Zasadne są przypuszczenia, że trwająca kadencja jest obliczona na przyszły wyborczy sukces: w wyborach prezydenckich za dwa, a w parlamentarnych za trzy lata.

Dlatego kiedy patrzę na rząd PO - PSL, to pierwszym moim skojarzeniem jest przeciętny uczeń. Taki, który zawsze siada w ostatniej ławce, rzadko dostaje pały, ale jeszcze rzadziej zaskoczy celującym. Kiedy dostanie piątkę, spotyka się z aplauzem. Taką piątką w dzienniczku Donalda Tuskaemerytury pomostowe: dowodzą jego konsekwencji i pewnego stopnia odwagi. Odbierając przywileje, musiał liczyć się z niezadowoleniem. Kiedy to już zrobił, większość mediów wpadła w zachwyt tym większy, im słabsze okazywały się dotychczasowe osiągnięcia.

Ten wizerunek przeciętniaka jest jednak dobrze przemyślany. Wiadomo, że ludzie oczekują spokoju i normalności, a nie wielkich reform i odwracania porządku do góry nogami. Gdyby premier naprawdę chciał już dziś zmienić kraj, okazałoby się to dla niego szalenie kosztowne. Na to go nie stać. Cel jest wyznaczony: za trzy lata zwycięstwo z możliwie dużą przewagą, która pozwoli rządzić możliwie samodzielnie. Wtedy będziemy mogli oczekiwać realizacji obietnic, bo dotychczas rozliczenie każdego premiera było cokolwiek przedwczesne. Mało kto potrafił opanować państwową machinę i pchnąć ją na najwyższe obroty w cztery lata.

Jeżeli więc rozliczać rządy z realizacji celów, to rząd Tuska zasłużył na solidną czwórkę. Notowania są wciąż wysokie, premier wciąż jest lubiany. Jeśli znajdzie magiczną sztuczkę, która pozwoli mu tak jechać przez kolejne trzy lata, to może okazać się tym pierwszym, który utrzyma w wolnej Polsce władzę. Lecz jeśli się przeliczy, to okaże się, że znów zmarnowaliśmy czas.