To on stworzył sojusz betonu, biedy i zazdrości - jak mówią jego przeciwnicy. Beton to najtwardsi piłkarscy baronowie jak Witold Dawidowski z Podlasia czy Henryk Klocek z Pomorza. Bieda to ledwo wiążące koniec z końcem kluby ze Śląska, które do Grenia i Laty przyprowadził prezes Odry Wodzisław Ireneusz Serwotka, a zazdrość to Jerzy Engel, który nie może przeboleć zagranicznego selekcjonera polskiej kadry i czeka na pierwsze potknięcie Leo Beenhakkera. Engel, choć nie objął do tej pory żadnej funkcji w nowych władzach, po cichu marzy, że zajmie jego miejsce i poprowadzi reprezentację Polski w finałach mistrzostw Europy w 2012 r.

Pieniądze Zostały Przelane, Nara!

Chwilę po wyborze Laty wszystko wydawało się proste - piłkarski beton odniósł kolejne wielkie zwycięstwo. Działacze triumfalnie nawet rozszyfrowywali skrót PZPN: Pieniądze Zostały Przelane, Nara!

Tyle że mimo błyskotliwego zwycięstwa w pierwszej turze, rzeczywistość, w której znalazł się nowy zarząd, wcale nie jest łatwa. Ta ekipa, w przeciwieństwie do zarządu Michała Listkiewicza, przyjaciół nie ma wcale: jest skłócona w polskim rządem, UEFA i Hryhorijem Surkisem, któremu Polska i Ukraina zawdzięczają EURO 2012.

Urzędnicy z gabinetu Donalda Tuska nawet nie kryją niechęci, gdy rozmawiają o nowych władzach PZPN. Przekonał się już się o tym Grzegorz Lato, kiedy w poniedziałek, jako nowo namaszczony prezes, zadzwonił do sekretariatu Mirosława Drzewieckiego i poprosił o połączenie z ministrem. Chciał się umówić na spotkanie. Jednak zamiast Drzewieckiego słuchawkę podniósł jego asystent i poinformował Latę, że aby się umówić, najpierw należy wysłać faks z prośbą. "Czasy Listkiewicza, który mógł zadzwonić i porozmawiać z ministrem, już się skończyły. Z tym zarządem relacje będą bardzo chłodne. Bardzo chłodne" - mówi DZIENNIKOWI jeden z najbliższych doradców Mirosława Drzewieckiego.

Tyle że w rozgrywce rząd - PZPN minister sportu jest tym dobrym policjantem. Tym złym jest wicepremier Grzegorz Schetyna, który do tej pory nie może wybaczyć działaczom PZPN, że przy pomocy FIFA i UEFA zmusili rząd do wycofania kuratora ze związku na początku października. Nowy zarząd nie ma już także oparcia w organizacjach, które dotąd za polskim związkiem stawały murem. Obraził się Hryhorij Surkis, nadzwyczaj wpływowy szef ukraińskiej federacji piłkarskiej. Surkis pokazał już, że na współpracę z nowym zarządem nie ma ochoty. W środę w Kielcach odbywała się konferencja na temat bezpieczeństwa na stadionach, na której pojawił się prezes Lato. Miała się na niej również stawić silna delegacja ukraińskiego związku, której przewodził zastępca Hryhorija Surkisa. W ostatniej chwili Ukraińcy swój przyjazd odwołali.

Chłodem w kierunku PZPN wieje również z Nyonu pod Genewą, gdzie mieści się centrala UEFA. Tam niepodzielne rządy sprawuje Michel Platini, wieloletni przyjaciel Bońka jeszcze z boiska. Działacze PZPN będą mieli problem, aby zmienić relacje z UEFA. "Oni po prostu nie znają języków" - mówi DZIENNIKOWI jeden z bliskich współpracowników Michała Listkiewicza. Spośród 18 członków nowego zarządu tylko dwóch porozumiewa się w zachodnich językach: Jacek Masiota, prawnik z Lecha Poznań, który jednak z ekipą Laty i Grenia nie chce mieć nic wspólnego, i wieczny samotnik Stefan Majewski.

Kulisy spotkania w Sheratonie

Jak do tego doszło? Dlaczego po tak błyskotliwym zwycięstwie zarząd Grzegorza Laty znalazł się nagle w próżni?

