Największym rozczarowaniem jest to, z czym Platforma do władzy przyszła. Młotkując rządzący PiS przez poprzednie dwa lata, sprawiała wrażenie ekipy, która aż buzuje pomysłami, a projekty ustaw wylewają się z jej szuflad. Tymczasem wygląda na to, że przez miniony rok oni dopiero się uczyli, jak funkcjonuje państwo i co mogą w nim zrobić. Może więc wypada się cieszyć, że już po roku działania mniej więcej wiedzą, w którym kierunku podążać? Mieli dużo czasu na nabranie impetu, więc nie tracę nadziei, że w kolejnych latach pokażą, na co ich stać. Gabinet Tuska dziś już wie, co chce zrobić z budownictwem, co ze służbą zdrowia, co z edukacją. Pozostaje czekać na efekty.

Tylko że każde realne działanie i każda reformatorska decyzja oznaczają obrażenie się tej czy innej grupy społecznej - co najlepiej widać po reakcji na ustawę o emeryturach pomostowych. W Platformie zaostrzy się więc wojna dwóch sztabów, którym symbolicznie zdają się przewodzić Michał Boni i Sławomir Nowak. Pierwszy chce za wszelką cenę wykorzystać ten czas na zmiany. Drugi chce za wszelką cenę dojechać do następnych wyborów z wysokim poparciem i zapewnić Donaldowi Tuskowi prezydenturę - o ile ten w ogóle będzie kandydował. Bo sądząc po jego determinacji w ograniczaniu kompetencji głowy państwa, można wnioskować, że prezydentura nie jest już jego marzeniem. Być może przekonał się, że prawdziwą władzę ma premier, i chciałby nim być jak najdłużej.

Pytanie, czy z pożytkiem dla Polski. Nie jestem od chwalenia rządu, ale też nie ma go za co specjalnie chwalić. Na długo zapamiętamy za to poważną wizerunkową wpadkę z odmówieniem prezydentowi samolotu, która dowiodła, że w Polsce rozmowa o konstytucyjnych kompetencjach przerodziła się w sypanie piaskiem po oczach kolegi z piaskownicy. Merytorycznie z kolei najbardziej rozzłościła nieudolność w zapowiadanej szumnie reformie mediów publicznych. Okazało się, że Platforma nie tylko miała zły pomysł, ale też nie umiała go przeforsować. Dziś pomysły już się chyba skończyły, a Polskie Radio - skarb państwa - postawiono na granicy funkcjonowania.

Rozczarowujący od samego początku był też jałowy antykaczyzm z pastwieniem się nad jakimś martwym laptopem. Nawet Julia Pitera nie znalazła dowodów na zbrodnie PiS. A jednak antykaczyzm kwitnie i każdy pomysł jest z definicji zły, jeżeli tylko zrodził się w umysłach poprzedników. Z tego powodu np. wyrzucono do kosza politykę absorpcji funduszy europejskich przygotowaną przez Grażynę Gęsicką i rozpoczęto zabawę od nowa, tracąc tylko czas.

Na koniec jednak pochwała dla niektórych ministrów za ich pracę organiczną. Za sieć boisk "orlik", z których wszyscy się śmiali, a które naprawdę powstają. I za podwyżki dla nauczycieli, o których wszyscy wiedzieli, że muszą być, ale nikt dotąd nie chciał ich dać.