Zarówno w Argentynie, jak i w USA politycy podejmowali próby obchodzenia konstytucji i poszerzania zakresu swojej władzy. Ale tylko w USA instytucje się obroniły.

Podczas swojej drugiej kadencji prezydent USA Franklin Delano Roosevelt postanowił wysłać na emeryturę sędziów Sądu Najwyższego. W poprzednich latach sąd uznał za niekonstytucyjne kilka pakietów reform gospodarczych wchodzących w skład New Deal, sztandarowego projektu Roosevelta, który miał wyciągnąć - i wyciągnął - kraj z zapaści ekonomicznej wielkiego kryzysu.

W 1933 "niezgodne" z konstytucją USA okazały się m.in. państwowe emerytury i renty, wsparcie dla rodzin i ochrona zdrowia. Roosevelt decyzję Sądu Najwyższego przypisywał motywacjom politycznym - większość sędziów o poglądach silnie konserwatywnych była mu zwyczajnie niechętna. Wzmocniony zdecydowanym zwycięstwem w drugich wyborach, z poparciem obydwu izb parlamentu, przeszedł do ofensywy i zaproponował obniżenie do 70 lat wieku emerytalnego dla sędziów SN.

Propozycja Roosevelta napotkała jednak stanowczy opór… kongresmenów jego własnej partii. Komisja procedująca ustawę uznała ją za bezcelową, niepotrzebną i bezwzględnie szkodzącą porządkowi konstytucyjnemu. Roosevelt przegrał swoją batalię o Sąd Najwyższy. Nie udało mu się wyzwolić urzędu prezydenckiego z amerykańskiej wersji imposybilizmu prawnego.

Co istotne, wedle logiki chwili bieżącej to Roosevelt miał rację. Ochrona zdrowia czy państwowe emerytury nie są niezgodne z amerykańską konstytucją – zresztą do porządku prawnego USA wprowadził je chwilę później ten sam prezydent po zawarciu kompromisu z tym samym Sądem Najwyższym. Co jeszcze bardziej istotne, Kongres, posyłając ustawę Roosevelta do kosza, wcale nie działał w celu zapewniania dobrobytu obywatelom na najbliższe dekady. Kongres działał jedynie w obronie własnej.

Jeśli uzna się, że prezydent może złamać niezależność Sądu Najwyższego, to co stanie na przeszkodzie temu (lub któremuś kolejnemu) prezydentowi w zniesieniu niezależności parlamentu? Historia obu Ameryk zna wszakże przykłady, gdy prezydent, odwołując się do "woli suwerena", zamykał niechętny sobie parlament. Ustawodawcze ramię amerykańskiej władzy stanęło w obronie niezależnego sądownictwa, aby zachować chwiejną, lecz fundamentalną dla rozwoju równowagę trójpodziału. Gdy władza jest podzielona, ogranicza siebie nawzajem, bo leży to w jej własnym interesie. Z kolei w interesie każdego obywatela leży ograniczona władza - tylko taka zapewnia ochronę wolności i wymianę elit.

Roosevelt podjął próbę demontażu Sądu Najwyższego w celu skuteczniejszej walki z wielkim kryzysem - produkcja przemysłowa w USA spadła o połowę, bezrobotny był co czwarty zdolny do pracy, wiele rodzin popadło w skrajne ubóstwo. Dzisiejsze ustawowe odwoływanie sędziów Sądu Najwyższego w Polsce dzieje się w zupełnie innej rzeczywistości ekonomicznej. Od prawie 30 lat polska gospodarka nie widziała ujemnego wzrostu, średni poziom życia wzrósł ponad trzykrotnie, a oczekiwana długość życia jest większa o osiem lat. Jednak nawet gdyby polska gospodarka dławiła się wielkim kryzysem, to odwoływanie Sądu Najwyższego na gruncie ekonomii byłoby nie do obrony. Długo trwały wzrost dobrobytu chroniony przez stabilną demokrację jest zawsze i po wielokroć ważniejszy niż - realna czy wyimaginowana - potrzeba chwili.

Sytuacja, w której jeden polityk kontroluje Sejm, Senat, urząd prezydencki, media publiczne, Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa, a teraz sięga po Sąd Najwyższy, nie przypomina tej amerykańskiej z 1937 r., z której niezależne instytucje wyszły obronną ręką. Bliższym przykładem jest raczej historia Sądu Najwyższego w Argentynie 10 lat później.

