Powszechny stupor nie będzie jedynym sukcesem obozu władzy. Gołym okiem już widać, że PiS znalazł się w forpoczcie światowego trendu, którego symbolem stał się Donald Trump. Ów trend można w wielkim uproszczeniu nazwać – upartym dążeniem do demontażu starego porządku, bez baczenia na skutki przedsięwziętych działań.

W rozlicznych analizach, podkreślających nieobliczalność prezydenta USA, paranoidalność jego osobowości, czy wreszcie czyniących z niego zwykłego głupka, zupełnie pomija się determinację oraz konsekwencję tego polityka. Wbrew oporowi amerykańskich elit intelektualnych i medialnych, waszyngtońskiego establishmentu, czy nawet liderów Partii Republikańskiej prezydent z maniackim uporem kroczy w stronę jednego celu.

Jest on bardzo prosty. Stary porządek świata musi zostać zburzony. Taki obrał kierunek strategiczny cała reszta, to jego: lawirowanie, zaprzeczanie własnym wypowiedziom, kłamania w żywe oczy, itp., jest tylko doraźną taktyką, ułatwiającą osiągnięcie celu. Odpowiedź na pytanie, dlaczego pomimo sprzeciwu tylu wpływowych ludzi Trumpowi udaje się sukcesywnie realizować swe zamierzenie też zdaje się być całkiem prosta.

Wystarczy zajrzeć na stronę Gallup, Inc. (Instytutu Gallupa) i przejrzeć cotygodniowe notowania poparcia dla działań lokatora Białego Domu wśród wyborców Partii Republikańskiej (https://news.gallup.com/poll/203198/presidential-approval-ratings-donald-trump.aspx). Właśnie osiągnęło ono wysokość 90 proc.

Zwykli republikanie nie kochali swego prezydenta tak mocno nawet w dniu, gdy rozpoczynał swe rządy.

Nic dziwnego, że pozostałe dziesięć procent partii rządzącej w USA, które na co dzień rezyduje na Kapitolu i w innych miejscach Waszyngtonu, może jedynie zgrzytać zębami w bezsilnej złości. Otwarte wystąpienie przeciwko prezydentowi grozi utratą wyborczego zaplecza i szybkim zgonem politycznym. Trump może więc bez przeszkód codziennie wypuszczać przez Twitter nową porcję chaosu, niszcząc relacje ze starymi sojusznikami Stanów Zjednoczonych i podważając obowiązujące pakty.

Nie musi robić wiele więcej, bo stoi za nim siła militarna i gospodarcza USA. To zmusza całą resztę świata do szukania swego miejsca w ramach narzucanej przez prezydenta gry bez reguł. Jej efektem staje się delegitymizowanie kolejnych instytucji, będących ostojami dotychczasowego porządku m.in. NATO i Światowej Organizacji Handlu WTO.

Kiedy zaś wiara w skuteczność instytucji zostaje podważona, wówczas nikt już nie ogląda się na narzucane przez nie zasady. Po ich zdelegitymizowaniu chaos zaczyna się napędzać sam.

Jeśli od początku urzędowania Donald Trump świadomie pracował nad stworzeniem takiego mechanizmu obalania starych porządków, to autorzy analiz, którzy prezentowali go, jako nierozgarniętego prostaczka, powinni już nurkować pod stoły, by zacząć przeciągle szczekać. Bo do odszczekania jest bardzo ale to bardzo wiele.

Na polskim podwórku praca nad wypuszczeniem na wolność chaosu także wre. Acz jest zasadnicza różnica między Jarosławem Kaczyńskim a przywódcą Stanów Zjednoczonych.

Trump nie demontuje własnego państwa, lecz wszystko na zewnątrz, co jego zdaniem stoi na drodze rozwoju amerykańskiej gospodarki. Uderza więc w organizmy silne gospodarczo, czyli Unię Europejska i Chiny, a przyjaciół szuka wśród ekonomicznych karłów np. Rosji. Prezes PiS burzy filary starego porządku w kraju, by na ich gruzach wznieść swój własny.

