Zapiski autora nieśmiertelnych eposów nie pozostawiają wątpliwości, że ogarniało go przerażenie, co czeka Teby i całą Beocję, gdy tylko nowe pokolenie dorwie się do władzy. Tymczasem pomimo bezmyślnej młodzieży ojczysta kraina Hezjoda nie dość, ze świetnie prosperowała przez następne stulecia, to w końcu Tebom udało się zdobyć hegemonię w całej Grecji. Stało się to, na szczęście dla poety jakieś trzysta lat po jego śmierć. Los zaoszczędził mu przykrego doświadczenia, jakim jest publiczne odszczekiwanie błędnej prognozy.

O konieczności przepraszania urażonej młodzieży już nie wspominając. Dziś wszystko dzieje się dużo szybciej. Na łaskę opatrzności, że zdążą wymrzeć, nim trzeba będzie przepraszać nie mają co liczyć nawet bardzo wiekowi opozycjoniści. Tymczasem na zabetonowanej od lat polskiej scenie politycznej zaczyna dziać się coś, przy czym "dobra zmiana" może okazać się jedynie niewinnym preludium do prawdziwych zmian.

Nim zacznie się porządna burza zazwyczaj zapada chwila ciszy. To, że pod Sądem Najwyższym, czy na blokadach przemarszu ONR, podobnie jak na wcześniejszych manifestacjach KOD-u, średnia wieku uczestników oscylowała w okolicach emerytalnego, jest właśnie owej ciszy symptomem. Mimo to opozycyjne elity nie potrafią zauważyć, iż należałoby spróbować zdiagnozować przyczynę, czemu młode pokolenie w swej masie ignoruje burzenie państwowego porządku, zbudowanego po roku 1989.

Taką diagnozę starały się do tej pory tworzyć jedynie osoby ze środowisk dalekich od głównych nurtów. Konserwatyści z Klubu Jagiellońskiego i "Nowej Konfederacji", socjaliści publikujący na łamach "Krytyki Policznej", liberałowie z "Kultury Liberalnej", lub socjalizujący "symetryści" pokroju Rafała Wosia i Grzegorza Sroczyńskiego. Natomiast dotychczasowi beneficjenci III RP (czyli: "sławni, zamożni i wpływowi") boleśnie zepchnięci przez PiS do narożnika, potrafią się jedynie oburzać. Przy czym strojone przez nich fochy bawiłyby do łez, gdyby nie były przerażającym świadectwem, że już wiele lat temu ludzie ci przestali obserwować otaczającą ich rzeczywistość.

Świetnie obrazują to kolejne oskarżenia wobec młodych, bo zamiast wychodzić na ulice wolą sobie pojechać na wakacje do Nowej Zelandii lub nałogowo opijać się latte z sojowym mlekiem (być może tak pokutując za polityczną obojętność?). W ostatnim tygodniu furorę zrobił tekst Doroty Wellman w "Wysokich obcasach" pod bijącym na alarm tytułem: "Naprawdę wszystko wam jedno, w jakim kraju żyjecie? Obudzicie się, gdy przestanie wam działać Netflix?". Nie ma w nim nic ponad to, co można było wyczytać w innych demonstracyjnych fochach "słanych, zamożnych i wpływowych".

Oto durna młodzież do życia potrzebuje: darmowego wi-fi, paszportu, Netflixa i nadbrzeża nad Wisłą. No chyba, że gremialnie wesprze opozycję, tak udowadniając, jak nagle zmądrzała. Dzięki temu nie będzie musiała pić za karę latte z sojowym mlekiem, kiedy opozycja wróci do władzy. Za moich czasów, czyli dawno temu, bo mam 57 lat, młodzi ludzie byli zaangażowani w sprawy publiczne – poucza z nieskrywaną wyższością autorka tekstu.

W takich momentach już w średniowieczu św. Tomasz z Akwinu, wznosząc oczy ku niebiosom, mawiał: Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. Zostawiając na boku kwestię, czy władca ciemności zabrał się za redagowanie "Wysokich Obcasów", rzeczą o wiele ciekawszą są reakcje na tegoż, pisemnego focha. W krótkim czasie od lewa do prawa nastąpił wysyp tekstów autorów, o co najmniej dwie dekady młodszych od Doroty Wellman. Wszystkie publikacje można opatrzyć jednym tytułem. Brzmiałby on – "Idźcie wreszcie na emeryturę". Przy czym to wezwanie nie dotyczy tylko autorki jakże patetycznego zdania: Teraz na protestach spotykam najczęściej ludzi w moim wieku i starszych. Chyba zaangażowanie mają we krwi i tak im pozostanie na zawsze. I się nie boją.

