W USA bycie wziętym prawnikiem można porównać do zalezienia się w przedsionku raju i to już za życia. Co budzi zrozumiałą zazdrość, bo prawnicy są wyjątkowo uprzywilejowaną grupą zawodową, której trzeba słono płacić za najdrobniejszą usługę. Z drugiej strony to oni ukierunkowują trwającą nieustannie ewolucję państwa oraz społeczeństwa, ponieważ ramy prawne określają każdy rodzaj aktywności w Stanach Zjednoczonych.

Ich uściślanie oparte jest na zasadzie precedensu. Gdy takowy zostanie przez sędziego orzeczony, niezwykle trudno go podważyć i wszyscy muszą go przestrzegać. Miłość Polaków do Ameryki jest rzeczą niezaprzeczalną, a stan permanentnego zakochania trwa od momentu, gdy Kościuszko i Pułaski walczyli o niepodległość USA. Jednak nawet najbardziej ślepe uczucie nie usprawiedliwia podjętej przez polskich prawników próby wejścia w rolę swych amerykańskich idoli. Przy czym polskie orły Temidy chcą znaczyć jeszcze więcej, ponieważ aspirują do takiej samej władzy, jednocześnie całkowicie lekceważąc obowiązek przestrzegania prawa. Stawiając się ponad nim.

Chcąc przyjrzeć się istocie sprawy należy na chwilę odciąć się od propagandowego szumu, generowanego przez obóz obecnej władzy i media z nim związane oraz adekwatne grupy obrońców porządków z czasów dobijanej właśnie III RP. Nie powinno być to takie trudne, bo nowe odsłony codziennej nawalanki w okresie wakacyjnych obchodzą (co widać jak na dłoni), znikomy procent obywateli. Po zatkaniu uszu łatwiej zobaczyć wiele mówiące fakty. Oto doktor nauk prawnych Jarosław Kaczyński, po wygranych przez PiS wyborach za strategiczny cel uznał przejęcie Trybunału Konstytucyjnego, któremu prezesował jego kolega ze studiów prawniczych prof. Andrzej Rzepliński.

W operacji pomagali: wytypowany przez prezesa PiS na prezydenta RP młody prawnik z Krakowa Andrzej Duda, jego dawny szef z ministerstwa sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz specjalista od prawa z czasów PRL Stanisław Piotrowicz. Po drugiej stronie barykady walczyło całe grono szacownych profesorów prawa na czele z byłymi prezesami Trybunału Konstytucyjnego: prof. Andrzejem Zollem, prof. Markiem Safjanem oraz tytułowany profesorem Jerzym Stępniem. Wojna prawników bardzo szybko zaczęła przypominać zmagania magów z "Władcy Pierścieni".

Co chwila jedna ze stron ogłaszała jedynie słuszną interpretację konstytucji, brzmiącą tak zawile, że nawet 99,9 proc. ludzi z wykształceniem prawniczym jej nie rozumiało, o całej reszcie narodu nie wspominając. Zresztą magiczne formuły, polegające na powoływaniu się na jakiś "paragraf" czy "ustęp" zupełnie nie mają w polskich realiach znaczenia i podniecają jedynie dziennikarzy usiłujących objaśnić je czytelnikom. Jak słusznie niegdyś zauważył marszałek Henri de Turenne: "Bóg jest zawsze po stronie większych batalionów".

W polskich realiach reguła ta dotyczy większości sejmowej, bo wszelkie zapisy prawne są mniej warte od funta kłaków. Jednej interpretacji przeciwstawia się zupełnie odwrotną interpretację, choć ich treści nie mają de facto znaczenia, bo decyduje liczba głosów w parlamencie. Wojna toczona przez prezesa Kaczyńskiego z prof. Rzeplińskim wynikała z tego, że ten pierwszy nie miał złudzeń, jak prawo będzie interpretować jego nielubiany kolega ze studiów oraz gro środowiska prawniczego. Nie ukrywało ono zresztą swej alergii na największego w Polsce miłośnika kotów.

Szczęściem dla Kaczyńskiego wśród polskich prawników funkcjonuje bardzo liczna grupa outsiderów, którym do niedawna wiodło się w życiu gorzej od kolegów, cieszących się ślepym uwielbieniem w środowiskach liberalnych i lewicowych. Prezes PiS dał outsiderom szansę na dorwanie się do największych profitów, a także okazję by wziąć słodki rewanż za lata upokorzeń. W zamian zyskał grono ludzi gotowych tak twórczo interpretować obowiązujące przepisy, że Albert Einstein wraz ze swą wielowymiarową wyobraźnią wyglądałby przy nich na patentowanego głupka.

