Alabama to obszar supremacji konserwatywnego białego człowieka. Przekonują o tym umocnione kościoły, nowe forty mające chronić przed zsekularyzowanymi Indianami z wielkich metropolii. Dziedzińce przed świątyniami zatłoczone przez wielkie pickupy i jeepy, prawdziwe samochody pancerne, z których wysiadają białe amerykańskie rodziny, spoglądając nieufnie na przejeżdżającą tuż obok rzekę samochodów z Nowego Orleanu. Wszyscy ubrani w niepodrabialnym stylu konserwatywnego białego Południa, gdzie spięta purytańska estetyka protestanckich wspólnot miesza się z rozluźnionym stylem country and western. Kobiety mimo upału w sukniach zakrywających ramiona i nogi aż po kostki. Mężczyźni w ciemnych garniturach i jasnych koszulach do kowbojskich krawatów, butów i kapeluszy. Ludzie na mszach są tak samo jednolicie biali, jak jednolicie czarni są wierni w dawnym Kościele Obamy w Chicago. Dawnym, bo po występach wielebnego Wrighta i księdza Pflegera Obama ze swojego kościoła wraz z rodziną wystąpił. Waszyngton wart jest mszy.

Radio czasów ostatecznych

O supremacji białego człowieka na amerykańskim Południu przekonuje także oferta stacji radiowych. Ci wszyscy, którzy sądzą, że w amerykańskich mass mediach rządzą liberałowie, na Południu bardzo by się zdziwili. W samochodowym radiu odbieram tylko dwie kategorie stacji – misyjne i rockowe. Misyjne wypełnione polityką. Akcja za akcją, mobilizacja za mobilizacją: wezwanie do zabrania dzieci z publicznych szkół w Kalifornii, bo zaczęto tam mówić o homoseksualistach, wezwania do zbojkotowania uczestnictwa w ławach przysięgłych, jeśli proces prowadzą sędziowie, którzy nie tak, jak trzeba, rozstrzygają procesy w kwestiach sumienia, wezwania do niepłacenia podatków na rząd federalny... To ciekawe, że wojownicza misyjna religia Południa z taką ulgą wykorzystuje każdy pretekst do wycofania się ze świeckiej amerykańskiej przestrzeni publicznej. Bojkot sądów, szkół, urzędów podatkowych, a w skrajnej wersji nawet polityki, chociaż w tak konserwatywnym kraju jak Stany wystarczyłoby ponegocjować, zawrzeć kompromis, skonstruować większość, która nie obaliłaby może orzeczenia sądu najwyższego w sprawie Roe przeciwko Wade legalizującego aborcję, ale umożliwiłaby np. skrócenie w kolejnych stanach okresu ciąży, w którym aborcję można wykonywać. W Waszyngtonie w pracach nad taką kompromisową legislacją potrafili uczestniczyć zarówno Obama, jak i McCain. Jednak biali fundamentaliści zawsze te działania bojkotowali i potępiali, bo morderstwo pozostaje morderstwem i lepiej zachować komfort jedynych sprawiedliwych w i tak skazanej na zagładę liberalnej Sodomie.

Alabama, tak jak pobliski Teksas, znajduje się w zasięgu nadawania stacji radiowych i telewizyjnych skupionych w wielkiej chrześcijańskiej sieci medialnej CEO. Jej prezesem jest wpływowy pastor John Hagee, ten sam, którego politycznego poparcia musiał się publicznie wyrzec McCain, kiedy pastor stwierdził, że Hitler był zesłanym przez Boga myśliwym, który zmusił Żydów, aby z Europy powrócili na swoje miejsce – do Palestyny. W Europie to byłby jego koniec. Tymczasem w Ameryce zarówno teksaski kościół pastora, jak i kierowana przez niego potężna sieć radiowo-telewizyjna kwitną i nadal uważają go za duchowy i polityczny autorytet. Mówiąc zupełnie szczerze, nawet amerykańscy żydzi nie rozpoczęli jakieś totalnej akcji przeciwko pastorowi Hagee. Dlaczego? Otóż John Hagee jest entuzjastą polityki zagranicznej Busha i dziwacznym, jeśli chodzi o motywacje, ale jednak bezwarunkowym zwolennikiem polityki wspierania przez USA państwa Izrael. Hagee nie kocha żydów, uważa jednak, że nieunikniony totalny konflikt pomiędzy Ameryką i Izraelem a światem islamu to początek przepowiedzianej w Piśmie Świętym Apokalipsy. Która może dla większości grzeszników skończy się fatalnie, ale będą też tacy, którzy zostaną wówczas nagrodzeni.

