Bo podczas tych igrzysk przeciętny Europejczyk dowie się, że w 2007 roku ponad połowa światowej odzieży i obuwia miała na etykietce napis "Made in China", że w Chinach powstała większość światowych komputerów oraz że Państwo Środka zużyło 40 proc. światowego cementu, 40 proc. węgla, 30 proc. stali i 12 proc. energii. Szanghaj rozbudowuje się w tak szaleńczym tempie, że co dwa tygodnie trzeba wydawać nowy plan miasta. Jednym słowem, Chiny zawładną wyobraźnią świata.

Podsumowując ubiegły rok, większość komentatorów skupi się zapewne na sukcesie traktatu lizbońskiego, zwycięstwie Nicolasa Sarkozy’ego w wyborach prezydenckich we Francji i porażce populistycznej prawicy w Polsce. Traktat lizboński przywrócił Unii Europejskiej zdolność sprawnego funkcjonowania. Dzięki zwycięstwu Sarkozy’ego Francja ponownie zasiadła za kierownicą Europy. A dzięki porażce populistycznej prawicy Polska znowu stała się normalnym uczestnikiem europejskiego życia politycznego.

W minionym roku gospodarka europejska radziła sobie zupełnie przyzwoicie, ale nastroje społeczne były nieproporcjonalnie kiepskie. Według The Voice of the People 2007 (największego sondażu światowej opinii publicznej) Unia Europejska była najbardziej akceptowanym mocarstwem. A Al-Kaida, mimo powtarzanych regularnie gróźb, nie zdołała przeprowadzić w Europie żadnego zamachu.

Obywatele Europy prawdopodobnie skoncentrują się jednak na nowych obawach i zagrożeniach, które przyniósł ze sobą rok 2007. Żywność zdrożała, ceny ropy stały się bardziej nieprzewidywalne i Europejczycy stanęli przed następującym dylematem: aby zachować konkurencyjność, musimy albo więcej pracować, albo otworzyć się na imigrację.

Tymczasem zarówno do komentatorów, jak i zwykłych szarych obywateli zbyt powoli dociera to, że w ubiegłym roku wydarzyło się coś o wiele ważniejszego: liberalna demokracja straciła monopol w politycznym imaginarium świata, a chiński kapitalizm jednopartyjny i kremlowska suwerenna demokracja zyskały sobie prawo obywatelstwa w myśleniu politycznym Trzeciego Świata. Jeszcze kilka lat temu dla liberalnej demokracji nie było alternatywy, ale dzisiaj już tak nie jest. Demokracja przestała uchodzić za niezbędny warunek dobrobytu. A powszechne zwycięstwo kapitalizmu nie musi prowadzić do zwycięstwa demokracji.

Rok 2008 może nas również zmusić do zmiany wyobrażeń na temat przyszłości stosunków transatlantyckich. Ewentualne zwycięstwo Baracka Obamy (czarnego, postępowego i spoza establishmentu) w listopadowych wyborach prezydenckich w USA byłoby dla Europy sygnałem, że Stany Zjednoczone nie są już państwem typu europejskiego - że przestały nim być w dziedzinie priorytetów strategicznych, demografii, wrażliwości społecznej i mentalności nowych elit. Poprzedni rok był jeszcze czasem budowy i odbudowy transatlantyckich mostów, ale podczas gdy zachodnioeuropejskie elity ociepliły swój stosunek do Waszyngtonu, społeczeństwa wschodnioeuropejskie gwałtownie ostygły w swoich uczuciach. Nie tylko wojna w Iraku, ale również misja afgańska jest bardzo niepopularna w tej części Europy. Podział na "nową Europę" i "starą Europę" zanikł.

Tygodnik "Time" na człowieka roku 2007 wybrał rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Tymczasem w mijającym roku Rosja podważyła fundamenty postmodernistycznego i pozimnowojennego porządku europejskiego. Moskwa wycofała się z układu o uzbrojeniu konwencjonalnym i w gruncie rzeczy zablokowała działalność OBWE. Operacja "sukcesor" rozegrała się zgodnie ze scenariuszem Kremla i od maja Władimir Putin będzie sprawował podwójny urząd premiera Rosji i regenta Dmitrija Miedwiediewa, nowego prezydenta.

Niewielu komentatorów zauważyło, że podstawowym źródłem konfrontacji między Rosją a Unią Europejską nie jest dzisiaj konflikt interesów ani wartości, lecz nieprzystawalność polityczna. Unię Europejską powołano w odpowiedzi na zagrożenia związane z nacjonalizmem i katastrofalną rywalizacją europejskich państw narodowych w pierwszej połowie XX wieku, natomiast rosyjskie myślenie o polityce zagranicznej kształtują zagrożenia epoki postnarodowej i wynikające z rozpadu Związku Radzieckiego. Koszmary europejskie mają swoje korzenie w doświadczeniach lat 30., a koszmary Rosji - w doświadczeniach lat 90.

Wybitny brytyjski historyk Eric Hobsbawm wprowadził pojęcie "krótkiego stulecia". Według jego chronologii XX wiek trwał tylko 75 lat - rozpoczął się w sierpniu 1914 roku w Sarajewie, a skończył w listopadzie 1989 roku w Berlinie. Obecne stulecie (europejskiej wyobraźni kojarzące się w takimi koncepcjami jak "koniec historii", "śmierć państwa narodowego" czy "Ziemia jest płaska") może się okazać niezwykle krótkie. Jakiś przyszły historyk może ocenić, że trwało ono od 1989 do 2008 roku. A zatem witamy w XXII wieku. To może być bardzo długie stulecie.

*Ivan Krastev, bułgarski politolog i analityk spraw międzynarodowych. Przewodniczący Centrum na rzecz Strategii Liberalnych w Sofii, doradzającego w obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej, wykładowca na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie i w Instytucie Remarque’a na Uniwersytecie Nowojorskim