Rozmawiał z Chodorkowskim, który przebywa w kolonii karnej na Syberii kilka tysięcy kilometrów od Moskwy, za pośrednictwem adwokatów, przekazując im na piśmie swoje pytania. Tą samą drogą dostawał odpowiedzi. Trwało to w sumie kilka miesięcy.

Chodorkowski nie zawsze był wrogiem Kremla. Rozpoczął swoją karierę jeszcze pod koniec lat 80., zarabiając pierwsze pieniądze na drobnym biznesie. W czasach Borysa Jelcyna wziął udział w kontrowersyjnej prywatyzacji państwowego majątku. Jego bank Menatep powiązany z władzami przejął za jedyne 350 mln dolarów państwowy koncern naftowy Jukos. Chodorkowski został wprawdzie oligarchą, ale uczynił z Jukosu nie tylko potęgę, ale również firmę, która uchodziła za najnowocześniej zarządzaną w Rosji. Jednak gdy zaczął angażować się w projekty demokratyzacji kraju i zapowiedział, że w 2008 r. odejdzie z biznesu i zajmie się polityką, Kreml potraktował to jako zagrożenie. Pięć lat temu właściciela 8-miliardowej fortuny aresztowano, a trzy lata temu skazano za nadużycia finansowe na osiem lat kolonii karnej w Krasnokamieńsku.

Poniżej fragmenty wywiadu Akunina z Chodorkowskim w nieco skróconej wersji. Ironią losu jest to, że w niezwykle szczerej rozmowie były szef Jukosu powiedział, iż jakkolwiek w przeszłości za udzielanie wywiadów w prasie trafiał do izolatki, to optymistycznie liczy, że tym razem tak się nie stanie. W kilka dni po tym, jak wywiad się ukazał, znowu trafił do izolatki.

Grigorij Czchartiszwili (Borys Akunin): Wszystkich nadal interesuje prawdziwy powód osobistej wojny Putina przeciwko panu. Zdarzało mi się wysłuchiwać przeróżnych wersji. Przy czym nikt nie brał na serio wersji oficjalnej, że Jukos jakoby zagarniał cudzą własność, unikał płacenia podatków i za to ich, złodziei, wsadzono. Po pierwsze sam Jukos został zagarnięty na oczach wszystkich, bez odrobiny wstydu. Po drugie słyszało się, że Jukos płacił podatki znacznie wyższe niż dziś Rosnieft, który go połknął, chociaż ropa podrożała od tego czasu cztery razy. "Nie za to wsadzono Chodorkowskiego" - twierdzili wszyscy. Podam kilka wersji, a pan powie, która jest najbardziej prawdopodobna.

Wersja I, najbliższa oficjalnej, brzmi mniej więcej tak: wszyscy oligarchowie lat 90. dorobili się nieprawnie. Dostali od państwa dostęp do zasobów naturalnym i dlatego powinni byli przestrzegać pewnych norm wobec władzy. Chodorkowski zaś, gdy już zgromadził miliardy, złamał normy i zachowywał się jak niezależna siła społeczno-polityczna. Gdyby inni miliarderzy poszli w jego ślady, Rosja znalazłaby się w chaosie. Tak, Putin posłużył się wobec Chodorkowskiego metodami nieprawnymi, ale inaczej się nie dało. Oligarchów trzeba było nastraszyć i pouczyć.

Wersję drugą, romantyczna, słyszałem od pewnej Dobrze Poinformowanej Damy. Na spotkaniu Putina z oligarchami jako jedyny pojawił się pan ponoć bez krawata, w golfie. Putin, bardzo wrażliwy na oznaki szacunku wobec siebie, miał powiedzieć: "Dla Busha pewnie by krawat założył". I od tamtej pory chował śmiertelny uraz. "A w ogóle on nie znosi wysokich mężczyzn".