Demokratyczni realiści ze Wschodniego Wybrzeża, zsekularyzowani konserwatywni Żydzi, którym zależy na sile Ameryki i przetrwaniu Izraela, lobbyści wielkich korporacji i wszystkie inne bardziej świeckie segmenty ekipy Busha muszą z amerykańskimi apokaliptykami pracować, bo po prostu nie mają innego wyjścia. Ludzie myślący o polityce tak jak pastor Hagee nie są marginesem, ale jednym z głównych nurtów „rewolucji konserwatywnej”. Administracja Busha musiała się nauczyć z nimi komunikować, trochę tak jak Jarosław Kaczyński z Radiem Maryja. To właśnie dla nich podczas poprzedniej kampanii prezydenckiej popierający Busha generał amerykańskiego wywiadu wojskowego urządził swój niezwykły show. Pokazał satelitarne zdjęcia zwiadowcze z Somalii, na których pokazywał cień przelatującego Szatana wspierającego somalijskich islamistów. W innym publicznym wystąpieniu stwierdził, że Szatan, czyli Bóg muzułmanów, jest słabszy od „naszego Boga”. Za tę wypowiedź amerykańskie władze musiały już muzułmanów oficjalnie przepraszać.

Dlaczego przytaczam te wszystkie dziwne anegdoty z codziennego życia globalnego supermocarstwa? Wcale nie po to, żeby okazać europejskie poczucie wyższości. Europa mimo całego swego bogactwa nadal pozostaje militarnym karłem. Przy okazji każdego prawie konfliktu zmuszonym do proszenia Ameryki o pomoc. Wolałbym, żeby europejski świecki rozum był lepiej uzbrojony. Bo w dzisiejszym świecie najsilniejsze nawet wartości muszą mieć możliwość w razie czego efektywnie posłużyć się jednostkami szybkiego reagowania.

Zatem nie o wyższość Europejczyka tu chodzi. Wiem, że Rafał Ziemkiewicz zarzuci mi w tym momencie zdradę prawicowej twardości i ogólne liberalne mięczactwo, a Lisicki herezję, ale jeśli wolę dzisiejszą Europę od dzisiejszej Ameryki, to także dlatego, że uważam, iż mocarstwo dysponujące bronią i technologiami XXI wieku nie może się w polityce posługiwać Bogiem z II wieku po Chrystusie, albo nawet z II wieku przed Jego narodzinami. Zupełnie słusznie zarzucamy takie pomieszanie Al-Kaidzie, ale jest ono tak samo ryzykowne w przypadku Ameryki. Oczywiście pamiętam o zbawiennych różnicach pomiędzy USA i Al-Kaidą. W USA pomiędzy Bogiem z II wieku a technologią z XXI stoją niezawisłe sądy i zasada trójpodziału władz. Jednak w okresie schyłkowej rewolucji konserwatywnej Bóg z II wieku zbliżył się w USA do technologii z XXI na polityczny dystans, który nie budzi zaufania. Zaczął się interesować nawet prezydencką walizeczką z kodami nuklearnymi. Apokaliptycy mogą sobie siedzieć na swoich ranczach w Alabamie i okopywać się w umocnionych charyzmatycznych kościołach Południa. Jednak polityka obronna czy zagraniczna to w dzisiejszym niebezpiecznym świecie sprawy, przy których powinni pracować raczej faryzeusze niż apokaliptyczni mistycy. Tu powinno rządzić prawo ze wszystkimi jego ograniczeniami i kompromisami, a nie światło absolutnej prawdy interpretowane przez domorosłych religijnych majsterklepków, którym Bóg pokazuje się przy każdym posiłku.

