"Remontujesz? My chcemy zmienić kuchnię, ale nie możemy się zebrać. Wiesz, ci fachowcy, ciągle musisz błagać, by raczyli przyjść, coś zrobić" - pokiwała głową na tę historię amerykańska znajoma z Waszyngtonu.

Problem jest szerszy i, przyznaję, za cholerę go nie rozumiem. Jest wolny rynek, więc jeśli czegoś brakuje, to zaraz powinien znaleźć się producent albo importer, i podaż zrównoważyłaby popyt. Próba kupna glazury (6 tygodni czekania), prysznica (8 tygodni) czy głupich zasłon (miesiąc) - a przysięgam, że to nic wymyślnego - wyrwała mnie ze snu.

Dawniej roiłem też sobie, że z nastaniem kapitalizmu sprzedawczynie, kelnerzy i taksówkarze będą grzeczni, bo konkurencja, reputacja, klient nasz pan. O właśnie, taksówkarze - ciągle jeszcze pamiętam, jak kierowcy warszawskiej korporacji Bayer Taxi spuścili łomot przebywającym na gościnnych występach na Pradze dziennikarzom z Krakowa.

Przygoda ta wydawała mi się egzotyczna do ostatniego poniedziałku, kiedy sam wsiadłem do taksówki. City Taxi 9459, numer boczny 04530. Kierowca postanowił urządzić mi wieczorne zwiedzanie stolicy i choć nalegałem, byśmy jechali prosto do domu, to wywiózł mnie w zupełnie inną stronę. Poprosił przy tym, bym zaprzestał wyrażania opinii, bo naruszy moją nietykalność ("Siedź pan cicho, bo przy…ę”).

Na tym konwersacja się urwała, a na najbliższych światłach urwałem się i ja, otwierając drzwi i uciekając przemiłemu przewoźnikowi, który żegnał mnie czule, ścigając autem i pokrzykując przepojone życzliwością pozdrowienia, z których żadne nie daje się zacytować. Myślałem naiwnie, że moja opowieść zainteresuje szefostwo City Taxi, ale gdzie tam, nikt nie chciał ze mną gadać.

Mnie nic się nie stało, z usług tej korporacji już nie skorzystam, ale problem pozostaje. Co u licha powoduje, że zachowania tłumaczone niegdyś "chamstwem” i "komuną” święcą tryumfy zarówno w dobrych restauracjach, jak i w podłych taksówkach? Dlaczego pewien dobrotliwy, znany dziennikarz mówi, że "ma poobrażane wszystkie warzywniaki na Mokotowie” i po jabłka zasuwa na drugi koniec miasta? Od biedy można to zwalić na brak kindersztuby, kiepską etykę biznesu, brak wzorców. Ale skoro w Ameryce też trzeba kłaniać się stolarzowi w pas, to może ten cały kapitalizm jest po prostu do bani?

Więc co, rewolucja? OK, ja mogę być Czegewara, tylko niech ktoś wymyśli ustrój z pełnymi sklepami. I z czystymi toaletami.