Po wygraniu wyborów prezydenckich w 1946 r. Juan Domingo Perón, niesiony falą popularności, zaproponował usunięcie czterech z pięciu sędziów Sądu Najwyższego. Izba Deputowanych i Senat przychylne prezydentowi uchwaliły odpowiednie ustawy. O tym, że były sprzeczne z konstytucją, nie miał kto zadecydować - konstytucyjność ustaw w Argentynie bada właśnie Sąd Najwyższy.

O ile jednak można uznać, że Roosevelt działał z wyższych pobudek, o tyle Perón zwyczajnie dążył do poszerzenia swojej władzy. Różne też były skutki tych ruchów. Amerykański system trójpodziału przetrwał w nienaruszonym stanie do dziś, a USA są ekonomicznym i politycznym supermocarstwem. W Argentynie wymienianie składów SN stało się normą. Perón skupił w swoich rękach pełnię władzy, tracąc ją jedynie w wyniku wojskowego zamachu stanu.

Po kolejnych przewrotach, cywilnych i wojskowych, powrót do wolnych wyborów nastąpił dopiero w 1983 r., jednak system niezależnych instytucji nigdy się nie odbudował. Kolejni prezydenci do dziś wymieniają składy SN i ręcznie zarządzają gospodarką, której ogromna część skupiona jest w rękach państwa. Partia władzy wygrywa kolejne wybory, kontrolując media i instytucje, które wedle konstytucji miały być niezależne.

Argentyna począwszy od lat 50. weszła w okres najpierw relatywnego, a potem absolutnego ekonomicznego upadku. Gospodarka regularnie borykała się z kryzysami. Dziś obywatele Argentyny są trzy razy mniej zamożni niż obywatele Stanów Zjednoczonych - z którymi wiek temu byli na równi. Z owoców koncesjonowanego wzrostu korzysta głównie wąska grupa biznesowo-polityczna ludzi lojalnych wobec władzy. Wielu młodych Argentyńczyków wybiera dziś emigrację do USA i Unii Europejskiej, gdzie wynagradzane są ich talent i pracowitość, a nie układy polityczno-rodzinne.

Inną gospodarką, która wyprzedza Argentynę we wszystkich wskaźnikach dobrobytu, jest… Polska. Polska, która dopiero trzy dekady temu weszła na drogę budowy niezależnych instytucji chroniących dobrobyt i która nigdy gospodarczo nie konkurowała z USA.

Jeśli demokrację rozumie się tylko w kontekście wyborów powszechnych, to nie ma różnicy pomiędzy USA a Argentyną - obydwa kraje mają regularne kampanie i głosowania. Różne ścieżki rozwoju tych dwóch gospodarek można zrozumieć, tylko patrząc na demokrację szerzej - jako na skomplikowany system niezależnych instytucji, które mają się wzajemnie ograniczać i kontrolować. Zdrowa demokracja to taki system, który pozwala na trwały rozwój i wzrost dobrobytu, zapewniając wolności obywatelskie. Demokracja rozumiana szeroko to nie system powszechnego głosowania, tylko system pokojowego przekazywania władzy, w którym głosowanie jest narzędziem – jednym z wielu.

Wzrost dobrobytu narodu następuje dzięki pracowitości, innowacyjności i zapobiegliwości szerokiej rzeszy przedsiębiorczych obywateli. Jedynym systemem politycznym, który gwarantuje rozwój w długim okresie, jest zdrowa demokracja, zapewniająca obywatelom wolny udział w życiu politycznym i gospodarczym. System polityczny oparty na jednej partii czy jednym polityku niszczy wszelkie zachęty rozwojowe. W takim systemie zamiast pracowitości i innowacyjności premiowane są wierność, poglądy i relacje. Tylko władza, która jest podzielona na niezależne od siebie ośrodki, gwarantuje ochronę wolności gospodarczej.

Historia uczy, że ten, kto kontroluje wszystkie ramiona władzy: wykonawcze, ustawodawcze i sądownicze, nie ma motywacji, aby tę władzę oddawać – nawet jeśli nazywa sam siebie demokratą. Ekonomia pokazuje, że taki system monowładzy zabija przedsiębiorczość i redukuje dobrobyt. Przykład Argentyny - i wielu innych upadłych gospodarek od Ameryki Łacińskiej przez Afrykę Subsaharyjską po większość krajów postsowieckich – uwidocznia, że upadek niezależnych instytucji łatwo się utrwala – zwykle na pokolenia.