Wersję trzecią przedstawił mi pewien Wysoki Urzędnik Państwowy. Organy zameldowały prezydentowi, że Chodorkowski planuje zainwestować miliardy w "pomarańczowy" scenariusz. Dla zachowania spokoju społecznego Putin podjął trudną, ale jedynie słuszną decyzję.

Wersja czwarta jest moja. Wyobrażam sobie czterdziestolatka, który kiedyś wyznaczył sobie ambitny cel zostania największym przedsiębiorcą nowej gospodarki rosyjskiej, a później uświadomił sobie, że nie w pieniądzach szczęście. Jestem bogaty, ale co dalej? Sił mam jeszcze dużo, przede mną pół życia, zrobię więc coś prawdziwego, na wielką skalę, np. pomogę Rosji stać się nareszcie krajem cywilizowanym, konkurencyjnym. I to dążenie mocno kogoś zaniepokoiło. Która z tych wersji jest najbliższa prawdy?

Michaił Chodorkowski: Prawdopodobnie na początku władza chciała mieć po prostu haki na wpływowe grupy biznesowe, ale później pojawiły się plany radykalniejsze. Muszę przyznać, że z prezydentem odbyła się rozmowa o regułach gry. Podczas tego spotkania (w roku 2000) Putin powiedział, że oczekuje, że największe firmy nie będą wykorzystywane w grze politycznej. Odparliśmy wszyscy, ja też, że popieramy ten pogląd. Biznes powinien być poza polityką, bo zależy od niego zapewnienie społeczeństwu najważniejszych usług i towarów. To zobowiązanie Jukos wypełniał do końca, chociaż Prokuratura Generalna robiła wszystko, żeby uniemożliwić dostawę surowców (łącznie z zajęciem mienia firmy i kont bankowych).

Nigdy zaś nie było mowy o tym, że przedsiębiorcy nie mogą brać udziału w polityce osobiście lub przez lobbing. Właściwie do roku 2003 administracja prezydenta i rząd wiedzieli od nas samych, komu pomagamy i jakie sprawy lobbujemy. Wszystko się zmieniło w 2003 roku. Można przypuszczać, dlaczego - z powodu zbliżających się wyborów lub wskutek strategii informacyjnej, jaką wobec prezydenta realizowała bliska mu frakcja siłowa. Albo po prostu dlatego, że skończył się kiplingowski "rozejm wodny". Tak czy owak kurs zmienił się gwałtownie, bez zapowiedzi.

Przyznam szczerze, że w tamtym czasie i moje poglądy uległy pewnej zmianie, składały się na to różne rzeczy w latach 2001 - 2002. Przede wszystkim logika rozwoju biznesu międzynarodowego wymagała ujawnienia inwestorom wszystkich tajnych informacji finansowych, maksymalnej przewidywalności biznesu, czyli ustawowego utrwalenia najważniejszych aspektów działalności firmy. Tak więc nowoczesny biznes wymagał nowoczesnego porządku społecznego i zaczęliśmy to stopniowo osiągać. Nie w ogóle, tylko w naszej konkretnej branży.

Udało nam się dopisać do ustawy o transporcie rurociągami paragraf o tzw. równym dostępie do rury - kwoty, które co kwartał "twórczo" ustalali urzędnicy, teraz regulowała ustawa. Udało się nam też przeprowadzić ustawę o opłatach celnych - to było kolejne "wielkie koryto". Do ustaw trafiło jeszcze kilka podobnych poprawek antykorupcyjnych. Wszystkie te poprawki zostały przeprowadzone nie kuluarowo, ale w otwartych debatach parlamentarnych. Podczas otwartej narady u premiera Kasjanowa prosiłem czterech ministrów, żeby szczegółowo wyjaśnili, jaki mają interes w zachowaniu dawnego porządku. Publicznie odmówili, ich sprzeciwy odrzucono. A więc była to prawdziwa bitwa. Oczywiście metody w porównaniu z dzisiejszymi były jeszcze "wegetariańskie", ale niezadowolonych nie brakowało.