Jednak druga strona pośpiesznie dostosowywała się do reguł gry. Polega ona dziś ona na tym, że należy najpierw wymyślić magiczną formułę prawną, której już absolutnie nikt nie rozumie. Następnie obóz nią szermujący grzmi bez ustanku, iż jest jedynie słuszna i prawdziwa. Po czym sprawdza się, kto dysponuje "większymi batalionami". Prawo i Sprawiedliwość wraz ze swym prezydentem mobilizuje je w parlamencie, po czym tworzy kolejnej ustawy, dowodzące, że papier faktycznie wszystko wytrzyma. Natomiast prawnicy z obozu antypisu, widząc jak społeczeństwo ma ich w nosie, całą nadzieję pokładają w odsieczy z przysłowiowej Brukseli.

Apogeum tej wojny, w której inne profesje już tylko asystują, pokrzykując sobie w mediach lub na ulicach, stała się rozprawa doktora Kaczyńskiego z koleżanką z sąsiedniego podwórka w czasach dzieciństwa prof. Małgorzatą Gersdorf. Proszę mi nie przypominać pani prezes, która nie powinna być prawnikiem, tylko handlować na bazarze – miał powiedzieć Jarosław Kaczyński o I prezes Sądu Najwyższego Andrzejowi Stankiewiczowi, gdy ten w 2016 r. przeprowadzał z nim wywiad. Po czym konsekwentnie robił wszystko żeby, jeśli nie na bazar, to przynajmniej odesłać koleżankę (niegdyś nominowaną do SN przez świętej pamięci brata) na emeryturę.

Będąc już o krok od spełnienia swego marzenia nadział się na interpretację, jaką rzutem na taśmę w tym tygodniu wymyślili sędziowie Sądu Najwyższego. Udało im się w Kodeksie Postępowania Cywilnego (KPC) wygrzebać zapisy, zdatne do zmieszania z magiczną formułą, czyniącą prawo bardziej rozciągliwe od liny bungee. Po tej czynności narodził się pretekst do zawieszenia stosowania części przepisów ustawy o SN, a także skierowania pięciu pytań do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Mają one stać się magicznym panaceum, blokującym przejęcie Sądu Najwyższego przez prawników z obozu PiS.

Najzabawniejsze, że obóz władzy zaskoczony bezczelną interpretacją KPC (najwyraźniej wierzy, że ma monopol na bezczelność) zawył, iż Sąd Najwyższy łamie konstytucje. Zupełnie ignorując fakt, że ukatrupiona już jakiś czas temu konstytucja nie ożyje. Bo takie są prawa natury i olewać jej zapisy będą teraz nie tylko ludzie z obozu PiS, lecz dosłownie wszyscy. Wkrótce zapewne taki sam los czeka Sąd Najwyższy. Stanie się on fikcją niezależnie, czy obsadzą go pisowscy prawnicy, czy będzie mieć dwóch I prezesów w postaci prof. Gersdorf oraz wyniesionego do tej funkcji przedstawiciela obozu władzy.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej też nie ocali Polski przed konsekwencjami tego stanu rzeczy. Sprowadzać się on będzie do tego, że przestrzeganie prawa zostanie domeną skończony frajerów. Tymczasem istnieje ono po to, żeby bronić słabych przed przemocą silnych, dawać obywatelom, choć namiastkę sprawiedliwości oraz poczucia bezpieczeństwa, a całości społeczeństwa jasne reguły gry. Koniec prawa jest początkiem końca państwa. Miało to już raz miejsce w kraju nad Wisłą niewiele ponad 300 lat temu.

Jeśli więc zdarzyłby się w przyszłości cud i zaistniała możliwość wyciągnięcia Rzeczpospolitej z nachodzącego chaosu oraz jej naprawy, to zacząć należy od poważnego zatroszczenia się o jedną, wyjątkowo szkodliwą grupą zawodową. Być może dobrym początkiem byłoby zafundowanie dwustu jej czołowy przedstawicielom z obu obozów rejsu do Ameryki. Ale pod żadnym pozorem statek wycieczkowy nie powinien nosić nazwy "Titanic", bo jeszcze mogliby nie chcieć wejść na pokład.