Czwartek 30 października. Hotel Sheraton, południe. Właśnie ma się rozpocząć zjazd PZPN. 113 delegatów i kilkudziesięciu gości oczekuje na rozpoczęcie wyborów do władz piłkarskiego związku. Jednak z niewiadomych przyczyn się opóźnia. Delegaci są zdezorientowani, nikt nie zna przyczyn poślizgu. Nie są one błahe. W małej salce przydzielonej do dyspozycji obserwatorom wyborów z UEFA i FIFA trwa właśnie spotkanie. Zwołał je Hryhorij Surkis, prezes ukraińskiego odpowiednika PZPN. Surkis przekonuje, że jako członek komitetu wykonawczego UEFA wykonuje misje ostatniej szansy. Działa za cichym przyzwoleniem Michela Platniniego i stara się nie dopuścić do wyboru Grzegorza Laty na następcę Michała Listkiewicza.

W niewielkiej salce zebrał trzech najmocniejszych kandydatów na szefa związku i najważniejsze osoby polskiego futbolu. Jest Grzegorz Lato, popierany przez większość piłkarskich baronów z regionów i kluby ze śląska, Zdzisława Kręcina, który ma również poparcie regionów, oraz faworyt polskiego rządu i UEFA Zbigniew Boniek. Bońka i Latę Surkis usadził przed sobą. Za nimi usadowili się Michał Kleiber, szef Niezależnej Komisji Wyborczej, oraz Adam Giersz, główny doradca ministra Mirosława Drzewieckiego. Oprócz nich jest także PZPN-owski koordynator ds. organizacji Euro 2012 Adam Olkowicz (który również pełni rolę tłumacza, świetnie zna rosyjski, jeszcze z okresu studiów w Moskwie) oraz obserwatorzy wyborów z ramienia FIFA i UEFA. Surkis próbuje przekonać kontrkadydatów, aby poparli Zbigniewa Bońka. Grzegorz Lato jednak się opiera i proponuje Bońkowi funkcję wiceprezesa związku. Twierdzi, że ma zbyt duże poparcie wśród działaczy PZPN i powołuje się na reguły demokracji. To irytuje byłego napastnika Juventusu. "Wiesz, Grzegorz, wiceprezesem to akurat ty możesz u mnie zostać" - odcina się Boniek. Ale najbardziej denerwuje się Surkis:

"Demokracja, jaka demokracja!? Jeszcze niedawno tu nie było żadnej demokracji i jakoś wszystko działało" - wykrzykiwał szef ukraińskiego związku. Pogroził też Lacie i Kręcinie, że w razie ich wygranej PZPN nie będzie już mógł liczyć na parasol ochronny ze strony światowych organizacji. Kręcina, który dysponuje większą liczbą głosów od Bońka, zaczyna się łamać. "To nie ja jestem kluczowy, bo nawet jeśli zrezygnuję, to moi zwolennicy poprą Latę, a nie Zbyszka" - mówi.

Pod adresem Laty ze strony Surkisa padają groźby. Jednak nikt z uczestników tego spotkania, z którymi rozmawiał DZIENNIK, nie chciał powiedzieć, czym konkretnie straszył Surkis. Jednak groźby musiały odnieść skutek. "Lato naprawdę był gotów tym momencie wycofać się na rzecz Bońka" - mówi gazecie jeden z uczestników narady z Surkisem.

Jednak w kulminacyjnym momencie mocne walenie do drzwi przerwało negocjacje.

Według rozmówców DZIENNIKA to, co wydarzyło się dalej, wyglądało tak:

Surkis jako odźwiernego wysyła Kręcinę. W drzwiach stoi czwarty z kandydatów - Tomasz Jagodziński, który o tajnej naradzie dowiedział się przypadkowo od dziennikarza. "Co tu się dzieje?!" - krzyczy.

"Kto to jest?" - pyta Surkis.

"Czetwiortyj kandydat" - odpowiada mu po rosyjsku Adam Olkowicz.

"Spieprzaj stąd, nie zapraszałem Cię tutaj" - wykrzykuje w kierunku Jagodzińskiego Surkis.

"Nie wyjdę, to nie jest prywatne spotkanie na Ukrainie, ale wybory prezesa polskiego związku" - oponuje Jagodziński.

Sytuację próbuje załagodzić Michał Listkiewicz: "To sala dla gości. Prezes Surkis ma prawo zapraszać do siebie, kogo chce" - tłumaczy. Ale Jagodziński jest uparty i nie chce wyjść. W tym momencie wiadomo, że negocjacje ostatniej szansy się nie powiodły. "To skandal" - rzuca Boniek i wychodzi z sali. Za nim opuszczają ją kolejni zaproszeni na naradę. Hryhorij Surkis zdaje sobie sprawę, że jego misja się nie powiodła.

