A teraz wyobraźcie sobie pusty, biały ekran komputera, na którym pojawia się czarna kropka. Potem kropka znika, ale w ułamku sekundy taka sama pojawia się trzy centymetry dalej. A teraz, kiedy ktoś nas zapyta, co widzimy, powiemy, że kropkę, która się przesunęła – zamiast, zgodnie z prawdą, wyjaśnić, że najpierw tu się pojawiła jakaś kropka, a potem jakaś inna tam. Czemu z nas takie kłamliwe bestie?

To nie kłamstwo, to naturalne; to choroba poewolucyjna. Człowiek jest na zawsze skazany na rozpoznawanie wzorców. Brakujące kawałki pięciolinii automatycznie pojawiają się nam w mózgu; brakujące głoski wskakują w miejsce kropek w słowach takich jak „d…a”. Dzieje się tak, bo w naszym naturalnym środowisku koszt nierozpoznania wzorca (ucho tygrysa plus ogon tygrysa za drzewami zapewne równa się cały tygrys) był ogromny, a koszt dopatrzenia się nieistniejącego tygrysa prawie żaden. I podobnie z założeniem, że za zjawiskami stoi nie zimna fizyka, ale czyjeś działanie – gdy słyszeliśmy trzask gałązki, bezpieczniej było założyć, że miażdży ją czyjaś stopa, niż tkwić w przekonaniu, że trzask jest konsekwencją kombinacji wiatru i wilgoci. Wyszliśmy z wody jako wypławki, a skończyliśmy jako istoty wyposażone w radośnie hiperaktywną detekcję wzorców i działających podmiotów.