Oficjalnie on sam, jak i jego partia nie podpisują się pod tym opisem. Jednak nominowanie rok temu tego prawnika na ministra od budowy dróg było wielkim zaskoczeniem. Tak jak zaskoczeniem jest to, że ciągle nie sprawdził się czarny scenariusz.

Cezary Grabarczyk obok Ewy Kopacz przewodzi w plotkarskim rankingu ministrów do odstrzału. O jego odwołaniu plotkowano już na początku istnienia rządu Donalda Tuska. Jego praca jest porównywana z działaniami minister zdrowia. W kontekście, że tu i tam są beznadziejnie słabe rezultaty i że oboje stracą stołki. Są jednak różnice - Ewa Kopacz jest źle oceniana wśród szeregowych posłów PO oraz w środowiskach zawodowych służby zdrowia. Grabarczyk przeciwnie - ma wielu sympatyków w partyjnych dołach, także wielu drogowców uważa go za niezłego ministra. Kopacz ma za to mocne wsparcie ze strony samego premiera, Grabarczyk nie może na to liczyć. Za to o Kopacz wiadomo, że bardzo źle znosi pracę w rządzie. Wiecznie uśmiechnięty Grabarczyk wygląda na osobę zadowoloną ze swojego losu. I choć wiadomo, że tak nie jest, to na razie jego zewnętrzny spokój i łatwość nawiązywania kontaktów uchroniły go przed wieloma możliwymi konfliktami.

Powodów do stresu ma chyba najwięcej ze wszystkich ministrów. Pogłoski o zbliżającej się dymisji osłabiają jego negocjacyjną pozycję wobec firm i związków zawodowych, a ministerialni urzędnicy pracują w poczuciu tymczasowości. Źródłem plotek jest jawna niechęć wicepremiera Grzegorza Schetyny. Druga osoba w rządzie wielokrotnie naciskała na premiera, by ten zmienił szefa resortu infrastruktury. Prasa opisywała sytuację, że Tusk raz na to się zgodził. Zażądał jednak od Schetyny, by ten przejął pod swoje skrzydła budowę autostrad. Czego wicepremier się przestraszył.

Gra trwa dalej. Już niedługo w PO zacznie obowiązywać zasada niełączenia funkcji partyjnych z rządowymi. Oznacza to osłabienie kilku dość samodzielnych polityków. M.in. Ewa Kopacz przestanie być szefową regionu mazowieckiego, a Grabarczyk łódzkiego. Przeciwnicy Schetyny uważają, że to dopiero pierwszy etap w marginalizowaniu zbyt samodzielnego polityka: następnym ma być dymisja z rządu. Dwa tygodnie temu na szczytach władz PO debatowano, czy nie wystawić Grabarczyka w wyborach do Parlamentu Europejskiego. On sam zarzeka się, że nie zgodzi się na to. Startowałby z Łodzi, gdzie jedynkę na liście ma popularny Jacek Saryusz-Wolski. Grabarczyk nie miałby stuprocentowej pewności na zdobycie mandatu. Kolejną rewelacją były spekulacje, że Grabarczyk zostanie wystawiony w wyborach na prezydenta swego rodzinnego miasta, czyli Łodzi.

Grabarczyk próbuje się bronić. Stara się być lojalny wobec ludzi z kancelarii premiera. Wielokrotnie deklarował Schetynie wolę współpracy, za każdym razem bez odzewu. "Schetyna deprecjonuje Grabarczyka, a Tusk nie potrafi powstrzymać się przed szyderstwami, np. żartami, że autostrady będą gotowe już w następnym tysiącleciu" - opowiada świadek takich sytuacji z posiedzeń rady ministrów, klubu parlamentarnego i władz partii. "Grabarczyk jest jednym z niewielu ministrów, do których Tusk może zadzwonić i ma pewność, że treść rozmowy nie będzie przekazana Schetynie" - mówi kolejny polityk, jednocześnie przyznając, że tych telefonów nie jest zbyt dużo: "Bo po co Tusk ma dzwonić, skoro Czarek jest już tak bardzo zmarginalizowany."

"Grzechem kardynalnym" Grabarczyka było jego zachowanie z jesieni 2006, kiedy klub parlamentarny PO wybierał nowego przewodniczącego. Władze partii rekomendowały Zbigniewa Chlebowskiego. Wybór miał być formalnością, ale zjawił się kontrkandydat - Bogdan Zdrojewski. Podpisy pod jego kandydaturą najintensywniej zbierał Grabarczyk. Tusk i Schetyna do dziś pamiętają ten akt niesubordynacji. "Dla nich był to najlepszy dowód na to, że Czarek jest elementem niepewnym" - komentuje jeden z polityków. Stąd decyzja o takim właśnie ulokowaniu Grabarczyka w rządzie. Przed wyborami on sam wyobrażał siebie jako ministra sprawiedliwości lub szefa klubu parlamentarnego. Do tych funkcji był dobrze przygotowany. Do budowania infrastruktury dużo słabiej, choć sam twierdzi co innego. Zawsze przypomina, że w latach 90. był wicewojewodą łódzkim i wykupował działki pod autostradę A2. "Dlaczego pan nie chce mi uwierzyć, że ja całe życie chciałem budować?" - tak Cezary Grabarczyk kontratakuje już w pierwszej minucie rozmowy. Jeden z kibicujących mu polityków komentuje: "Czarek był przekonany, że nie może odmówić Tuskowi przyjęcia tej funkcji, bo w przeciwnym razie zostanie zmarginalizowany w Sejmie i we własnym regionie. Tak jak w greckiej tragedii przesądził o swoim losie. Ludzie zaczęli się od niego odwracać" - mówi rozmówca DZIENNIKA. Np. zaczęli przechodzić na stronę Mirosława Drzewieckiego, wpływowego ministra sportu, z którym Grabarczyk od lat darł koty w rodzinnym mieście ich obu - Łodzi. Tak patrona zmienił poseł Andrzej Biernat.