Didżej z państwa środka

Rockowe radia w Alabamie i Missisipi nadają muzykę z lat 70. i 80. Klasyczny hard rock przetykany kawałkami archiwalnego rocka symfonicznego. W obawie przed wycofaniem się reklamodawców o polityce nie mówi się tu wcale. W Alabamie Howard Stern nie przetrwałby nawet tygodnia. Tak samo jak tysiące innych słuchaczy rozśmiesza mnie do łez opowieść didżeja o wielkiej niemieckiej metropolii - Ausfahrcie. Jadąc raz w życiu na festiwal rockowy do Europy, znalazł się „w Niemczech, czyli nigdzie” („in the middle of nowhere”). W środku nocy zabłądził na pustej autostradzie. Nadzieję obudziła w nim dopiero wielka tablica z napisem Ausfahrt. Za chwilę następna. Potem jeszcze cztery. To przekonało go, że dotarł do stolicy Niemiec. Bo w Ameryce tyle zjazdów do jednego miasta oznacza, że musi ono być naprawdę wielkie. Przy kolejnym Ausfahrcie zdecydował się więc zjechać z autostrady i wylądował na kompletnym zadupiu. Kiedy zrezygnowany pił kawę na stacji benzynowej, jakiś koleś mówiący co prawda po angielsku, ale z kiepskim akcentem, wytłumaczył mu, że Ausfahrt to po niemiecku zjazd z autostrady.

Ta opowieść sprzedana przy wtórze wybuchów śmiechu dochodzących ze studia może podnieść na duchu nas, mających z Niemcami historyczne i futbolowe zaszłości. Problem w tym, że jeśli dla didżeja z Alabamy nawet Niemcy ze stolicą w Ausfahrcie są „the middle of nowhere”, to na jego mentalnej mapie świata Polska nie istnieje w ogóle. A ponieważ to zachowanie jest dla Amerykanów dosyć typowe, dlatego tak łatwo od czasu do czasu przekonać ich do izolacjonizmu. Tutaj polityka zagraniczna jest domeną wąskiej elity i naprawdę nie mam pojęcia, jak do udziału w I wojnie światowej udało się zwabić Amerykanów Wilsonowi na coś tak banalnego jak storpedowanie przez Niemców „Lusitanii”. Za Roosevelta odwalili tę robotę Japończycy w Pearl Harbor, a do globalnej wojny z terrorem wciągnęła Amerykanów Al-Kaida 11 września 2001. Ale dzisiaj znów większość Ameryki kompletnie nie rozumie, dlaczego rząd federalny wydaje „ich pieniądze” na wojny i interwencje w Iraku, Afganistanie... czyli „in the middle of nowhere”, w samym sercu pustki. I właśnie odwołując się do tego naturalnego izolacjonizmu amerykańskiego ludu, Obama postanowił wygrać wybory. Jeździ teraz po Stanach, w każdym mieście i miasteczku przeliczając miliardy wydawane przez Busha w Iraku na etaty tutejszych nauczycieli, stypendia, zasiłki dla bezrobotnych, refinansowane hipoteczne kredyty. Jest świetnie przygotowany, obojętnie, czy w Troy w Michigan czy w St. Paul w Minnesocie, wie, co jest tam największą bolączką, jaki zakład zlikwidowano, jaki college przymiera głodem, bo zabrakło sponsora. I za każdym razem obiecuje jak mannę z nieba pieniądze, które McCain chce im ukraść, żeby prowadzić swoje wojny „w samym sercu pustki”.

To argument mocny, być może powalający, który pozwoli mu wygrać wybory. McCain jest na tym tle niemanewrowy, nawet nie próbuje kłamać. Powtarza, że jeśli zostanie prezydentem, to wygra tę wojnę, a może nawet wygra jakąś następną. Porusza się na ringu wolniej, przyjmuje cios za ciosem. I właściwie tylko coś, czego Ameryce trudno życzyć – uruchomienie na wielką skalę rasowej nieufności wobec czarnego – może zatrzymać Obamę prącego do przodu jak lokomotywa.