Kanclerz Angela Merkel spotkała się z nim pod koniec lipca – zupełnie legalnie, powołując się na szczególny interes narodowy. Może dlatego dla władz RFN nie jest również problemem zaplanowane na sobotę spotkanie z Władimirem Putinem w położonym niedaleko Berlina Mesebergu. Jak komentuje rzecznik rządu Steffen Seibert, poruszone zostaną tematy gazociągu północnego i Syrii. Według komentatorów „New York Timesa” dojdzie również do próby skoordynowania stanowisk w wojnie celnej między Europą i USA.

Niemieccy analitycy przekonują, że na spotkanie Putin–Merkel należy spojrzeć w szerszym, globalnym kontekście. Ich zdaniem nie ma mowy o ociepleniu relacji niemiecko-rosyjskich. Chodzi o pragmatyczną współpracę tam, gdzie jest ona możliwa. Takiej argumentacji nie sposób traktować poważnie. Szczególnie w Warszawie, która jest położona w odległości 10 minut lotu pocisku Iskander w wersji M wystrzelonego z wyrzutni na terenie obwodu kaliningradzkiego.

Przełamanie izolacji Gierasimowa i spotkanie z Putinem to zdrada dyplomatyczna. Berlin, otwierając się na Kreml, obniżył bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO. Niemcy uderzyli w żywotne interesy Polski tak samo, jak wtedy, gdy wiosną 2008 r. zablokowali na szczycie NATO w Bukareszcie Plan Działań na Rzecz Członkowstwa w Sojuszu Północnoatlantyckim dla Gruzji i Ukrainy lansowany przez Georga W. Busha i koalicję państw europejskich, której nieformalnymi liderami byli prezydent Lech Kaczyński i szef MSZ w rządzie Donalda Tuska - Radosław Sikorski. Tamten akt słabości RFN zachęcił Władimira Putina do inwazji na Gruzję i podjęcia przygotowań do aneksji Krymu. Obecny hołd Berlina będzie miał podobne skutki. Nie zdziwiłbym się, gdyby za kilka miesięcy okazało się, że oprócz Krymu Rosjanie władają również ukraińskimi portami nad Morzem Azowskim. W DGP pisaliśmy, że w zasadzie już trwa niewypowiedziana wojna morska na tym akwenie.

Niemcy doskonale znają Rosję. Nie są naiwni i wiedzą, że gesty takie jak spotkania z Gierasimowem i Putinem zostaną odebrane w Moskwie jako słabość. Wiedzą jednak również, że cenę za tę słabość przyjdzie płacić innym. Ukrainie, Polsce, krajom bałtyckim czy Rumunii. Nie Niemcom. Gdyby ich współpraca z objętą sankcjami Rosją ograniczała się do dostarczenia turbin do zbudowanych na anektowanym Krymie elektrowni (dla przypomnienia – mimo sankcji dostarczał je Siemens), można by spać spokojnie. Czym innym jest jednak legalizowanie polityków i wojskowych, którzy przy użyciu sił zbrojnych dokonują zmiany granic w Europie, używają broni chemicznej na terytorium Wielkiej Brytanii, mieszają się w wybory w zachodnich demokracjach, wykorzystując najemników i wywiad, podejmują próby zamachu stanu w najmłodszym stażem państwie NATO (Czarnogóra), werbują do współpracy ze służbami specjalnymi duchownych (Grecja) i są specjalistami w szantażu energetycznym.

Niemcy, dopuszczając się zdrady europejskich partnerów, pozbawiają się zdolności przywódczych w UE i wiarygodności. Nie wystarczy mętne przyznanie przez Merkel, że kolejne nitki gazociągu pod Bałtykiem mają jednak polityczny charakter. Nie wystarczą zapewnienia, że pani kanclerz tak naprawdę nie lubi Putina, bo kiedyś poszczuł ją swoim psem. Rytualne deklaracje, że sankcje pozostają w mocy, to również za mało. Za mało, by uwierzyć, że gramy z Niemcami w tej samej drużynie.