Wydawałoby się, że Grabarczykowi usuwa się grunt spod nóg. Ale Tusk nie ma następcy na jego miejsce. Brakuje chętnych na wzięcie tego najbardziej niewdzięcznego resortu. Jest wprawdzie wiceminister Tadeusz Jarmuziewicz, wieloletni aspirant do "dworu" Tuska. "Ryje pod Czarkiem, kiedyś chodził za Drzewieckim, teraz widzę go często ze Schetyną" - mówi poseł PO z sejmowej komisji infrastruktury. Wicepremier go lansuje, ale Tusk jest sceptyczny. Wśród potencjalnych kandydatów wymieniano też związanego z PO eksperta Adriana Furgalskiego. Ten jednak też jest uważany za element niepewny, a poza tym kiedyś toczył wojny z szefem gabinetu premiera Sławomirem Nowakiem. Inny kandydat, poseł PSL Janusz Piechociński, także nie pali się do objęcia ministerialnej funkcji.

Obejmując ministerstwo, Grabarczyk wiedział, że PO rozbudziła ogromne nadzieje na szybką poprawę stanu komunikacji. Niecały miesiąc przed wyborami Donald Tusk atakował: "Panie premierze Kaczyński, czy jest pan gotów wziąć odpowiedzialność za to, co się działo, a raczej nie działo na polskich drogach? Ilu ludzi, ilu Polaków by przeżyło, gdyby w Polsce nie pan Polaczek, nie inne ofermy z rządu PiS-owskiego, ale normalni przedsiębiorcy budowaliby drogi?"

A w expose nowy premier obiecywał: "Naszą ambicją będzie połączenie miast, tych głównych aren mistrzostw 2012, siecią szybkich dróg" - mówił Tusk, a od razu eksperci obliczyli, że już od tego momentu trzeba każdego dnia oddawać 1 km drogi. Takie tempo jest niemożliwością nie tylko nad Wisłą - europejska rekordzistka w budowie dróg Hiszpania osiągała wynik pół kilometra dziennie.

Ponieważ nie ma mowy o jakimkolwiek ściganiu hiszpańskich rekordów, minister szybko stał się chłopcem do bicia. W maju media wyliczyły, że w czasie swego urzędowania oddał do użytku ledwie 8 km autostrady. "Cezary stara się, choć to nie jego domena. Na pewno był zbyt ostrożny w podejmowaniu decyzji" - mówi życzliwy ministrowi polityk PO. "Najważniejsze już zrobione, uporządkowaliśmy legislację. Podpisałem największą liczbę umów na budowę dróg" - broni się minister. Rzeczywiście w ostatnich tygodniach podpisał tyle umów, że osiągnął najlepszy wynik ze wszystkich ministrów po 1989 r. Dzięki temu ten do tej pory krytykowany przez media polityk w październiku dostał nagrodę od miesięcznika "Forbes" za to, że "przełamał trwający od dwóch lat impas w budowie autostrad".

Opinie specjalistów są podzielone. Dr Anna Wieczorek z Centrum im. A. Smitha uważa, że stworzone przez ministerstwo ustawy są bardziej zawikłane niż poprzednie. Anonimowy urzędnik z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad pamiętający kilku ministrów twierdzi, że akurat tego trzeba chwalić, bo zna się na zagadnieniach prawnych i dobrze organizuje pracę.

Dziś wiadomo, że spora część obiecanych dróg nie będzie gotowa przed Euro 2012. Czy zatem jego winą jest, że nie buduje się tak dużo, ile PO obiecywała w kampanii wyborczej i expose premiera? Nie, obietnice były nierealne. Czy mógł mieć lepsze efekty? Tak, bo pierwsze miesiące stracił na sprawdzanie i kwestionowanie działań swojego poprzednika Jerzego Polaczka. Zaczął jednak nadganiać zapóźnienia i dzięki temu ma szansę stać się ministrem, który wybuduje najwięcej autostrad. Ale to będą odcinki liczone tylko w setki, a nie zapowiedziane tysiące kilometrów autostrad. A ostatnie pomruki ze strony jego rządowych pryncypałów sugerują, że może być odwołany za coś innego, np. zaniedbania na kolei. A jeśli nie za to, to za kłopoty z pocztą lub portami lotniczymi. Rodzi się więc kolejne pytanie - co Grabarczyk może robić poza rządem?

"Teoretycznie, gdyby w PO zaczęło dziać się coś złego: znaczący spadek sondaży albo wybuch wojny o schedę po Tusku, to być może Cezary by mógł wypłynąć" - duma jeden z partyjnych działaczy. W Platformie dość często snute są takie scenariusze, w których istotną rolę przewiduje się dla Grabarczyka. Na razie to jednak political fiction. "Teraz, gdy mamy 50 proc. poparcia? Nie ma szansy dla jakiegokolwiek lidera wewnętrznej opozycji" - ucina.