Jednak na miejsce jednych skorumpowanych urzędników natychmiast pchali się kolejni. Zrozumiałem, że bez wsparcia politycznego z samej góry nic się nie da zrobić. Zdecydowaliśmy kwestię korupcji poruszyć u prezydenta. (...) Spotkanie było dość burzliwe. To było 19 lutego 2003 roku. Mówiłem wtedy o gigantycznym rynku korupcyjnym w kraju - 30 mld dolarów, czyli 10 proc. produktu krajowego brutto. (Nawiasem mówiąc, w początku 2008 roku zastępca prokuratora generalnego mówi już o 240 mld dolarów - czyli 20 proc. produktu krajowego). Krótko potem, w marcu, przyszedł atak. I od razu pasowało im wszystko. Na przykład wielkie przedsiębiorstwa zawsze pomagały w kampaniach wyborczych kandydatom ze swoich regionów, partiom (i zgodnie z wytycznymi, i według własnego uznania). Zdecydowałem, to był skutek otwierania polityki informacyjnej w firmie, że kończymy z nieformalnym wsparciem i zaczynamy wspierać otwarcie konkretnych ludzi. Wspierałem więc SPS i Jabłoko nie po cichu, ale oficjalnie i nie pieniędzmi firmy, ale swoimi własnymi, płacąc wcześniej należne podatki. Jednocześnie niektórzy moi koledzy też otwarcie wspierali inne partie, które były im politycznie bliskie. To cywilizowana praktyka i początkowo wielu urzędników uznało ją za słuszną. Jednak po lutym 2003 roku pojawiła się inna interpretacja - "przygotowanie do przejęcia władzy".

Borys Akunin: Kto ją sformułował? Konkretnie? Jasne, że to się nie mogło udać bez przyzwolenia Putina, ale kto był inicjatorem? Jaki tam u nich pod stołem był rozkład sił?

Michaił Chodorkowski: Na Kremlu była dość duża grupa ludzi, którzy uważali śledztwo przeciwko Jukosowi za błąd. Próbowali coś robić, ale nie znaleźli zrozumienia. W końcu lata sytuacja była już bardzo napięta. Rozumiałem, że na Kremlu dochodzi do ostrej walki o wpływy na czas drugiej kadencji prezydentury Putina między frakcjami nie urojonymi, ale istniejącymi w rzeczywistości. Skład tych grup nieustannie się zmienia, można je tylko umownie nazywać siłową i liberalną, ale ich poglądy na kierunek rozwoju kraju bardzo się różnią. Celem jednych umownie nazywanych liberałami jest zbudowanie względnie demokratycznego, otwartego społeczeństwa. Nazwałbym ich może "zwolennikami gry według reguł", chociaż i ta definicja nie będzie zbyt dokładna. Oczywiście przy władzy widzą siebie, ale są gotowi walczyć o nią metodami politycznymi. To ludzie sukcesu, dlatego są gotowi konkurować. Pieniądze bywają dla nich środkiem, ale nigdy celem służby państwowej, bo są przekonani, skądinąd słusznie, że i tak zawsze łatwo zarobią więcej, niż im potrzeba.

Druga frakcja - "siłowiki", mówiąc ściślej - "zwolennicy walki bez reguł". Takich rzeczywiście jest wielu w resortach siłowych, ale wcale nie większość. Zresztą także w środowiskach "niesiłowych" jest ich wielu. To ludzie, którzy czują się niepewnie, niepewność kompensują siłą. Właśnie dlatego, że nie czują się pewnie, władza, a jeszcze bardziej pieniądze, to dla nich fetysz. Niewiara we własne możliwości powoduje, że uciekają się do rozwiązań niedemokratycznych, siłowych w walce politycznej i w biznesie. Niewiara we własne siły, niewiara we własne społeczeństwo, skutkuje też chęcią "izolowania się" od świata zewnętrznego, niedopuszczaniem ludzi do swobodnego wyrażania woli itd.