Chwilę później, w akcie desperacji wygłosi apel do delegatów, w którym w mocnych słowach będzie przekonywał do poparcia Bońka. Ale jego apel odniósł odwrotny skutek. Lato wygrał w pierwszej turze, a Zbigniew Boniek poniósł spektakularną klęskę - zdobył zaledwie 19 głosów. Kolejne głosowanie potwierdziły całkowitą klęskę zwolenników Bońka - prawie cały osiemnastoosobowy zarząd znalazł się w rękach piłkarskiego betonu. Hryhorij Surkis po głosowaniach w pośpiechu opuszczał hotel Sheraton. Przed wyjazdem zdążył jeszcze publicznie objechać Adama Olkowicza, który również znalazł się w ekipie Grzegorza Laty. Został wybrany na wiceprezesa odpowiadającego za kontakty z zagranicą. Surkis wybór Olkowicza, z którym zna się od lat, uznał za zdradę: "Ty psie, sobako, nie masz już wjazdu na Ukrainę" - krzyczał w obecności kilku działaczy w hotelowym holu na Olkowicza.

Wszyscy ludzie Laty

W tym momencie odetchnąć mógł Kazimierz Greń, szef podkarpackiego związku piłki nożnej i twórca nowego układu. Nagła szarża Surkisa mogła przekreślić jego misterny plan, który budował przez ostatnie dwa lata. To on wymyślił Latę na prezesa PZPN, to on wreszcie prowadził jego kampanię i załatwił jej finansowanie. To on w ostatnich tygodniach jeździł z Latą (który na czas kampanii wyborczej schudł ponad 20 kg) na spotkania z działaczami w terenie busem obklejonym nalepkami UEFA. To on wreszcie w ostatnich dniach pilnował, aby jego kandydat wytrzymał presję wyborów. On także organizował spotkania, na których udało mu się pozyskać głosy przesądzające o wyborze króla strzelców mundialu w 1974 r. na prezesa PZPN.

Tak jak w wieczór przed wyborami w hotelu Hetman na warszawskiej Pradze. Odbyła się tam zamknięta impreza dla delegatów. "Była wódeczka i jedzenie" - wspomina jeden z delegatów. Ale był też pokój zwierzeń. Lato i Greń wzywali działaczy i kazali im się deklarować, po której stoją stronie. "Tam zapadła decyzja o wycięciu z władz Jurka Kozińskiego z Dolnego Śląska, który nie chciał się podporządkować Greniowi. Tam też sprzedał się Jan Bednarek, baron ze Szczecina. To jego poparcie zdecydowało, że Lato wygrał i to w pierwszej turze" - mówi DZIENNIKOWI jeden z delegatów obecnych w Hetmanie. Dzięki temu Bednarek, który jeszcze w ubiegłym roku był posłem Samoobrony, został wiceprezesem PZPN ds. piłkarstwa.

Lato przekonywał nie tylko swoim programem, z odczytaniem którego miał zresztą problemy. "Goście z Hetmana dostali też prezenty. - Zestawy porcelany z Ćmielowa" - mówi DZIENNIKOWI dwóch delegatów, którzy pojawili się na imprezie w warszawskim hotelu. "Ha, ha, ha! O Ćmielowie to ja nic nie wiem, może ktoś ma ćmiela w głowie. Tak proszę to koniecznie napisać: oni mają ćmiela w głowie" - cedzi Greń zapytany o prezenty dla delegatów.

Prezenty dla działaczy były stałym motywem w kampanii prowadzonej przez Latę i Grenia, na którą według naszych informatorów mieli wydać ponad 200 tys. zł. Podczas wizyt w okręgowych związkach obdarowywali działaczy piłkami, na których nadrukowane były pozdrowienia od Laty. Kiedy w sierpniu cała wierchuszka PZPN jechała na mecz towarzyski reprezentacji we Lwowie, Greń zorganizował nocleg w rzeszowskim hotelu Prezydenckim. "Tam w pokojach na każdego działacza czekał koszyk z wiktuałami i bilecikiem: Miłego pobytu w Rzeszowie życzy Grzegorz Lato" - wspomina jeden z działaczy PZPN. "To, że swoją książkę i autograf rozdał, to chyba nic złego" - mówi teraz Greń.

