Na żadne pytania prokuratorów, IPN nie będę odpowiadał - powiedział capo di tutti capi stanu wojennnego, generał Wojciech Jaruzelski, pokazując na krótko swe prawdziwe oblicze pełne buty i arogancji. To zarazem niedobra wróżba dla dalszego ciągu procesu o wprowadzenie stanu wojennego. Śladem swojego szefa pójdą prawdopodobnie pozostali generałowie. Jego mowa obrończa w istocie była oskarżeniem. Czy z tej siódemki ktoś się wyłamie? Może Stanisław Kania?

Kłopoty z tym procesem trwają od samego jego początku. Miał rozpocząć się pod koniec marca 2008 r., ale sąd pod przewodnictwem Ewy Jethon na specjalnym posiedzeniu rozpatrywał wniosek o odesłanie aktu oskarżenia do IPN w Katowicach, by uzupełnił śledztwo. Stało się tak na wniosek oskarżonych Jaruzelskiego i Kani. Tę dwójkę plus innych sześć osób IPN oskarżył o "kierowanie związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, mającym na celu popełnianie przestępstw".

W odpowiedzi na to Wojciech Jaruzelski chciał, aby przesłuchać światowych przywódców z początku lat 80.: Michaiła Gorbaczowa, sekretarza KPZR, późniejszego prezydenta ZSRR; Alexandra Haiga, sekretarza stanu USA za prezydentury Ronalda Reagana; Margaret Thatcher, premier Wielkiej Brytanii; Helmuta Schmidta, kanclerza Niemiec. Stanisław Kania zażądał z kolei, by powołać na świadków m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, doradcę ds. bezpieczeństwa USA Jimmy’ego Cartera, oraz Anatolija Gripkowa, szefa sztabu sił zbrojnych Układu Warszawskiego. Obaj domagali się również kompleksowej oceny stanu wojennego, a w jej ramach analizy setek dokumentów, np. stenogramów sejmowych, szyfrogramów przesyłanych przez wywiad i archiwów "Solidarności".

Prokurator IPN Piotr Piątek odrzucił propozycje oskarżonych, mówiąc, że mają one charakter poboczny.

Jednakże w maju sąd zwrócił katowickiemu IPN akta do uzupełnienia. Prokuratura uznała to za próbę wstrzymania procesu i odwołała się do sądu apelacyjnego. Ten uznał, że śledztwo nie wymaga uzupełnienia.

Proces ruszył pod koniec września. Niespodziewanie w obronę Wojciecha Jaruzelskiego wziął Lech Wałęsa, mówiąc w typowy dla siebie sposób: - Trzeba ustalić, jakie były motywacje autorów stanu wojennego: strach, zdrada czy patriotyczna obrona Polski przed większym wykrwawieniem. Ja jestem idealistą, więc mówię: oczyśćmy teren, zabezpieczmy na przyszłość, powiedzmy prawdę i jeśli idzie to w tym kierunku, to fajnie. Ale jeśli jest to gra na czas i na zamazanie, to ja dziękuję. Bo nas, idealistów, ktoś robi w bambuko - dorzucił Wałęsa. To dość niefrasobliwe powiedzenie byłego prezydenta okazało się nadspodziewanie trafne. Generał Jaruzelski w swym pięciodniowym przemówieniu trwającym w sumie ponad 20 godzin nie tylko zamazywał, ale fałszywie oskarżał, manipulował faktami, próbując ratować własną skórę.

Wyrok śmierci dla Jaruzelskiego?

Zaczął od użalania się, że jego wnioski dowodowe, które miały uzupełnić śledztwo, zostały uznane przez prokuraturę jako sprawy uboczne, niemające znaczenia. Jego zdaniem oskarżenie jest wykonaniem zamówienia politycznego złożonego przez wysoko postawione osoby w państwie i różne wpływowe środowiska. Wie, że bliskie mu i życzliwe dlań media nie znoszą braci Kaczyńskich, toteż ich dwóch cytował, aby pokazać siebie jako ich ofiarę.