Wszystko to było jasne już w 2002 roku, na lutowym spotkaniu u prezydenta ostatecznie to sobie uświadomiłem. Latem nie było jeszcze oczywiste, że przegramy, ale było jasne, że zbliża się kryzys i że nasi oponenci nie mają zahamowań. (...)

Borys Akunin: Był pewnie taki moment, kiedy zrozumiał pan, że władza nie zawaha się przed aresztowaniem. Sugerowano panu, żeby brał pan nogi za pas? Dlaczego pan nie wyjechał?

Michaił Chodorkowski: Mogłem wyjechać, ale po aresztowaniu Płatona uznałem, że to byłaby zdrada. W końcu lata pojechałem pożegnać się na wszelki wypadek z kolegami, którzy byli już za granicą, i wróciłem do Rosji.

Borys Akunin: Były takie chwile, kiedy pan żałował, że nie wyjechał?

Michaił Chodorkowski: To jak schizofrenia. Połowa mnie żałowała już wtedy, kiedy wyjeżdżałem, że będę musiał wrócić, i żałuje tego każdego dnia spędzonego z dala od rodziny, od domu. A druga połowa ma poczucie obowiązku, myśli w kategoriach przyzwoitości i zdrady, i nie daje spokoju. Może mam niemądre kryteria. Może trzeba być bardziej elastycznym. Pewnie i tak. Ale mam już 45 lat i one jakoś już się uformowały. Postąpić wbrew sobie pewnie bym i mógł, ale jak potem żyć - nie wiem. Tak więc są dwie szczere odpowiedzi. Tak, żałuję codziennie. Nie, nie żałuję, bo gdybym wyjechał, nie mógłbym żyć.

Borys Akunin: Tak więc z kolegami za granicą pan się pożegnał. A z rodziną? Wkraczam na teren, na który obcy nie mają wstępu, ale to jest pytanie, któremu poświęciłem połowę moich książek. Prawdziwy mężczyzna odpowiada za dwie sfery: wielki świat (sprawa, którą podejmuje; idee lub wiara, którym służy; społeczeństwo, kraj, sztuka - cokolwiek) i mały świat (rodzina, bliscy). Najdramatyczniejszy konflikt, jaki może się pojawić, to konieczność dokonania wyboru między pierwszym a drugim. Nie można zdradzić wielkiego świata, bo wtedy, jak sam pan powiedział, nie da się żyć. Ale przecież wtedy składa się w ofierze mały świat, bez którego życie traci jakąkolwiek radość. To cios w ludzi, którzy są dla nas ważniejsi niż reszta świata. Pewien mój znajomy powiedział kiedyś a propos pana: "Lepiej, żeby dzieci były dumne z ojca, którego nie ma, niż wstydziły się tego, który jest". Niby słuszne, ale przerażające. I przede wszystkim, skąd brać siły, żeby zdecydować?

Michaił Chodorkowski:Jesteśmy z żoną razem ponad 20 lat i wiele razem przeszliśmy. Nie wiem, ile razy w duchu żegnała się ze mną, ale przynajmniej dwukrotnie - w czasie wydarzeń 1991 i 1993 roku (Podczas tzw. puczu moskiewskiego w 1991 roku, gdy grupa twardogłowych działaczy KPZR próbowała obalić Michaiła Gorbaczowa. Interwencja wojskowa wisiała wówczas na włosku, jednak wobec oporu społeczeństwa kierowanego przez prezydenta Rosji Borysa Jelcyna pucz załamał się. W 1993 r. konflikt Borysa Jelcyna z parlamentem zakończył się atakiem wojska i ostrzelaniem z czołgów budynku parlamentu. Ostatecznie puczyści poddali się, ale we wszystkich starciach zginęło oficjalnie 156 osób - red.). Kiedy wychodziłem, żeby bronić swojego wielkiego świata, tak jak go rozumiałem, zostawiałem jej strzelbę i naboje, żeby mogła bronić naszego małego świata. Mówię dosłownie, nie w przenośni. Wiem, że strzelałaby do końca. Chociaż dzisiaj trudno to sobie wyobrazić. A może i nietrudno… Prosiłem żonę: "Może wyjedź, żeby nie kusić losu? Przecież były już rewizje u sąsiadów, przychodzili do Nastii do szkoły". Powiedziała "nie". A rodzice? Dla nich honor zawsze był droższy od życia. Swojego z pewnością, a możliwe, że i mojego. Więc tu wątpliwości nie było.