Przyszłość może jednak znów przynieść wiele podobieństw. Osamotnione Stany Zjednoczone nie dysponują już takim potencjałem, jak po II wojnie światowej, żeby nad wygenerowanym przez siebie chaosem zapanować, wytyczając nowe reguły.

Nie inaczej jest w przypadku obozu rządzącego w III RP. Przez ponad rok konsekwentnie demontuje on system prawny, jaki zastał w państwie. Przy czym w założeniu nie chodziło o demontaż, lecz o czystkę kadrową. Tak aby starą elitę prawniczą zastąpić własną. Cechującą się umiejętnością wychodzenia naprzeciw intencjom władzy wykonawczej bez zbędnych instrukcji.

Tymczasem w praktyce okazało się, że prosty cele nie daje się tak łatwo osiągnąć. Pomimo gigantycznego wysiłku intelektualnego rządzący nie potrafili napisać takich ustaw, żeby za jednym (nomen omen) zamachem obsadzić swoimi ludźmi Trybunału Konstytucyjnego oraz Sądu Najwyższego. Wszystkie okazywały się dziurawe i wymagały łatania kolejnymi nowelizacjami, a następnie nowelizacjami nowelizacji.

Z tego powodu posłowie i senatorowie PiS, nie dość że obniżono im pensje, to jeszcze muszą przechodzić wakacyjną gehennę legislacyjną. Wcześniej nie przewidziano, iż nawet po emerytalnej czystce w Sądzie Najwyższym, wybór nowego Pierwszego Prezesa SN nie będzie wcale taki prosty. Wprawdzie władza, przy rachitycznych protestach opozycji, zapewne w końcu dopnie swego, lecz jej triumf będzie bardzo gorzki.

Nowy Sąd Najwyższy, podobnie jak Trybunał Konstytucyjny nie będą filarami IV RP. Po całym cyrku ich reformowania, umocowane na sprzecznych ustawach oraz konstytucji (będącej już żywym trupem) stają się tylko generatorami chaosu. Prawa przestrzega się wówczas, gdy obywatele tego chcą, a jeśli nie chcą, wówczas państwo potrafi ich do tego przymusić.

W Polsce ludzie od zawsze respektują obowiązujące przepisy dobrowolnie wtedy, kiedy im z tym wygodnie. Obecnie nawet zagorzałym wyborcom PiS będzie trudno się zmusić, żeby to, co ogłosi Trybunał Konstytucyjny, czy Sąd Najwyższy brać na poważnie. W takich przypadkach konieczność egzekucji prawa spoczywa na władzy. Kłopot polega na tym, że kolejne poczynania rządzących jedynie pogłębiają zamęt w całym aparacie państwa. Wprawdzie teraz miałby nastąpić etap budowy nowych porządków, czyli autorytarnych rządów mocno leciwego pana z nieczynnym kolanem.

W to, że taki porządek zaistnieje zapewne szczerze wierzą nadal działacze KOD-u, Obywatele RP, Joanna Scheuring-Wielgus oraz Jarosław Kaczyński. Wiara nie pozwala im dostrzec, że obóz rządzący nie panuje nad generowanym przez siebie chaosem, tylko coraz mocniej się miota. Paniki jeszcze nie ma, bo pewność siebie dodają sondaże wyborcze oraz dobra koniunktura gospodarcza. Jednak ta druga zależy od stabilności otaczającego Polskę świata. Tu zaś, by wszystko wywrócić do góry nogami, konsekwentnie pracuje Trump. A jak wiadomo chaos rodzi tylko większy chaos.

Przy czym są jeszcze dwie zasady rządzące tym żywiołem. Druga mówi, że prawie wszyscy w końcu tracą. Natomiast trzecie stanowi, iż zawsze znajdzie się ktoś, potrafiący wykorzystać zamęt, by przejąć władzę. Najczęściej w niewiele mający wspólnego z demokracją sposób. Co ciekawe nigdy nie jest to osoba odpowiedzialna za wypuszczenie chaosu na wolność.