Dziś on także znajduje się w zarządzie PZPN i stał się jednym z najbardziej wpływowych działaczy w Polsce. A jeszcze niedawno był obiektem rubasznych żartów. Tak jak ponad rok temu, gdy pojawił się na jednym z reprezentacyjnych meczów rozgrywanych na stadionie warszawskiej Legii. "Kaziu, a po ile w Rzeszowie są wibratory?" - zwrócił się wówczas do niego poseł Ryszard Czarnecki. Polityk, który od kilku lat działa w polskiej piłce, pił do tego, że Greń był właścicielem pierwszego sex shopu w Rzeszowie. Czarnecki teraz woli się nie przyznawać, że taka sytuacja miała miejsce. "Nie przypominam sobie, bym coś takiego powiedział" - mówi wyraźnie speszony, kiedy pytamy go o żart z wibratorami. Zresztą "Kazek", jak na niego mówią w Rzeszowie, stara się nadrobić braki. Sex shop w Rzeszowie przepisał na żonę, szybko nadrobił też braki w wykształceniu. Choć jeszcze kilka lat temu mógł się zaledwie poszczycić ukończoną zawodówką przy Ochotniczych Hufcach Pracy, w ciągu kilku lat zdał maturę i obecnie szczyci się wyższym wykształceniem - politologicznym.

"On naprawdę może dużo, ludzie się go boją. Jest bezwzględny" - mówią jego oponenci. Przekonał się o tym Eugeniusz Nowak, prezes bydgoskiego związku piłki nożnej, który oświadczył Greniowi, że nie poprze Laty, ale Bońka. "Greń go za to pochwalił, mówiąc, że właśnie tak trzeba się zachowywać i grać w otwarte karty. Po czym odwrócił się i sam kazał go skreślać w wyborach do zarządu. Nowak przepadł" - opowiada jeden z bydgoskich delegatów. "Ja bezwzględny? Stanowczy jestem" - oponuje Greń.

Nowak przepadł, ale awansowali do zarządu działacze, którzy poparli Latę, jak Ireneusz Serwotka z Odry Wodzisław, który posłuch wśród śląskich klubów zdobył krytykując "tych nadętych, bogatych ch...w z Warszawki", czy Rudolf Bugdoł. Ten ostatni to były masażysta Ruchu Chorzów, teraz przejął działkę Eugeniusza Kolatora i został wiceprezesem ds. finansowych. Nową twarzą w związku jest też Zbigniew Lach, były krakowski radny SLD oraz piłkarz Wisły z lat 70., który grając w piłkę, został zatrudniony na etacie w MO. Nowy w związku jest także szef Podlaskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej Witold Dawidowski, który zasłynął, kiedy stanął w obronie swojej przyjaciółki podczas meczu reprezentacji z San Marino. "Spotkała znajomych z Białegostoku i postanowiła im wynieść z vipowskiego sektora trochę żarcia. Zaczęła to pakować w jakąś gazetę, aż ochrona interweniowała. Wtedy podleciał Dawidowski i zaczął mówić, by się od nich odpieprzyli, bo pani jest z przedstawicielem PZPN i może robić z jedzeniem, co zechce" - opowiada jeden ze świadków zdarzenia.

Do zarządu trafił również pomorski baron Henryk Klocek, o którym coraz głośniej się mówi, że jest numerem jeden na liście działaczy, których mają zatrzymać wrocławscy prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie korupcji w polskiej piłce. Klocek dzięki znajomości z legendarnym "Fryzjerem" miał pomagać Arce Gdynia w nieuczciwym awansie do ekstraklasy. W ostatniej chwili do rezygnacji z kandydowania do zarządu próbował namówić Klocka Zbigniew Koźmiński, były rzecznik PZPN. "Heniek, to strzał w stopę" - przekonywał pomorskiego barona. Ten jednak pozostał głuchy na argumenty Koźminskiego. "Bo Henio jest dumny, że zna <Fryzjera> i się tym przechwala nawet na spotkaniach towarzyskich. Kiedyś było jakieś spotkanie w Gdańsku, gdzie było sporo polityków i ktoś mu zwrócił uwagę: Heniu, z tym <Fryzjerem> to daj już spokój. Strasznie się wtedy zdenerwował i powiedział, że p...przy tchórzy, co własnego środowiska nie szanują" - relacjonuje jeden z działaczy.

Sam prezes zresztą niewiele miał do powiedzenia, kiedy ostatecznie układana była lista nowych władz. Działo sie to chwilę po jego triumfie, także na zapleczu sali, na której odbywał się kongres. W środku Kazimierz Greń zebrał popierających go baronów wojewódzkich i dzielił miejsca w zarządzie. Lato stał na zewnątrz i pilnował drzwi, aby nikt niepożądany nie wtargnął na to spotkanie.