Wielu moich kolegów zdecydowało się na wyjazd i słusznie - po co mnożyć zakładników? Po podróży do Izraela, USA i Wielkiej Brytanii wróciłem do Rosji. Teraz niektórzy mówią, że liczyłem na jakieś gwarancje. Nie. Wszyscy moi znajomi i przyjaciele proponowali, żebym został, dostał obywatelstwo amerykańskie, ale ze zrozumieniem przyjęli moją decyzję o powrocie. Myślę, że gdybym został, pomogliby mi w załatwianiu wszystkich spraw, ale obawiam się, że przestaliby mnie szanować.

Mam nadzieję, że i moje dzieci, które dobrze wiedzą od przedszkola, że "tata jest w więzieniu", jak dorosną, będą rozumiały, dlaczego nie można było inaczej. Żona obiecuje, że będzie umiała im to wyjaśnić.

W październiku 2003 roku stało się jasne, że przegraliśmy tę rundę. Nie doceniliśmy oczywiście rozmiarów i metod zemsty przeciwników. Nikt nie przypuszczał, że firma zostanie zniszczona, że system sądowniczy zostanie całkowicie zduszony, zdławione niezależne media. Wszystko to było dość trudne do wyobrażenia. Ale to, że sam trafię do więzienia, że odbiorą mi firmę, to już wtedy rozumiałem.

Wtedy, skoro decyzja o pozostaniu już zapadła, zdecydowałem się pierwszy raz w życiu na wyjazdy po kraju z wykładami, które wcześniej wielokrotnie dawałem na spotkaniach Otwartej Rosji. To wykłady o demokracji. Zdążyłem objechać siedem lub osiem regionów po pięć, sześć wykładów w każdym. Zachęcałem do głosowania na SPS i Jabłoko. Większość spotkań odbywała się przed liczną, studencką publicznością po 500 - 700 osób. Może będzie się pan dziwił, ale to był sukces. I co najciekawsze zaproszono mnie także do jednego z garnizonów wojskowych, mieli tam uczelnię. Myślałem, że mnie wywiozą na taczkach. Ale nie, spotkanie trwało ze trzy godziny, zadawano pytania. Przyjęcie było dobre. Możliwe, że właśnie mityng na uczelni wojskowej przeważył szalę. Od razu po tym spotkaniu do biura przyszło wezwanie na przesłuchanie. Potem było forum obrońców praw człowieka i lot do Irkucka na kolejne spotkania. Lot, z którego konwojowano mnie już samolotem specjalnym FSB. Nie lubię dramatyzować sytuacji. Oczywiście żona i rodzice oglądali telewizję, ale nie rozważaliśmy, co może się stać. Nie było sensu. Wszyscy wszystko rozumieli i robili, co do nich należało. To był kolejny wyjazd, z którego mogłem nie wrócić. I dotychczas nie wróciłem.

