IWONA DUDZIK: Sztandarowy pomysł minister edukacji Katarzyny Hall, aby posłać do szkoły sześciolatki już od przyszłego roku, może być zawetowany przez prezydenta. Czy jest on faktycznie aż tak zły, że lepiej nie dopuścić, by wszedł w życie?
MIROSŁAW HANDKE*: Przede wszystkim prostuję: to nie pomysł minister Hall, bo o takiej potrzebie mówi się od lat. Pytanie brzmi: jak to zrobić? I czy sposób, który zaproponowała pani minister, jest właściwy.

A pana zdaniem jest?
Nie. Istotą tej zmiany jest to, żeby dzieci o rok wcześniej rozpoczynały naukę w szkole, a zarazem wcześniej zdawały maturę, czyli w wieku 18 lat, gdy osiągają pełnię praw obywatelskich. Nie można tych dwóch spraw rozdzielać. Tymczasem minister Hall mówi o sześciolatkach i nie wspomina, co dalej. I dlatego jest to jeden z powodów uznania projektu za niezbyt dobrze przygotowany.

Zatem weto będzie uzasadnione?
Weto to decyzja czysto polityczna, trudno mi ją komentować.

Ale czy merytorycznie są podstawy do odrzucenia ustawy?
Merytorycznie sprawa jest mocno nieprzygotowana. Mówię to jako dziadek dwojga siedmioletnich wnuków, które w tym roku poszły do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Widzę na ich przykładzie, jaki będzie problem z posyłaniem dzieci rok wcześniej. W tej chwili program pierwszej klasy nie jest skoordynowany z programem przedszkola. To, jak przygotowane jest dziecko, to czysty przypadek, zależy od tego, do jakiego przedszkola chodziło. Moje wnuki chodziły do bardzo dobrego przedszkola i zrealizowały tam sporą część programu pierwszej klasy. Teraz poszły do szkoły i się tam trochę nudzą. Mówią: dziadku, teraz mamy mniej pracy niż w przedszkolu. Gdyby do pierwszej klasy trafiły sześciolatki dobrze przygotowane, po dobrym przedszkolu, to nie byłoby większego problemu, ale takich przedszkoli jest wciąż niewiele.

Projekt pani minister nie do końca uwzględnia też mentalność dzieci sześcioletnich. W tym wieku doskonale uczą się one podczas zabawy. Trzeba więc naukę tak im zorganizować, aby nie tylko uczyły się poważnie w ławkach szkolnych.

Pani minister, rozpoczynając urzędowanie, mówiła, że chce dokończyć pana reformy. Widzi pan w jej działaniach odbicie swoich pomysłów?
Minister Hall w sensie ideowym kontynuuje reformę roku 1999. I nie można widzieć w jej działaniach tylko hasła: "sześciolatki do szkół", które niczego nie załatwia. Zbyt wiele bowiem jest niewiadomych: jak ten program będzie wyglądał dalej. System edukacji jest potwornie złożony i każda zmiana wywołuje skutki w wielu innych jego obszarach, reforma musi być spójna systemowo.

Ale jak pan patrzy dziś na to, co stało się z pana reformą, to bardziej chce się panu płakać czy śmiać?
Moje odczucia nie są tak jednoznaczne. Z wielką radością powitałem na stanowisku ministra edukacji panią Katarzynę Hall, z którą miałem przyjemność współpracować w czasach, kiedy byłem ministrem. Uradowałem się więc, gdy jako pierwsza powiedziała, że chce dokończyć moją reformę. Jednak przypuszczam, że polityka spowodowała, że się w swoich działaniach pogubiła. Powodem może być to, że nie jest członkiem PO i nie ma wystarczająco silnego poparcia politycznego dla swoich pomysłów. Byłoby smutno, gdyby z jej reformy zostało tylko hasło: "sześciolatki do szkół".

Z kolei reformie najbardziej zaszkodzili dwaj bardzo polityczni, by nie rzec partyjni, ministrowie: Krystyna Łybacka reprezentująca przede wszystkim interesy SLD oraz Roman Giertych, który przez edukację chciał wzmacniać LPR. Minister Łybacka na powrót scentralizowała system edukacji i podobnie jak minister Giertych z matury uczyniła problem polityczny. Obydwoje, by przypodobać się tysiącom dziewiętnastolatków i pozyskać ich głosy wyborcze, manipulowali przy nowej maturze.

Minister Hall idzie jednak w kierunku decentralizacji. Zapowiedziała likwidację kuratoriów, przekazanie ich zadań samorządom, większą autonomię dla dyrektorów szkół. To dobre zmiany?
Tak, ale potem to wszystko się rozsypało. Nie trzeba likwidować kuratoriów, wystarczyło część ich kompetencji przekazać organom prowadzącym szkoły (np. samorządom). Przekazywanie prowadzenia szkół publicznych innym podmiotom niż samorządy, np. stowarzyszeniom rodziców, należało tak zaprojektować, by nie istniała groźba komercjalizacji edukacji. Oświata musi pozostać jedną z najważniejszych misji, za którą odpowiada państwo.

Wiele z propozycji minister wzbudziło wielki opór ze strony nauczycieli, którzy w tej chwili są grupą najgłośniej protestującą. Głównie domagając się podwyżek płac i utrzymania dotychczasowych przywilejów.
Minister miała parę dobrych propozycji, m.in. inne określenie pensum, ale w końcu ze wszystkiego się wycofała. Niestety nie skorzystała z mojej rady stworzenia wzorem nauczycieli akademickich elastycznych płac i godzin pensum. Ustawowo określane byłyby minima pensum i tzw. widełki płac, a decyzje szczegółowe należałyby do organów prowadzących szkoły. Przypuszczam, że to bardzo nie spodobałoby się centralom związkowym.

A co pan sądzi o innym postulacie resortu, aby religia pojawiła się na maturze?
To także stary temat. Pamiętajmy, że tu nie chodzi o przedmiot obowiązkowy z tzw. kanonu, ale religia miałaby trafić na listę tzw. przedmiotów obieranych. Nie ma w tym nic złego, by była taka możliwość. Dzięki niej uczeń pragnący studiować teologię mógłby wybrać na maturze religię, tak jak uczeń idący na medycynę wybiera biologię.

*Mirosław Handke, profesor nauk chemicznych, minister edukacji narodowej w rządzie Jerzego Buzka, autor reformy szkolnictwa wprowadzonej za rządów AWS