Emerytalne wezwanie zdaje się tyczyć całej rzeszy: sławnych, zamożnych i wpływowych. A jako, że zabrzmiało także w środowiskach prawicowych można je rozciągnąć na całą polską elitę. Nie da się bowiem ukryć, że po przejęciu przez PiS zasobu etatów i synekur będących w dyspozycji państwa, to teraz ta partia wykreowała, własną, wpływową elitę. Tyle tylko, że demontaż III RP, jaki właśnie trwa, jedynie w niewielkim stopniu otworzył możność szybkiego awansu dla ludzi pokolenia roku 1989. Ścisłe trzymanie się kryterium partyjnej lojalności i promowania tylko "swoich" sprawiło, iż realne szanse na kariery mają jedynie młodzi aparatczycy, w stylu nieodżałowanego Bartłomieja Misiewicza.

Niezmiennie o wszystkim decydują układy, a nie merytoryka. Ten stan rzeczy, zabetonowany w dipolu PO-PiS powinien zacząć się chwiać już dziesięć lat temu, gdy wybuchł światowy kryzys. Jednak zbiegiem okoliczności Polacy otrzymali możność łatwej emigracji zarobkowej. Wyjazd grubo ponad miliona młodych ludzi podziałał jak otworzenie wentyla bezpieczeństwa. Ci co mogliby się zbuntować z powodu szklanego sufitu, blokującego im awans społeczny, układają sobie życie w Wielkiej Brytanii lub Irlandii.

Teraz jednak emigracja staje się wyborem dużo mniej atrakcyjnym, lata lecą, a zasoby wypracowane przez pokolenie roku 1989 r. cały czas każą wiązać je z dźwięcznym słowem – prekariat. Co gorsza w parze z marnym stanem posiadania idzie powszechne poczucie braku wypływu na otaczającą rzeczywistość. Poprzednia elita rządząca na wszelkie uwagi, że jest coś nie tak, niezmiennie nakazuje smarkaczom się zamknąć, bo oni przecież nie: "walczyli, konspirowali, chodzili na manifestacje, czytali książki, dyskutowali, mieli poglądy. I dostawali pałą po plecach. A czasem trafiali do więzienia" (to znów cytat za nieocenioną Dorotą Wellman).

Najzabawniejsze jest to, że pisowski establishment mówi dokładnie to samo (nawet prokurator Piotrowski uparcie stara się wpasować w tę narrację). Ale rządy "dobrej zmiany" zachwiały istniejącym do tej pory układem sił. Trzy lata maltretowania elit III RP przez polityków PiS oraz wspierające to media mocno nadszarpnęło autorytetem, do nie dawna naprawdę: "słanych, zamożnych i wpływowych". Choć w oczach młodego pokolenia te osoby obecnie najskuteczniej dyskredytują się same. Wystarczy, że coś napiszą.

Za przywódcami postrzeganymi jako upierdliwi sklerotycy, nie pójdą już tłumy. Co ciekawe otwarcie na zmianę pokoleniową na razie następuje jedynie na lewej stronie sceny politycznej. Na prawicy ostatnim filarem blokującym początek procesu jest osoba Jarosława Kaczyńskiego. Otoczenie prezesa tworzą kombatanci, których władza i wpływy wynikają z pozycji osoby lidera. Bez niego czeka ich z automatu polityczna emerytura.

Trwałość systemu zależności personalnych jest więc wprost proporcjonalna do stanu kolana prezesa. Dopóki działa, a PiS dzierży sejmową większość, wymiana pokoleniowa następuje kropelka po kropelce. Jednak im bardziej odsuwa się w czasie, tym burza będzie większa. A wtedy to dopiero się będzie działo, bo zmiany na prawicy mogą wzmagać adekwatne wydarzenia na lewicy. Szczęściem casus Hezjoda daje nadzieję, że może wreszcie będą to dla Polski zmiany na lepsze.