Właśnie dowiedziałem się, że obaj wystarali się u premiera o specjalną emeryturę dla Ryszarda i Jerzego Kowalczyków. O braciach pisałem na tych łamach parokrotnie, prowadziłem nawet na ich temat burzliwą polemikę z wicemarszałkiem Niesiołowskim. W październiku 1971 roku Kowalczykowie w geście antykomunistycznego buntu wysadzili w powietrze aulę opolskiej WSP przygotowaną już na wielką fetą na cześć milicjantów i esbeków, którzy w grudniu 1970 roku pacyfikowali Szczecin. Dostali po ćwierć wieku więzienia, wyszli po kilkunastu latach, żyją zapomniani przez niemal wszystkich.

Jak się okazuje, nie do końca. Jak przyznał mi Andrzej Czuma, po mojej polemice z Niesiołowskim obaj posłowie, weterani antykomunistycznej opozycji, wystąpili o specjalną emeryturę dla Kowalczyków. Posłowie interweniowali też u Donalda Tuska osobiście. To dzięki jego decyzji bracia dostaną dodatek do swojej emerytury, ale nie mniej ważny jest wymiar symboliczny. Oto po raz pierwszy państwo polskie w jakiś sposób przyzna, że ich czyn nie był dziełem szaleńca - terrorysty, ale krzykiem rozpaczy przeciw jawnemu łajdactwu.

I właściwie o to chodziło - o gest. Bo przecież nie o obwożenie ich po szkołach jako bohaterów, nie o uniemożliwienie badań historyków z IPN (co sugerował mi jeden z czytelników), nie o bezwarunkową kanonizację. Przeszłość należy badać bezwarunkowo, prześwietlać i poznawać. Chodziło tylko o gest, na który nie potrafił zdobyć się żaden z poprzednich premierów tak obficie szermujących patriotycznymi hasłami, gest, o którym nie pomyślał żaden z prezydentów.

Tym większe uznanie dla Stefana Niesiołowskiego i Andrzeja Czumy.