Najbliżsi rozumieli, że będzie ciężko, ale rzeczywistość okazała się jeszcze trudniejsza. Codzienne opluwanie we wszystkich programach. Zerwane kontakty z przyjaciółmi. Pierwsze spotkanie zza krat…

Tak naprawdę cały 2004 rok modliłem się tylko, żeby wytrzymali. Gdyby jeszcze coś pękło w rodzinie, byłoby całkiem źle. Aż do uwięzienia, do samego końca nie rozumiałem, teraz rozumiem. Gdyby z najbliższymi coś się stało, pewnie narobiłbym głupstw. Ale nie dali się złamać. Może dzięki wielkiej pomocy dobrych ludzi, dzięki atmosferze, jaką w szkole i w przedszkolu otoczono moje dzieci, dzięki listom, dzięki nieznajomym ludziom na ulicy. Jednak kocham mój kraj, moją Moskwę. Z jednej strony olbrzymie, zobojętniałe mrowisko, a ile w nim serdeczności. Wie pan, zawsze w głębi duszy byłem dobrego zdania o ludziach, a oni okazali się jeszcze lepsi, niż sądziłem.

A rodzina… Oczywiście, że wszystko się skomplikowało, ale jestem bardzo szczęśliwy, że ich mam. Pamięta pan piosenkę: "Mnie było dowolno, szto ot gwoździa ostałsja maleńkij sled". Właśnie tak - mam taki ślad po gwoździu. Najbliżsi są zawsze ze mną.

Ponad 20 lat temu rozstałem się z pierwszą żoną. Syn jest już duży, skończył uniwersytet, pracuje. I on, i ona, i jej mama piszą przez wszystkie te lata, wspierają mnie i moich rodziców. Mam mimo wszystko szczęście do dobrych ludzi.

Borys Akunin: W grudniu 2004 roku pisał pan: "Zrozumiałem już, że bogactwo, własność, szczególnie wielka własność nie daje człowiekowi wolności. Jako współwłaściciel Jukosu musiałem tracić wiele sił na ochronę tej własności. Trzeba było ograniczać samego siebie we wszystkim, co mogło tej własności zaszkodzić. Nagle zmienił się mój status. Zostałem zwykłym człowiekiem (z finansowego punktu widzenia przedstawicielem zamożnej klasy średniej), dla którego najważniejsze jest nie posiadanie, a bycie. Walka nie o posiadanie, a o samego siebie, o prawo do bycia sobą". Słucham pańskich odpowiedzi i zaczynam mieć wrażenie, że siedząc w więzieniu, czuje się pan człowiekiem o wiele wolniejszym niż "niewolnicy" Kremla i naszego Białego Domu, którzy mają związane ręce, wszystkiego się boją, ukrywają przed opinią publiczną swoje dochody. Jest pan niezwykłym człowiekiem: najpierw zarabiał pan najwięcej ze wszystkich, potem stracił najwięcej ze wszystkich i chyba pan tego nie żałuje. Czy rzeczywiście tak jest?

Michaił Chodorkowski: Już w dzieciństwie chciałem zostać dyrektorem fabryki. Nie kosmonautą, żołnierzem, a dyrektorem. I to marzenie szło za mną przez całą szkołę, studia, z nim wszedłem w dorosły świat. Nie minęło wiele czasu i marzenie się ziściło. Młodzieżowe centrum naukowo-techniczne, bank, krótka praca w rządzie, później - prywatyzacja. Prywatyzacja oznaczała dla mnie nie pieniądze, a możliwość spełnienia marzeń. Dziecięcych marzeń. Awisma, Apatyt, no i Jukos. Gigantyczne przedsiębiorstwo, do spotkania z którym szykowałem się przez całe wcześniejsze życie. Ono potrzebowało całego mojego wykształcenia, całego doświadczenia, jakie zdobyłem. Pracowałem jak szaleniec, po 14 godzin, nie wracałem z delegacji, objeżdżałem załogi na wielkim terytorium setek tysięcy kilometrów. Pieniądze… czym są pieniądze? Kiedy pracowałem w banku w 1993 roku, miałem ich więcej niż w 1999 w Jukosie, a już z pewnością znacznie więcej, niż potrzebowałem. Nie wyobraża pan sobie, co to za radość, kiedy marzenie ożywa, kiedy projekt z papieru przechodzi w rzeczywistość, w tysiące maszyn, w ogromny sprzęt...

