Wildsteina ustawiano wówczas w roli oszołoma usiłującego w prywatnej obsesji rozgrzebywać przeszłość, którą lepiej zostawić w spokoju – bo z dniem dzisiejszym nie ma już żadnych związków. Maleszka odgrywał w tej historii rolę wyważonego sędziego, radzącego zapomnieć o przeszłości w imię społecznego pokoju, piszącego antylustracyjne teksty składające się na linię głównej gazety nowej Polski.

Ta opowieść została przewrócona na nice, kiedy „oszołom” Wildstein odkrył, że to właśnie Maleszka jako TW "Ketman” rozpracowywał Pyjasa dla SB. Dokument TVN jeszcze raz w wyjątkowo przekonujący sposób przypomina nie tylko, że ta historia w wersji III RP nie była prawdziwa, ale też jak bardzo została wówczas zafałszowana. Bo śledztwo Wildsteina nie miało charakteru prywatnej zemsty niepotrzebnie cofającej nas do czasów PRL, przeciwnie, w jakiejś mierze przyczyniło się do uwolnienia nowej Polski od bagażu przeszłości. Natomiast Maleszka, zupełnie na odwrót, nie był obiektywnym poszukiwaczem prawdy, księciem pokoju, ale najbardziej cynicznym sędzią we własnej sprawie.

Atakując każdą próbę zmierzenia się z przeszłością, próbował ukryć to, że w PRL nie był nawet zwykłym TW, człowiekiem złamanym. Był postacią z Dostojewskiego coraz bardziej zafascynowaną własną wszechmocą i bezkarnością. Wałęsa zerwał się bezpiece, Maleszka był agentem coraz bardziej znaczącym. Rozstawiał po kątach oficerów prowadzących, mając poparcie bezpośrednio z centrali zachwyconej jego operacyjnymi osiągnięciami. Tak samo skutecznie, jak w latach 70. rozpracowywał opozycję demokratyczną, w latach 80. podawał bezpiece na talerzu podziemny Kraków i niezależny ruch wydawniczy.

Autorzy filmu sugerują, że nawet w sprawie zabójstwa swojego przyjaciela odegrał rolę nie tylko agenta wskazującego Pyjasa jako postać najbardziej charyzmatyczną, niebezpieczną dla władzy. Wykonał zadanie o wiele bardziej ponure, odciągając Wildsteina od Pyjasa w czasie, kiedy SB dokonywała morderstwa. Wątpię, aby po obejrzeniu dokumentu TVN o "Ketmanie" ocenę tej akurat postaci - zarówno w PRL, jak i w III RP - dało się jeszcze w jakikolwiek sposób relatywizować, wciągać w obszar "trudnej szarości".