda z leżących w Eurazji potęg na niwie politycznej lub ekonomicznej stara się podważyć dominację Stanów Zjednoczonych w świecie. Polska bardzo mocno związana z USA staje się niczym odcisk na palcu stopy dla całej trójki, bo zawsze uwiera.

Ale w grze mocarstw regularnie buduje się sojusze. Przy ich zawiązywaniu, strony negocjują i płacą sobie czymś cennym. W przeszłości, kiedy caryca Katarzyna I potrzebowała strategicznej przyjaźni króla Fryderyka Wielkiego, ofiarowała Prusom pierwszy rozbiór Rzeczpospolitej, a konkretnie Pomorze (nazywane wówczas Prusami Królewskimi). Żeby Austria nie protestowała zaproponowano jej współudział, czyli Galicję. Kanclerz Otto von Bismarck za to, że Petersburg nie będzie mu przeszkadzał w zjednoczeniu Niemiec płacił pomocą w tłumieniu powstania styczniowego i późniejszym pacyfikowaniem wszelkich aspiracji niepodległościowych Polaków. Prezydent Franklin D. Roosvelt w zamian za zgodne Stalina na utworzenie ONZ i powojenny porządek w Niemczech, bez żalu przekazał mu polskie Kresy aż po rzekę Bug.

Takich transakcji kosztem Polaków zawierano dziesiątki. Przy czym mocarstwa od wieków cenią sobie Rzeczpospolitą, jako najlepszy środek płatniczy wręcz potrójnie. Po pierwsze ze względu na wielką, strategiczną wartość, po drugie dla płacącego Polska jest zazwyczaj całkowicie darmowy środkiem płatniczym (coś jak wygrana w totka), a po trzecie Polacy sami wręcz błagają: Zapłaćcie nami, my tak uwielbiamy być traktowani przedmiotowo i wykorzystywani, no bierzcie nas, na co jeszcze czekacie?!.

Po wiekach prześladowań, pogromów i dyskryminowania Żydzi, gdy w końcu zbudowali własne państwo, pierwsze co zrobili to uzbroili je po zęby. Włącznie z bronią atomową. Gdy zaś widzą choć cień zagrożenia wpadają w histeryczny amok i są gotowi zabijać wszystko, co się rusza. Doświadczenia z przeszłości nauczyły ich, że nie ma lepszego sposobu na przetrwanie.

Po trzystu latach: licznych napaści ościennych mocarstw, urządzanych przy tych okazjach rzeziach, prześladowaniach, dyskryminowaniu, znalezieniu się całego narodu podczas II wojny światowej na krawędzi biologicznej zagłady, oto polskie elity zorganizowały … obchody 550 – lecia parlamentaryzmu. W namiocie na placu Zamkowym imprezował pod szyldem Zgromadzenia Narodowego PiS. Gdyby namiot był okrągły, to jeszcze istniała szansa, że w cyrku pojawią się też partie opozycyjne. Jednak Prawo i Sprawiedliwość, żeby zrobić na złość Platformie przygotowało namiot prostokątny. W tym momencie PO nie pozostało nic innego, tylko sobie urządzić własny cyrk.

Trzęsąca Polską od ponad dekady elitka POPiS-u może w teście IQ nie doścignęłaby Forresta Gumpa, jednak swój rozum ma. Tuż po szczycie NATO i w przeddzień spotkania Donalda Trumpa z Władimirem Putinem wysłała do stolic mocarstw jasny komunikat. Jesteśmy do wzięcia! Na co czekacie płaćcie nami za wasze sojusze, a na pewno nie będziemy się bronić!. Zresztą nawet gdyby jakimś cudem na rządzących Polską nalot urządził Duch Święty i przywrócił im rozum, to Polska nie ma ani czym się bronić, ani nawet tego nie potrafi. Natomiast nikt nie zapomniał starych metod dyplomatycznych zrządzania Rzeczpospolitą na odległość.

Dopóki w Europie trwała równowaga sił każde z mocarstw brało sobie na garnuszek jedno z polskich stronnictw politycznych. Uzależniając je od siebie przy pomocy: gotówki, szafowania tytułami książęcymi lub hrabiowskimi, posadami przy własnym dworze, lub innymi splendorami. Stronnictwa jedyne czym się zajmowały, to skakaniem sobie do gardeł, całkowicie paraliżując Rzeczpospolitą. Gdy europejska równowaga sił pękała, mocarstwa zaczynały poszukiwać nowej, płacąc sobie za kompromisy interesem strategicznym Polski.

Geniusze od polityki historycznej z Prawa i Sprawiedliwości robią coraz więcej, żeby taki powrót do przeszłości w pełni się udał. Koledzy z PO dzielnie im w tym sekundują. Skoro więc coraz bardziej nieuchronnie szykowana jest taka rekonstrukcja historyczna, zwykłym obywatelom też się coś od życia w jeszcze niepodległej III RP należy. Już podczas nadchodzących wyborów parlamentarnych koniecznie trzeba przywrócić tradycyjne sposoby wybierania posłów na sejmikach, praktykowane u schyłku szlacheckiej Rzeczpospolitej. Widywałem dawniejsze sejmiki, gdzie czasem po dwóchset naraz występowało do boju, gdy dobrze podpito, obcinano wzajemnie nogi, ręce, uszy – wspominał z nostalgią nieboszczkę Rzeczpospolitą pod koniec XVIII w. pisarz Jan Duklan Ochocki. Po kilka trupów pozostawało na pobojowisku – dodawał ze słabo skrywanym rozrzewnieniem. Czyż nie byłoby miło i dziś popatrzeć na tak wybierające się do parlamentu polskie elity? Rzeczpospolitej na pewno by to już nie zaszkodziło.