Te obserwacje nakazują wysnuć wniosek, że najwyraźniej polskie państwo jedynie dla niepoznaki uznaje dzieci za istoty ludzkie. Czyni ten pozór z czysto pragmatycznych względów, żeby za szybko nie wpadały w panikę, zakłócały ciszę nocną swoim płaczem i myślały o stawianiu oporu lub ucieczce. W rzeczywistości zaś traktuje się je, jak coś pomiędzy słodką myszką a puchatym króliczkiem - w obu przypadkach idealnymi zwierzątkami laboratoryjnymi. A skoro tak, to można na nich eksperymentować ile wlezie, a decydenci nie mają przy tym żadnych wyrzutów sumienia.

Cyklicznie powtarzaną formą doświadczeń naukowych na polskich dzieciach są reformy systemu edukacyjnego. Wraz ze startem nowego roku szkolnego będzie można obserwować najnowsze badania wytrzymałości polskich dzieci na życie w ekstremalnych warunkach. Już teraz można przypuszczać, że tak potraktowany dorosły człowiek szybko popadłby w depresję lub zwyczajnie się powiesił, króliczek laboratoryjny skończył ze sobą tłukąc głową o pręty klatki, a polskie dziecko znów da radę.

Trzeba przyznać byłej działaczce Unii Wolności Annie Zalewskiej, że od kiedy udało się jej reaktywować karierę polityczną w szeregach PiS, stała się wzorem oddania. Oczywiście nowej, macierzystej partii, bo przecież nie dzieciom, czy nawet idei zadbania o ich dobrą edukację. Skoro więc partia przed wyborami obiecała, że zlikwiduje gimnazja, a także obiecała wykonywanie obietnicy, to zadanie należy wykonać.

Pani minister edukacji początkowo miała z górki. Większość narodu tej kategorii szkół nie darzyła specjalną atencją. Co można uznać za szczyty tolerancji po dekadzie wciąż nowych doniesień w mediach, jak to w gimnazjach szerzy się: narkomania, seks i przemoc. Dużo większą niechęć wobec nich wyrażali nauczyciele, przynajmniej ci, którzy otwarcie nazywali gimnazja rozsadnikami patologii. Kiedy więc Anna Zalewska otrzymała zlecenie na wykonanie obietnicy wyborczej wydawało się, że łatwo zdobędzie dla macierzystej partii kilka nowych punktów poparcia w sondażach.

Nagłą miłością do gimnazjów zapałała jedynie opozycja. Ale ona notorycznie pała miłością do wszystkiego, co okazuje się niemiłe dla Prawa i Sprawiedliwości. Aż strach pomyśleć, jak sadystycznie mógłby Jarosław Kaczyński wykorzystywać tą żelazną regułę w zachowaniu przeciwników PiS, gdyby uruchomił swą wyobraźnię i dorzucił szczyptę perwersji. Szczęściem dla opozycji nadal jeszcze nie musi kochać rzeczy, jakie swą udawaną odrazą wskazywałby jej prezes Prawa i Sprawiedliwości.

A wracając do gimnazjów, to zakończenie ich istnienia MEN uznało za banalnie prostą operację. Natomiast to, że w każdym roczniku uczy się w nich, wedle danych GUS ok. 360 tys. dzieci, jest faktem zupełnie bez znaczenia. Dopiero całkiem niedawno w Ministerstwie Edukacji Narodowej się zorientowano, iż dzieci mają w sobie coś z królików, bo trudno się doliczyć ich rzeczywistej liczby i ciągle dwoją się w oczach. Obok wspomnianych 360 tys. absolwentów ostatniej klasy gimnazjów jest jeszcze drugie tylko uczniów ostatniej klasy szkoły podstawowej. Co daje ponad 700 tys. dzieciaków. Dziś mamy już za sobą całą serię eksperymentów, jakie na nich przeprowadzono.

