"To prawdziwy początek IV Rzeczypospolitej" - powiedział polityk PiS Aleksander Szczygło, gdy 21 grudnia 2005 r. Lech Kaczyński obejmował urząd. Politycy tej partii podkreślali, że silny prezydent stanowi warunek powodzenia projektu budowy IV RP. Niewiele z tego wyszło. Za czasów premierostwa Marcinkiewicza prezydent odgrywał okazjonalnie rolę recenzenta prac rządu, ale to się skończyło, gdy premierem został jego brat. Lech Kaczyński zniknął w jego cieniu.

Paradoksalną szansę na nadanie prezydenturze większego wigoru stworzyła przegrana PiS w wyborach 2007 r. W pierwszych miesiącach Kaczyński niespecjalnie ją wykorzystał. Był obrażony na rzeczywistość, a jego interwencje w politykę kończyły się awanturami bardziej o styl niż o treść jego relacji z rządem.

Dziś jest lepiej. Prezydent wywalczył sobie pozycję partnera premiera i szefa MSZ w uzgadnianiu spraw zagranicznych. Po raz pierwszy od początku swojej prezydentury ma też przemyślany PR, co zawdzięcza utalentowanemu doradcy Michałowi Kamińskiemu. Próby ocieplenia jego wizerunku kończą się czasem zabawnymi wpadkami, jak wtedy gdy prezydent pozujący na kibica myli nazwiska piłkarzy. Ale gdy widzimy go w telewizji, jak czyta dzieciom bajki, albo w tabloidach, gdy je z żoną romantyczną kolację, musimy zauważyć postęp w stosunku do początku kadencji, gdy wolał chować się w pałacu.

To nie pozostaje bez wpływu na notowania. W ostatnim sondażu prezydent po raz pierwszy przegonił popularnością rząd, choć nie premiera, którym jest jego przyszły rywal w prezydenckich wyborach Donald Tusk. "Ale na kilka miesięcy przed wyborami 2005 było podobnie" - przypomina Michał Kamiński. Niespecjalnie ukrywa on, że szansy obecnego prezydenta upatruje w starciach z rządem przy okazji wetowania ustaw społeczno-gospodarczych. "Pokładamy nadzieję w tym, że większość Polaków nie jest liberałami. Prezydent wygrał wybory jako przeciwnik np. prywatyzacji szpitali" - mówi Kamiński.

Na razie Platforma unika przyjmowania kontrowersyjnych ustaw. Aby przygotować się na konflikty wokół prezydenckich wet, politycy PO na czele z samym Tuskiem zaczęli jak na komendę przypominać, że Lech Kaczyński jest prezydentem partyjnym, utożsamiającym się zbytnio z PiS.

Choć zarzut, że prezydent ma partyjne sympatie brzmi przesadnie, to problem jest realny i widzą go nie tylko przeciwnicy Kaczyńskiego. "On nie powinien się zasadniczo zmieniać. Bo Polacy wybrali go takiego, jaki jest: chropawego, trochę nieporadnego i odwołującego się mocno do Polski solidarnej. Ale musi znaleźć sposób, aby odróżniać się choć trochę od PiS" - zauważa politolog Marek Migalski. W odpowiedzi Kamiński przypomina, że prezydent umiał się odróżnić od swojej partii, na przykład podczas zatwierdzania w parlamencie traktatu lizbońskiego. Może więc kwestia szybkiej ratyfikacji tego traktatu byłaby dla prezydenta okazją do wykazania się niezależnością i inicjatywą? Przy proeuropejskich sympatiach ogromnej większości Polaków mogłoby się to opłacić.