"Obrońcy" Wałęsy wydają się myśleć o rzeczywistości w kategoriach zero-jedynkowych: Wałęsa albo był święty, albo był podły. Twierdzą, że - niezależnie od przedstawianych dowodów - podły nie był na pewno, a jeśli nawet miał w życiorysie podły epizod, to nie wolno o nim mówić. Prawda ma skapitulować w imię "ochrony autorytetu".

Z pozornie niepojętych powodów nie są w stanie zaakceptować rzeczy oczywistej, podkreślanej zresztą również przez autorów książki: że w osobie Lecha Wałęsy mamy do czynienia z żywym człowiekiem, który w jednych okresach swojego życia mógł błądzić, by w innych wykazać się niebywałym heroizmem. Jedno drugiego nie wyklucza i nie ma w tym żadnej sprzeczności.

Nawiasem mówiąc, wydaje się tego nie rozumieć również sam Wałęsa, który w swojej megalomanii i kreowaniu własnego wizerunku jako jedynego sprawiedliwego (wszystkie wypowiedzi, w których dowodzi, iż to on sam, właściwie jednoosobowo, obalił komunizm) posuwa się momentami do śmieszności.

Rozumieją to natomiast doskonale Polacy. Niedawne sondaże pokazały dwie rzeczy. Po pierwsze - zdecydowana większość nie wierzy w wyjaśnienia Wałęsy, a zatem wierzy, że był agentem SB. Po drugie - zdecydowana większość uważa, że w niczym nie umniejsza to jego historycznej roli w obaleniu komunizmu. Zwykli ludzie, jak to często bywa, okazują się rozsądniejsi od elit.

Dążenie krytyków książki wydanej przez IPN do odmalowywania Wałęsy jako osoby niepokalanej jest tym bardziej zaskakujące, że mamy w naszej historii całe mnóstwo wybitnych postaci, które mają w życiorysach wątpliwe epizody lub wydają się składać z samych sprzeczności, co jednak nie oznacza, że przestają być wybitne. Dlaczego tak nie miałoby być z Lechem Wałęsą? Skąd to zadziwiające zacięcie niektórych jego stronników, aby żądać dla niego immunitetu od jakichkolwiek dociekań, roztrząsań, oskarżeń - słowem, aby zrobić z niego za życia nieskalany pomnik?

Odpowiedź jest prosta: bo nie o Wałęsę tu wcale chodzi. Gontarczyk z Cenckiewiczem, wbrew oskarżeniom, nie pisali książki na polityczne zamówienie. Chcieli jedynie odbrązowić nienaturalnie pozbawioną skazy postać jednego z polskich bohaterów - to działanie nie tylko dopuszczalne, ale dla naukowca także chwalebne.

Swoją książką wpisali się jednak w trwający od początku III RP konflikt pomiędzy tymi, którzy chcą ujawnienia nawet najbardziej niewygodnych prawd z przeszłości, a tymi, którzy chcieli „zamurowania archiwów” na 50 lat. Ci drudzy wzięli dzisiaj Lecha Wałęsę na swoje sztandary jako postać ze wszech miar nadającą się na symbol walki z "ubeckim łajnem", służącą skompromitowaniu idei odtajniania archiwów i prześwietlania przeszłości.

Wałęsa jest przez nich traktowany czysto instrumentalnie; bronią go nie z szacunku czy miłości, ale z wyrachowania. To przecież nie kto inny jak Jarosław Kurski, zastępca naczelnego "Gazety Wyborczej", na początku lat 90. rzecznik Lecha Wałęsy, napisał w okresie "wojny na górze" książkę

"Wódz", w której domagał się skończenia z mitem Wałęsy i odbrązowienia bohatera. Ówczesna agresja środowiska „Wyborczej” wobec byłego przewodniczącego "Solidarności" była niebywała - tym zabawniejsze są dzisiaj wypowiedzi przedstawicieli tego kręgu, wynoszące tego samego Wałęsę na piedestał.

Ci, którzy starają się bronić Wałęsy w dobrej wierze, powinni mieć świadomość, że uderzenie w historyków, piszących o jego przeszłości to także uderzenie w Instytut Pamięci Narodowej. IPN dla środowisk przeciwnych ujawnieniu prawdy o przeszłości jest ledwo do zaakceptowania, o ile będzie się zajmować nieszkodliwymi działaniami edukacyjnymi.

Gdy jednak wkracza na grząski teren i - zgodnie ze swoją misją - informuje o bolesnych, niewygodnych faktach z naszej skomplikowanej przeszłości, staje się dla środowiska wrogów prawdy znienawidzonym przeciwnikiem. Histeria, jaka powstała wokół książki "SB a Lech Wałęsa", może być wstępem do wtrącenia IPN-u w stan marazmu z okresu urzędowania Leona Kieresa.

Aby dokonać zmiany prezesa na wygodnego i układnego, a może i zmienić zakres kompetencji IPN, wystarczy zmiana ustawy o instytucie. Koalicja ma wystarczającą większość. Poza tym zawsze można IPN-owi drastycznie zmniejszyć finansowanie, praktycznie uniemożliwiając mu działalność.

Podział w sporze o Wałęsę i IPN przebiega dzisiaj faktycznie zgodnie z linią podziału politycznego: w obozie „przeciwników” byłego prezydenta jest PiS, w obozie jego "obrońców" - Platforma i inni przeciwnicy braci Kaczyńskich. Ten podział jednak nie jest do końca miarodajny. Gdy w poprzedniej kadencji Sejmu pojawił się pomysł, aby wreszcie otworzyć archiwa całkowicie, przeżyć trzęsienie ziemi, które musiałoby potem nastąpić, a potem mieć to wszystko wreszcie za sobą, w obozie Prawa i Sprawiedliwości nie było w tej kwestii ani jednomyślności, ani determinacji.

Tak naprawdę pytanie, jakie dziś przed nami staje, nie brzmi: mówić prawdę o Wałęsie czy nie, ale: mówić prawdę o przeszłości, choćby najgorszą, czy nie. W moim przekonaniu odpowiedź jest jasna i oczywista: tak, prawdę trzeba mówić. A tak się składa, że ta prawda, jakkolwiek jest to paradoksalne, jest w dużej mierze ukryta w archiwach dawnej SB. Nie zmienią tego żadne pseudomoralizujące wywody elit, które te archiwa szczególnie uwierają.

Nie wątpię, że wśród obrońców czci Lecha Wałęsy jest wielu ludzi o czystych intencjach. Powinni jednak zrozumieć, że wizerunek bohatera nie musi być kryształowy, a zakrzyczenie prawdy o jego przeszłości może być wstępem do zakrzyczenia prawdy o jakiejkolwiek przeszłości. Zwłaszcza zaś o przeszłości tych, którzy cieszą się szczególnymi względami środowiska przeciwnego otwieraniu archiwów.

Mądra maksyma powiada: amicus Plato, sed magis amica veritas - miłuję Platona, lecz bardziej miłuję prawdę. O tej prostej zasadzie zbyt wiele osób wydaje się dzisiaj zapominać.