Pochodzące z połowy lat 90. zapisy, przynoszą bowiem długoletnie efekty, dające się porównać z upojeniem większym nie alkoholowe. Jego ostatnim objawem są medialne parkosyzmy, po tym jak w Gabinecie Owalnym Donald Trump postawił przy biurku polskiego prezydenta. Faktem jest, że Andrzej Duda ma wyjątkowego pecha do wszystkiego, co wiąże się z podpisywaniem. Tą przypadłość złośliwie wychwycili twórcy "Ucha prezesa", czyniąc ją symbolem obecnej prezydentury. W tym tygodniu Trump dodatkowo sprowadził naszego pechowca do parteru, a następnie skopał leżącego, za pomocą opublikowanego zdjęcia.

Wiele wcześniejszych fotografii prezydenta USA, zwłaszcza tych z europejskimi przywódcami, dowodzi, iż żadna inna czynność nie daje mu większej frajdy. Trump wyraźnie kocha momenty, kiedy może zdominować innego lidera w widowiskowy stylu, po czym to sobie uwiecznić. No chyba, że trafia na Putina. Tu jednak Biały Dom traci chęć do upubliczniania zdjęć z przywódcą Rosji. Sądząc po głosach oburzenia i wysypie memów dla wielu Polaków, zwłaszcza tych sympatyzujących z opozycją, prezydenta Dudę spotkało w Waszyngtonie upokorzenie.

Przewijające się określenia, to: serwilizm, poddaństwo, uległość. W przypadka większego wzmożenia emocjonalnego komentatora mowa jest nawet o poniżeniu całego narodu. W tym potoku słów brak tylko jednego, a mianowicie słowa – konstytucja. Choć przecież od dawna odmienia się go codziennie na wszystkie sposoby. A przecież właśnie jej zapisy tak sytuują osobę prezydenta na scenie politycznej, że w efekcie narodziła się w Polsce hodowla zastępczych głów państwa. Dobieranych przez rzeczywistych liderów w ten sposób, by posiadali predyspozycje przede wszystkim do pilnowania żyrandola. Proces ten przebiegał stopniowo, a jednym z jego inicjatorów a następnie ofiar stał się Aleksander Kwaśniewski.

Gdy zaczynano układać konstytucję III RP jej twórców paraliżowała myśl, że Lech Wałęsa może ponownie wygrać wybory i "flandyzując prawo" poszerzać zakres władzy prezydenta. Sekretarz stanu w jego kancelarii, świętej pamięci Lech Falandysz był prekursorem takiego interpretowania ustawa, by znaczyły zupełnie coś innego niż chciał ustawodawca. Kwaśniewski do spółki z politykami z SLD, PSL i Unii Wolności wymyślili więc urząd prezydencki na kształt staropolskiego powiedzenia: "ni pies ni wydra, coś na kształt świdra". Prezydenta wybiera więc naród, lecz mimo takiej legitymizacji głowa państwa nie posiada de facto władzy wykonawczej. Może natomiast zatruwać życie rządzącym partiom, wetując ustawy i blokując pracę rządu. Czyli prezydent władzę może sobie wywalczyć, jeśli jest skutecznym szantażystą.

Po przyjęciu nowych reguł gry Aleksander Kwaśniewski założył sobie, że urząd prezydenta jest idealną funkcją dla lidera całego obozu politycznego. Otrzeźwienie nie nastąpiło szybko, bo niedługo po tym, jak wygrał wybory musiał stawić czoło AWS. Wojna podjazdowa, prowadzona przez niego z dominującą w parlamencie Akcją Wyborczą Solidarność, odsunęła w czasie ujawnienie się podstawowej cechy polskiego systemu politycznego. Nastąpiło to, gdy SLD wygrało znów wybory i premierem został Leszek Miller.

Zgodnie z tym, co zapisano w konsytuacji na serio zamierzał on rządzić krajem, bez oglądania się na wytyczne prezydenta, choć obaj należeli do tego samego obozu politycznego. Wszczęta wówczas wojna podjazdowa zyskała dźwięczną nazwę "szorstkiej przyjaźni". Wygrał ją Kwaśniewski, a Milera na stanowisku premiera zastąpił człowiek prezydenta prof. Marek Belka. Wówczas dla bystrzejszych obserwatorów stało się jasne, że prezydent jeśli chce rządzić, to zawsze jest skazany na konflikt z rządem. Nawet jeśli ów rząd tworzy partia, którą prezydent sam zakładał.

