A jednak na coś liczyłem. Wierzyłem Platformie, kiedy obiecywała wprowadzenie podatku liniowego. Dziś pozostaje mi patrzeć z zazdrością na Słowaków, którzy umieli przyjąć liniowy. Ja nie wiem, kiedy się doczekam.

Wierzyłem też, że Platforma będzie chciała załatwić sprawę publicznych mediów. Zaufałem jej politykom, kiedy zapewniali, że pozbędą się kontroli nad mediami. Okazało się nie tylko, że mają inne zamiary (bo decydujący głos w spółkach Polskiego Radia czy Telewizji miał mieć minister skarbu), ale nawet swoich zamiarów nie są w stanie politycznie przeforsować. Nieudolność w sprawie mediów i brak politycznej skuteczności, która pozwalałaby odrzucać prezydenckie weto, to jedna z ważniejszych porażek tego rządu.

Inną porażką jest reforma służby zdrowia. I nawet nie chodzi o jej ostateczny, dalece niedoskonały kształt, ale o sam fakt, że wbrew zapowiedziom Platforma, biorąc władzę, wcale nie miała przygotowanych pomysłów. Słynne szuflady minister Kopacz, w których oczyma wyobraźni widziałem stosy analiz i projektów, okazały się puste. Wszystkie propozycje były przygotowywane na bieżąco i zmieniały się pod wpływem tej czy innej perswazji. Przekonaliśmy się, że gabinet cieni naprawdę zajmował się jedynie krytykowaniem, nie szykując się wcale do przejęcia władzy, tak jakby Donald Tusk do końca nie wierzył, że tym razem wybory wygra. Zmarnowaliśmy tylko czas.

Ale muszę przyznać ministrowi sportu Mirosławowi Drzewieckiemu, że w przygotowaniach do Euro 2012 nadganiamy dla odmiany czas stracony między kwietniem a październikiem 2007. Okazuje się, że można np. rozbierać Stadion Dziesięciolecia od świtu do nocy i ciężarówki z gruzem wcale nie paraliżują miasta. Jeśli to wielkie europejskie święto piłki nożnej stanie się naszym sukcesem i uda nam się zorganizować je z Ukrainą, spełni się wspaniały sen Jerzego Giedroycia o wciąganiu naszych wschodnich sąsiadów do Europy. Za dwa, trzy lata okaże się też, ile zyskaliśmy dzięki Euro nowych dróg i autostrad. Wtedy będziemy mogli ocenić, czy rząd Donalda Tuska zdołał przełamać polską budowlaną niemoc, protesty ekologów i hamulec w postaci nieszczęsnego programu Natura 2000.

Można się wreszcie cieszyć, że rząd PO - PSL konsekwentnie kończy reformę systemu emerytalnego, ograniczając przywileje poszczególnych grup zawodowych. Ale też wypada pamiętać, że ta reforma jest możliwa tylko dzięki rządowi Jerzego Buzka. Przez kolejne 10 lat żaden rząd jej nie dokończył, a w tym roku terminy nagliły i Platforma dokończyć ją musiała. I dobrze, że to robi, choć nie będzie to jej własny sukces.

Moje pokolenie dostawało w szkole oceny od 2 do 5, i gdybym w tej skali miał oceniać ten rząd, to zasłużyłby co najwyżej na 3+. Doceniam zmianę atmosfery rządzenia. Doceniam, że premier już nie krzyczy na obywateli. Doceniam, że nikt mi nie mówi, czy stoję tam, gdzie "Solidarność", czy tam, gdzie stało ZOMO, i że nikt już nie chce brać lekarzy w kamasze. Jednak choć klimat jest lepszy, to żenujące gierki trwają w najlepsze. Ktoś kogoś nazwie prostakiem, prezydenta chamem, a potem zabierze mu samolot i przepustkę na brukselski szczyt. Zasadnicza zmiana jest więc taka, że skończyły się złośliwości względem obywateli - względem politycznych konkurentów są za to coraz ostrzejsze. Bo politycy najbardziej dbają o swój PR raz na cztery lata. Dlatego marzy mi się, by Platforma wzięła byka za rogi i napisała ustawę o finansowaniu partii politycznych z jednego procentu, jaki każdy obywatel mógłby przeznaczyć ze swojego podatku (dobrowolnie, z górnym limitem - np. 1000 zł - by nie było podejrzeń, że kto bogaty, ten może sobie kupić partię). Może wtedy politycy staraliby się o nasze uznanie co rok, a nie tylko co wybory.

Na razie wydaje się, że kadencja rządu PO - PSL to jest kadencja czekania na koniec kadencji prezydenta. Zdaje się, że dopóki prezydenckie weto będzie de facto po stronie opozycji, Donald Tusk nie poważy się na naprawdę radykalne reformy. I to też rozczarowuje.