Wizja polityki zastąpionej przez marketing nie jest prawdziwa, ponieważ przecenia zjawisko przejściowe, bierze chwilowy triumf marketingu za nową zasadę, która rości sobie pretensje do trafnego opisywania rzeczywistości. Znakomity publicysta konserwatywny Adolf Bocheński wspominał, że w jego majątku był rybak Chilko, który prognozował pogodę na podstawie ulotnych wrażeń. Ci, którzy pospiesznie obwieszczają koniec polityki i triumf marketingu, zachowują się jak ów rybak, który pomijał doświadczenie i nie wybiegał w przyszłość poza horyzont jutra.

To prawda, że od 2005 r. polityka polska jest jałowa, Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość przypominają dwa zmilitaryzowane oddziały w niewielkim stopniu zainteresowane rzeczywistością. Rezygnując z obecności w PiS, świadomie odrzuciłem uczestniczenie w praktyce politycznej, w której PR-owska woja jest celem samym w sobie. Jednak doświadczenie polityczne krajów demokratycznych wskazuje na to, że stan ten nie może trwać bez końca, nigdzie bowiem nie udało się wcielić w życie polityki wolnej od skonkretyzowanej odpowiedzialności.

Polityka Nicolasa Sarkozy’ego podawana przez Eryka Mistewicza jako przykład mistrzowskiego poziomu nowej komunikacji wyrasta z doświadczenia niezwykle konkretnych programów ministerialnych. To, co robił obecny prezydent Francji jako minister spraw wewnętrznych i minister finansów, z pewnością nie było tylko zręcznym marketingiem. Otóż nawet najnowocześniejszy marketing nie uwolni rządzących od realnej weryfikacji. Marketing jest bardzo istotnym czynnikiem, środkiem oddziaływania i przekonywania wyborców, nie jest jednak w stanie zastąpić polityki.

"Polityka jest tym, czym zawsze była" - pisał Rene Remond, wybitny francuski politolog i historyk, znany przede wszystkim jako analityk francuskiej prawicy. Francja jako kraj o wielkich tradycjach ostrego sporu politycznego, silnych osobowościach, mogłaby się wydawać wymownym przykładem potwierdzającym teorie o dominacji marketingu nad polityką. Tymczasem Rene Remond przyznawał zasadnicze znaczenie ideom politycznym, które leżą o podstaw politycznej podmiotowości i możliwości kształtowania rzeczywistości. W jego oczach mimo zmiany kontekstu Sarkozy jest kontynuatorem gaullizmu z jego przywiązaniem do państwa, "mocarstwową" rolą Francji i pewnym rodzajem społecznej dyscypliny. Być może wizja Remonda ociera się o idealizm, nie oznacza to jednak, że mają rację ci, którzy ogłaszają zwycięstwo marketingu nad polityką w tradycyjnym sensie. Wizja polityki wyzwolonej od zobowiązania do realnego kształtowania rzeczywistości, w której decydujące znacznie mają posunięcia marketingowe i gorąco komunikowane narracje, nie jest ani wartościowa, ani prawdziwa.

Nie jest wartościowa, ponieważ odwraca uwagę od tego, co najistotniejsze w działalności politycznej, od tworzenia trwałych pozytywnych zmian. Wszystkie istotne dokonania polityki polskiej po 1989 r. są dziełem polityki w tradycyjnym sensie, to znaczy takiej, która odwołuje się do zasad i ma zdolność realizowania pomysłów niezależnie od wahań nastrojów. Polityce ambitnej zawdzięczamy odbudowę samorządu terytorialnego, wolnorynkowe reformy, rozwój szkolnictwa niepublicznego, akces do NATO, powstanie IPN i prezentację w nowoczesnych formach polskiego doświadczenia historycznego. Także dziś Polska nie może sobie pozwolić na porzucenie polityki ambitnej z zasadniczego powodu, od jakości polityki zależy rozwój kraju, siła i sterowność państwa, realna pozycja w Europie. To prawda, że wiele problemów ważnych dla państwa znajduje się poza zakresem weryfikacji wyborców, ale nie oznacza to, że marketing i dobrze przygotowane narracje mogą całkowicie odwrócić uwagę od tego, co realne, od faktów i dokonań.

PiS straciło wielu wyborców nie tylko ze względu na odstraszającą metodę wywoływania sporu ze wszystkimi na raz, ale także z powodu porzucenia wielu konkretnych obietnic. Nie ma takiej narracji, która uwolni Donalda Tuska od odpowiedzialności za niewybudowanie dróg, zmarnowanie funduszy europejskich, zaryglowanie korporacji prawniczych, a nawet za powstrzymanie nowoczesnej polityki historycznej. Obojętność wobec Muzeum Historii Polski dezawuuje patriotyczną narrację. Rzecz jasna, decyzje wyborców nie przypominają zachowania starego sprawiedliwego nauczyciela, który surowo ocenia błędy i wynagradza za zasługi, nie są jednak tak oderwane od rzeczywistości, jak sądzą specjaliści od PR. Trzeba zatem upominać się o ambitną politykę wspomaganą skuteczną komunikacją, ci, którzy stawiają tylko na marketing, tracą cnotę bez gwarancji sukcesu wyborczego.