Na dowód przytaczał niektóre wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 1992 r., w których Jaruzelskiego i jego ekipę wprowadzającą stan wojenny nazywał zdrajcami narodu, którzy winni stanąć przed sądem jak przestępcy i zostać skazani na najwyższy wymiar kary, a wyrok powinien być wykonany. Po przypomnieniu opinii Kaczyńskiego z 1992 r. dramatycznie dodał, że w ówcześnie obowiązującym kodeksie karnym istniała kara śmierci jako najwyższy wymiar kary. To jedno z drobnych oszustw

Jaruzelskiego w tym przemówieniu. Formalnie w kodeksie karnym kara śmierci istniała, ale po 1988 r. już jej nie wykonywano. Jednak pozostało wrażenie o tym, że Kaczyński chciałby go widzieć skazanego na śmierć, a wyrok by wykonano.

W innym miejscu Jaruzelski przypomina wypowiedź sprzed dwóch lat Lecha Kaczyńskiego, który mówi, że cieszy się, iż dożył chwili, gdy odpowiedni organ państwa postawił zarzuty autorom stanu wojennego. Z ironią komentuje, że on też się cieszy, bo zakłada, iż sprawę wszechstronnie i obiektywnie rozpatrzy niezawisły sąd.

Żartobliwą uwagę Jarosława Kaczyńskiego - to nazwisko najczęściej pojawiające się w przemówieniu Jaruzelskiego - mówiącą o tym, że nie dałoby się rządzić z "Solidarnością" z roku 1981, bo ten monstrualny ruch do demokracji się nie nadawał, Jaruzelski wykorzystuje, aby powiedzieć, że dzięki wytrąceniu burzliwego impetu pierwszej "Solidarności" przez stan wojenny przyczynił się on do zbudowania demokracji w Polsce. Tymczasem stanowi wojennemu towarzyszy jednostronna tonacja oskarżycielska. I co gorsza, jego zdaniem im dalej od tamtych wydarzeń, tym oskarżenia są coraz cięższe. Następuje eskalacja, a takie słowa, jak: zbrodnia, zdrada, degradacja, pozbawienie emerytury, stają się hasłami dnia codziennego.

Były też fragmenty, w których Jaruzelski bohatersko przyjmował na własną pierś odpowiedzialność za wprowadzenie stanu wojennego. Opowiadał o tym w kiczowato-patetyczny sposób: - Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 r. i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się - w stosownym oczywiście zakresie - odpowiedzialny za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Uderza on również w humanitarne tony mówiąc, że ma na myśli okoliczności i fakty, które "niosły za sobą jakąś ludzką krzywdę i ból".

Ten motyw rozwinął w innym miejscu, dodając, że ubolewa, żałuje i przeprasza, "jeśli jakiś milicjant bezzasadnie użył pałki". Dziś ma to tylko wymiar wyświechtanego komunału i pachnie fałszem. Szczególnie jeśli przypomni się, że tysiące zomowców brutalnie rozprawiało się z manifestacjami "Solidarności" w całej Polsce za wiedzą i akceptacją Wojciecha Jaruzelskiego. Podobnie jak obłudą jest jego przyznanie przed sądem, że skala internowań i zwolnień z pracy "była niewłaściwa".

Wyższa konieczność

Mówi więc o swoich ewentualnych winach, ale z całą mocą podkreśla, że nie oznacza to przyznania się do winy w rozumieniu aktu oskarżenia. Szczególnie w kluczowej kwestii - wprowadzenia stanu wojennego. Po raz kolejny wygłosił oklepaną formułę, iż była to dramatyczna decyzja "podyktowana wyższą koniecznością, która ocaliła Polskę przed wielowymiarową katastrofą". Formułkę tę uzupełnił zdaniem - również znanym - że stan wojenny był złem, ale złem mniejszym. Ponadto był konieczny ze względu dwa elementy, podkreślał. Pierwszym było zagrożenie anarchią i rozkładem gospodarki w wyniku nieokiełznanego chaosu, jaki wprowadzała "Solidarność", drugim - groźba interwencji wojsk radzieckich.

Obarczając w części winą "Solidarność", raz przymilał się jej, innym razem straszył nią. O jej zasługach mówił: "Była zaczynem, siłą sprawczą ustrojowych przemian", aby chwilę później podważyć te słowa, stwierdzając: "Nie była dziesięciomilionowym hufcem aniołów". Jego zdaniem po 16 miesiącach karnawału "Solidarności" Polsce groził całkowity krach gospodarczy. Jego widocznym objawem były puste półki sklepowe, na których stały tylko butelki z octem.