Taki stan rzeczy skazywał III RP na wegetację w stanie permanentnej wojny na górze. Jednak każdą patologię da się zastąpić inną. Po klęsce wyborczej SLD w 2005 r. polską scenę polityczną zdominowali dwaj przywódcy: Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Ucząc się na błędach Kwaśniewskiego próbowali poradzić sobie z niedoskonałościami konstytucji, bez jej zmieniania. Na początku łatwiejszą sytuację miał Jarosław Kaczyński, za sprawą doskonałej współpracy ze swoim bratem bliźniakiem. Obaj zachowywali wobec siebie idealną lojalność. Lecha Kaczyńskiego bardziej pociągała możność kreowania polskiej polityki zagranicznej i tworzenie koncepcji strategicznych. Jego brat preferował codzienne gry o władzę oraz jej utrzymanie.

Ten doskonały tandem był tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych PO i śmierci Lecha Kaczyńskiego, nie posiadający brata bliźniaka Donald Tusk wytypował na prezydenta, pozbawionego absolutnie wszelkich cech przywódczych Bronisława Komorowskiego. Ustawka z prawyborami w Platformie, w których Komorowski musiał zmierzyć się z będącym w partii zupełnie obym ciałem (niedawno przetransferowanym z pisowskiego rządu) Radosławem Sikorskim, zasługuje na miano mistrzowskiej.

Kaczyński nie bawił się w takie niuanse i swoim prezydentem pięć lat później po prostu mianował Andrzej Dudę. W obu przypadkach takie rozwiązanie z punktu widzenia rzeczywistych przywódców sprawdzało się całkiem dobrze. Bronisław Komorowski w ogóle nie przejawiał ochoty, żeby wybić się na niezależność. Czasami marzenia o byciu liderem miewa Andrzej Duda, lecz przywódca PiS dość skutecznie je pacyfikuje. Dzięki czemu o wojnie na górze nie ma mowy.

Jednak prezydent Polski musi też regularnie odwiedzać inne kraje. Pół biedy, gdy pojedzie do niewiele znaczącego dla Polski państwa i tam radośnie sobie pobryka, jak się to wiele razy zdarzało Komorowskiemu. Wszyscy mieli ubaw po pachy z wujka Bronka, po czym zwolennicy Platformy zachwycali się, jaki jest słodki w swych seryjnych gafach, a opozycja ostentacyjnie szydziła. Rzeczywiste kłopoty zaczynają się, kiedy nasz prezydent nie styka się jedynie z utrzymywanym dla dekoracji królem, lub wybieranym przez parlament innym prezydentem.

Czasami zdarzają się mu ważne spotkania z rzeczywistymi przywódcami, potrafiącymi walczyć o władzę i gotowymi zdobywać ją, nawet po trupach. Kimś taki jak Donald Trump, który by zaanektować dla siebie Pokój Owalny w kolejnych prawyborach zmusił do uległość wrogą mu wierchuszkę Partii Republikańskiej. Gdy zaś otrzymał jej nominację prezydencką, stoczyć morderczy bój z Demokratami. Nota bene w Polsce Tusk, czy Kaczyński by wejść na sam szczyt musieli toczyć podobne boje. Jak były krwawe najlepiej świadczą długie listy politycznych trupów, które mają na sumieniach.

Z tej perspektywy ważne spotkanie prezydenta z Polski wyhodowanego pod żyrandol z pełnokrwistym przywódcą przypomina zetknięcie pit bulla z labradorem. Daj Boże, by pit bull miał dobry dzień i nie chciało mu się gryźć. Zaś wymaganie o labradora, by potrafił się odgryźć to nawet nie perwersyjne okrucieństwo, to po prostu żądanie rzeczy niemożliwych. W Polsce strażnik żyrandola z nominacji rzeczywistego przywódcy musi mieć naturę milusiego labradora, ewentualnie sklerotycznego wuja. Zaś wyborcy to kupili, masowo głosując już dwukrotnie na takich właśnie lokatorów Pałacu Prezydenckiego. Gdy więc dziś tarzają się ze śmiechu, oglądając sławne zdjęcie z Gabinetu Owalnego, zachowują się jak bohaterowie "Rewizora". Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! – podsumowywał Gogol.