A potem przychodzi zmęczenie i zaczyna się odczuwać cały ciężar odpowiedzialności - za czyjeś nadzieje, za setki tysięcy losów, za nieuchronne nieszczęścia, których nie można było uniknąć. I zaczynasz rozumieć: to już nie ty realizujesz swoje marzenia, ale zrealizowane marzenia chwytają twoje życie w swoje ręce. Mówisz to, co powinieneś, twój czas jest rozplanowany na całe miesiące i lata, spotykasz się tylko z tymi, którzy są potrzebni "zrealizowanym marzeniom". Rozglądasz się wokół i widzisz: marzenia sobie, a życie sobie. To, co wydawało się ważne, nie tylko jest po prostu nieważne, ale jeszcze przeszkadza sprawom znacznie ważniejszym, którymi mógłbyś, co tam mógłbyś - powinieneś był się zająć!

Po raz pierwszy trzepnęło mnie po krachu, kiedy zrozumiałem, że buduję na piasku. Najważniejsze to nie żelazo, ale ludzie, i to nie nasz wielotysięczny zespół, ale cały kraj. Ale wtedy nie było specjalnie czasu na myślenie, trzeba było ratować sytuację, walczyć o utrzymanie firmy. Wie pan, wtedy bardzo mi pomogli koledzy. Niech pan sobie wyobrazi: kursy lecą w dół, rubel traci na wartości, są kłopoty ze zbytem, bo są nowe ceny na benzynę, nikt jeszcze nie płaci. Co robić?

Wystąpiłem przed przedstawicielami związków zawodowych (kilkuset ludzi) i proszę o przegłosowanie obniżenia pensji. I ludzie głosują, jadą do swoich załóg przekonywać, że tak trzeba. Ja też jadę - do pracujących na zmiany, tam gdzie jak sądzę, może być najtrudniej. A robotnicy się zgadzają. Oni to rozumieją! Może to była ta kropla, która pomogła firmie przeżyć. A potem w 2000 roku, kiedy wszystko się uspokoiło, dręczące myśli znowu wróciły. Tak zaczęła się Otwarta Rosja - organizacja, stworzona po to, żeby pomagać wszystkim tym, którzy potrzebują pomocy.

W 2002 roku zapowiedziałem na radzie dyrektorów, że do roku 2008 odejdę z kompanii. Wcześniej może być trudno, ale dłużej nie będę niewolnikiem zrealizowanego marzenia. Pieniądze, status - wszystko to jest ważne, kiedy to, co

się robi, daje poczucie sensu. Kiedy nie daje - pojawia się uczucie braku wolności. Ale w wyrwaniu się na wolność przeszkadza siła przyzwyczajenia. I tak pozostaje się niewolnikiem rzeczy, systemu, statusu, pieniędzy. Jestem pewien, że trzeba wtedy rzucić wszystko i iść dalej - to jedyny słuszny krok.

Kiedy mieliśmy z żoną poczucie, że pogrążamy się w rzeczach, po prostu braliśmy to, co najpotrzebniejsze, i przeprowadzaliśmy się. Nie mieliśmy własnego mieszkania, stałego domu, ale byliśmy niezależni i szczęśliwi. I mam nadzieję, że dzieci udało nam się wychować tak samo. Wierzę, że to, co najważniejsze i najpotrzebniejsze, kryje się w ludzkiej duszy.

Pięć lat więzienia to także nieustanne przeprowadzki, liczne ograniczenia. Niewiele da się z sobą wziąć. Żal zostawiać książki, których trochę się nazbierało, tracić zapiski. Ale tak naprawdę one są ze mną, w głowie. Reszta to głupstwo. W tym sensie więzienie czyni człowieka wolnym.

p

Wywiad ukazał się w październikowym wydaniu "Esquire Russia". Tłumaczenie: Anna Mirkes Radziwon