Wyliczał, że pochylnia, po której staczała się gospodarka, rozpoczęła się od Porozumień Sierpniowych z 1980 r. Nazwał je ekonomiczną bombą zegarową. Składały się na nią podwyżki płac, diet, wolne soboty, płatne urlopy macierzyńskie itd., wymuszone przez robotników. - Pracować krócej, zarabiać więcej, a strajkując, dostawać tyle co na urlopie - demaskował rozpasanie ludzi pracy. Przypomniał złowieszcze dane: o 25 proc. wzrosły wtedy płace, a o 18 proc. spadła produkcja. Spadało też wydobycie węgla, obniżyła się dyscyplina pracy, mimo że rząd już od lutego 1981 r. "ostrzegał, prosił, apelował". Np. w Kraśniku i Poniatowej 40 proc. mieszkań nie miało ogrzewania ze względu na ograniczenia w dostawach energii. Związek stawał się drugą władzą w Polsce, a jego aspiracje polityczne były nie do zahamowania normalną drogą.

Generał dziwił się, że w ogóle do tego procesu doszło. Powołał się on na stanowisko sejmowej komisji odpowiedzialności konstytucyjnej, która w 1996 r. uwolniła Jaruzelskiego i innych od zarzutów za wprowadzenie stanu wojennego. Obserwowałem jako dziennikarz wszystkie posiedzenia tej komisji od jej pierwszego do ostatniego posiedzenia. Zdecydowaną przewagę mieli w niej postkomuniści i członkowie PSL. To oni, ku oburzeniu ludzi dawnej "Solidarności", przegłosowali decyzję korzystną dla Jaruzelskiego i Kiszczaka.

W swoim obecnym przemówieniu podkreślił, że wojsko w pierwszych dniach stanu wojennego nie użyło broni. To prawda. Przemilczał jednak, że w tym samym czasie zomowcy strzelali do górników i demonstrantów, a esbecy w skrytobójczych zamachach likwidowali członków podziemnej "Solidarności". To ulubiony chwyt Jaruzelskiego. Za każdym razem wybiera on wygodniejszą dla siebie wersję wydarzeń. Nie zapomina też, by podkreślić swoją rolę w tworzeniu sytuacji, w której przemiany "mogły dokonać się nie jako konfrontacyjne zderzenie i burzenie, ale jako cywilizowany, pokojowy demontaż".

To jeden z głównych argumentów powtarzanych niemal przez wszystkich medialnych obrońców Jaruzelskiego, którzy mówią: oddał władzę, choć nie musiał. W większości jest to ten sam krąg ludzi, którzy dyskredytują potrzebę lustracji, potępiają autorów książki o Lechu Wałęsie i jego związkach z SB, domagają się ograniczenia działalności bądź likwidacji IPN.

W tym tekście jednak nie oni mnie interesują i ich racje. Ważniejsze jest to, iż Jaruzelski stworzył teatr w najlepszym komunistycznym wydaniu. Obłuda przeplatała się z fałszem, a sam generał stroił się w piórka zbawcy kraju i narodu. Kreował się na prawdziwe źródło demokratycznej Polski. Jego nieuczciwość polega też na tym, że pod pretekstem przedstawienia mowy obrończej wygłosił on manifest polityczny.

Niektórzy dziennikarze nazwali tę mowę "testamentem politycznym Jaruzelskiego". Zaraz po tym zakomunikował on sucho, że nie będzie odpowiadał na pytania prokuratorów IPN. To praktycznie jest równoznaczne z odmową uczestnictwa w procesie. Można by go zrozumieć i zaakceptować jego postępowanie, gdyby od początku do końca milczał i odmawiał składania wyjaśnień. Ale on działa według własnego nieuczciwego scenariusza. Wykorzystał sąd jako trybunę propagandową. A jednocześnie demonstruje swoje lekceważenie IPN jako instytucji. Z jednej strony pławi się w świetle kamer, z drugiej - stawia siebie ponad sądem. Domaga się obiektywizmu od prokuratorów i sądu, choć tylko swój punkt widzenia traktuje jako jedynie słuszny i w pełni obiektywny.

Niektórzy komentatorzy traktują postępowanie IPN jako działanie bezwzględne, bo skierowane przeciwko 85-letniemu starcowi. On zresztą sam dramatycznie oznajmia, że to być może było już ostatnie w jego życiu przemówienie. Oceniając ton jego wystąpienia, rzeczywiście dostrzegam różnice, jakie pojawiają się u niego wraz z upływem lat. Staje się on coraz bardziej zafałszowany, bardziej przebiegły i bardziej obłudny.