Każdy, kto posiada potomstwo w wieku gimnazjalnym, mógł zaobserwować, jak w ciągu ostatnich dwóch lat zmienił się skład grona pedagogicznego w szkołach. Pierwsi ewakuowali się na etaty do podstawówek lub liceów najbardziej wybijający się nauczyciele. Za nimi pognała cała reszta w wieku produkcyjnym. Na posterunku pozostali emeryci lub młodzież tuż po studiach. Atmosfera nieuchronnego końca gimnazjum sprawiła, iż nauczać, czy wymagać czegokolwiek od dzieci poza obecnością (a i to nie zawsze), chce się od roku tylko nielicznym. Gwałtowne obniżenie jakości edukacji może towarzyszyć ostatniemu z gimnazjalnych roczników przez kolejne lata. Dołączy do niego pierwszy rocznik, kończący nowe podstawówki. Acz jemu z kolei w siódmej klasie MEN zafundował prawdziwą szkołę przetrwania.

Być może po to, żeby smarkacze poczuli na własnej skórze, jak wyglądało życie robotnika fabrycznego w pierwszej połowie XIX w. Udało się osiągnąć taki efekt kumulując w nowej podstawie programowej to, co wcześniej nauczano przez dwie klasy gimnazjum. Cwanym sposobem zmuszono dzieci do pracy przez siedem lub osiem godzin lekcyjnych dziennie, a następnie kolejne siedem w domach przy nauce i odrabianiu zadań. Przytłaczająca większość dożyła tegorocznych wakacji, co jasno dowodzi, że dziecko w odwrotności do laboratoryjnego zwierzątka zdecydowanie trudniej jest zamęczyć na śmierć. Jednak najlepsze dopiero nadchodzi.

Niedouczeni gimnazjaliści i przetrenowani absolwenci podstawówek trafią do tych samych liceów. Acz będą kształceni wedle dwóch osobnych podstaw programowych – trzy oraz czteroletniej. Na ten eksperyment nałoży się dodatkowo zadanie upchnięcia w szkołach średnich dwukrotnie więcej dzieci w jednym roczniku tak sprytnie, by jednocześnie nie rozerwać przy tym budynku. Stare doświadczenia z czasów PRL, kiedy szkoły pracowały na trzy zmiany, może okazać się bardzo przydatne. Należy nawet pomyśleć o ich rozwinięciu, za sprawą wprowadzenia zmiany nocnej. Tak, aby pokazać wszystkim, że polska młodzież potrafi nie spać nawet przez kilka lat. Po takim liceum młodych Polaków będą chciały przyjmować w swe progi nie tylko najlepsze uczelnie świata, ale też rekrutować najbardziej elitarne jednostki wojsk specjalnych krajów NATO. Naprawdę trudno przewidzieć, ile jeszcze korzyści krajowi przyniesie eksperyment MEN przeprowadzony na liczbie ponad 700 tys. dzieci.

W tym szaleństwie dawno temu znikło zasadnicze pytanie. Dlaczego minister Anna Zalewska nie zaplanowała przeprowadzenia reformy stopniowo, by zadbać o dobro młodzieży? Pewnie zupełnie nietrafione są podejrzenia, iż zrobiła to aby wykazać się jak bardzo jest gorliwa w wykonywaniu partyjnych zleceń, a wszystko inne nie ma znaczenia, bo nie służy jej karierze. W rzeczywistości pani minister po prostu jest wybitnym naukowcem, a jej eksperymenty na dzieciach służą rozwojowi światowej nauki.

Tymczasem wedle uparcie krążących plotek na stanowisku szefa MEN jeszcze w obecnym semestrze zajdzie zmiana. Co wydaje się całkiem racjonalnym posunięciem, bo ponoć całkiem sporo rodziców owych 700 tys. dzieci kocha swe pociechy i grozi to przełożeniem się na głosy wyborcze. W takich okolicznościach wyznaczenie komuś roli kozła ofiarnego staje się polityczną koniecznością. Jednak ta sama plotka głosi, iż Anna Zalewska zostanie wystawiona przez PiS jako kandydatka w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Gdyby okazało się to prawdą, zważywszy na 8 tys. euro podstawowego uposażenia europosła plus 4 tys. diety miesięcznie za udział w posiedzeniach i pracach komisji – końcowy wniosek może być tylko jeden. Nic się tak nie opłaca jak eksperymenty na polskich dzieciach, ale dzięki temu laboratoryjne króliczki mogą sobie spać spokojnie.