W konfrontacji z Bogusławem Lindą minister kultury Bogdan Zdrojewski był bez szans. Linda mówił niewiele, ale zręcznie powoływał się na praktykę państw zachodnich, gdzie podobne ciała jak Polski Instytut Sztuki Filmowej dzielą pieniądze na poszczególne produkcje. Wypadł dobrze i dlatego, że łatwo można go sobie wyobrazić w roli majora Henryka Sucharskiego, którego być może nie zagra. A Zdrojewski kluczył. Zapewniał, że rząd nie ocenia filmów, choć cytowano przeczące temu wypowiedzi Donalda Tuska i Sławomira Nowaka. Zamiast rozjaśnić racje strony rządowej, prowadził zawiły spór słowny o to, na czym polegała jego interwencja w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. A na dokładkę prowadzący, Tomasz Sekielski i Andrzej Morozowski, odmieniali przez wszystkie przypadki słowo "cenzura".

Kłopot Zdrojewskiego łatwo wytłumaczyć. Oto PO znalazła się nagle w cieniu poważnego, z punktu widzenia polskich elit intelektualnych i artystycznych, podejrzenia. Sformułował je najdosadniej w "Gazecie Wyborczej" Marek Beylin, używając skądinąd wyświechtanego porównania do PiS.

W analogii Beylina do PiS coś jest, choć nie w takim sensie, jakby chciałby publicysta. Partia Kaczyńskiego, próbując rządzić Polską, co i rusz zderzała się z granicami swojej władzy. Co i rusz słyszała, że czegoś jej nie wolno. Że są autonomiczne instytucje czy procedury, od których rządzącym wara, nawet jeśli wygrali wybory. I oto PO, choć za wszelką cenę próbuje się od PiS odróżnić, znalazła się w podobnej sytuacji. Jacek Żakowski sformułował tezę: choć rząd daje pieniądze na filmy, nie może decydować o ich dopuszczaniu do produkcji - tak jak nie leczy ludzi czy nie uczy dzieci, choć finansuje edukację czy służbę zdrowia.

Każdy rząd winien wiedzieć, że nie może wszystkiego. Tyle że jest model białoruski, gdzie Łukaszenka poucza dyrektorów PGR-ów, jak i ile mają produkować. I jest model wymyślony przez Żakowskiego, w którym rząd przekonany, że w jakiejś sferze związanej choćby pośrednio z jego działalnością, dzieje się bardzo źle, musi milczeć. Między tymi skrajnościami zostaje duża przestrzeń. Rząd, trzymając się przykładu, nie leczy ludzi, nie uczy dzieci, ale powinien reagować, gdy w instytucjach, które to robią, dzieje się źle. Rodzaj tej reakcji zależy od prawa i od obyczaju. Ale nie każdą sytuację da się przewidzieć. Tym bardziej skodyfikować.

Gdyby na 70. rocznicę drugiej wojny światowej powstał z publicznych środków film ośmieszający jej polską stronę, za moralnego współsprawcę byłby uznany polski premier. I nie chodzi tu tylko o wyprzedzenie zarzutów opozycji czy pomysł nabicia sobie punktów w środowiskach kombatanckich. Chodzi o pytanie, czy premier zrobił wszystko, aby takiej kompromitacji uniknąć. Nie przesądzam, że scenariusz Pawła Chochlewa przyniósłby taką kompromitację. Ale protestuję, gdy prawo polityków do korygowania patologicznej rzeczywistości określane jest mianem cenzury.

O tym warto było zresztą myśleć wtedy, gdy PISF powstawał. Byłem przeciw jego powołaniu, tak samo jak PO, bo bałem się, że stanie się eksponentem lobby filmowców marnującego nasze pieniądze. Skoro jednak powstał, to przecież po to, aby na zasadzie wyjątku od reguły robić filmy ważne dla naszej tożsamości. Jest to zadanie polityczne. Politycy mają więc prawo zabierać głos. Rozumiem, że minister Zdrojewski boi się sformułować taką zasadę - jest sprzeczna z platformerskim PR-em. Ale bez niej nie zrozumiemy tego sporu.

Dobrze, że można go było obejrzeć w TVN, nawet przy unikach ministra. Przy okazji warto zauważyć, jak ciekawie ogląda się ważne społecznie debaty, choćby z udziałem polityków, ale na konkretny temat. Posadzenie naprzeciw siebie, przykładowo, Stefana Niesiołowskiego i Jacka Kurskiego, "żeby sobie pogadali" to w coraz większym stopniu patent na przewidywalną nudę.