Paweł Śpiewak, rozmawiając niedawno z Michałem Karnowskim, podkreślał potrzebę wysiłku intelektualnego, a równocześnie wytykał paraliżujące taktyczno-psychologiczne uplątanie naszych polityków. Jeżeli się z tej plątaniny nie wyrwiemy, zmarnujemy szansę energicznego wyjścia z gospodarczego tąpnięcia i będziemy się głębiej zagrzebywać w rodzimy grajdoł.

Globalny kryzys finansowy zbiegł się w czasie z lokalnym, wschodnio-europejskim kryzysem polityczno-militarnym. Wywołuje go jawna dążność Rosji, by podporządkować sobie "bliską zagranicę". Trzeci kryzys, wewnętrzny paraliż państwa ukraińskiego, uwydatnia zawartą w rosyjskich ambicjach groźbę. Warto zauważyć, że swoją wojowniczą postawę Moskwa uzasadnia amerykańskimi prowokacjami: USA wydatnie zbroiły Gruzję i nakłoniły Czechy i Polskę do przyjęcia baz radarowych i rakietowych. A ponieważ również światowa panika kredytowa ma swoje źródło w Stanach Zjednoczonych, propagandowe zadanie władz moskiewskich wobec ludności Rosji, Ukrainy i Białorusi jest ułatwione.

Kryzys pieniężny ma dwa odnowicielskie aspekty: wstrząsa istniejącymi strukturami, poddając je ostrej próbie - a jednocześnie konfrontuje z faktami ukrytymi przedtem w mgle wieloznacznych statystyk i optymistycznych teorii o "niewidzialnych rękach rynków". Przed nagimi faktami postawiła też świat Rosja: jej czołgi szybko i bez trudu odepchnęły od granic niezbyt skądinąd skorą do walki armię gruzińską. A już całkiem ostatnio przypomniano Polsce i Europie oczywistość chętnie omijaną: wewnątrz obszaru UE leży najeżona wojskiem rosyjskiej enklawa kaliningradzka, a nasza północna granica jest zupełnie bezbronna. Rakieta Iskander doleci do Warszawy, zanim jeszcze wystrzelony z Iranu i tropiony przez radar pocisk zdąży przebyć jedną czwartą drogi do celu.

Zastanawia mnie skądinąd, dlaczego prezydent RP, który tak podkreślał, że na szczycie UE 7 grudnia będzie mowa tylko o sprawach finansowych, uparł się (wywołując irytację przewodniczącego) mówić tam o Gruzji, gdzie zaangażować się możemy co najwyżej werbalnie, a nie wspomniał rosyjskiej groźbie wobec własnego państwa. Szybciej i ostrzej zareagowały Francja i Niemcy!

Wróćmy do potrójnego kryzysu. Jest całkiem jasne, że sama Polska nie jest w stanie sprostać żadnemu zawartemu w nim wyzwaniu. Gospodarkę mamy na szczęście zdrową i - przede wszystkim dzięki zapewnionym na parę lat olbrzymim wpływom pomocowym z Unii Europejskiej. Nie grozi nam zapaść, a tylko spowolnienie rozwoju. Jednakże już gwałtowne skoki wartości złotówki oraz fakt znacznego odpływu wystraszonych kapitałów zagranicznych sprawiają, że owo spowolnienie może się okazać bardzo bolesne i długotrwałe, a przez to niszczące w skutkach. Niezbędna jest więc współpraca międzynarodowa. To samo dotyczy rosyjskiego zagrożenia, zarówno politycznego, jak i militarnego; sami jesteśmy wobec niego bezsilni i żadne wykrzykniki tego nie zmienią.

Przed władzami RP staje więc perspektywa podjęcia decyzji w dwu obszarach: gospodarczym oraz politycznym (plus ewentualnie wojskowym). Uważam za pewne, że najlepszym sposobem budowy zaufania do naszej gospodarki i zapewnienia jej solidnych podstaw do dalszego rozwoju jest wejście do strefy euro. Położenie geopolityczne Polski, poziom rozwoju ekonomiczno-cywilizacyjnego, rozmiar państwa (dość duże, by kusić możliwością wielkich spekulacji) oraz trwałe powiązania handlowe nie pozostawiają nam innej sensownej możliwości manewru. Dodam, że w moim najgłębszym przekonaniu właśnie włączenie się do Eurolandu jest najpewniejszym, bo opartym nie na traktatach, ale na materialnej rzeczywistości zabezpieczeniem naszego państwa: jakiekolwiek jego zagrożenie stanie się namacalnie zagrożeniem całego obszaru.

Premier Tusk miał zapewne 10 września moment proroczej wizji, kiedy zaskoczył wszystkich ogłoszeniem terminu wejścia Polski do strefy euro; z tą decyzją moim zdaniem już za długo zwlekano, a narastający kryzys i tak byłby ją wymusił. Decyzja ma charakter polityczny. O tym, że taka właśnie, a nie inne zapaść musiała, przesądzał podpisany przez Polskę przed pięciu laty traktat akcesyjny. Szczegółowe warunki i terminy - to sprawa techniczna; ale jednoznaczne ogłoszenie intencji stwarza określoną dynamikę i co najważniejsze, powoduje oczekiwania i buduje zaufanie do naszej gospodarki. A to, co się dziś dzieje na rynkach światowych, jest bolesną lekcją poglądową na temat skutków braku zaufania.

Tyle rzeczywistość. Ale - codziennie widzimy - polska scena polityczna to teatr, miejsce propagandowych popisów. Nie widzę żadnego merytorycznego powodu, dla którego opozycja, PiS przede wszystkim, miałaby z wejścia do strefy euro czynić przedmiot sporu. Referendum na temat tak fachowy jak data spełniania kryteriów walutowych i budżetowych jest propozycją z kabaretu. Potrzebne jest nie referendum, a szeroka ekspertyza. Obowiązkiem polityków, od prezydenta poczynając, jest maksymalne odpartyjnienie fachowej debaty, a Sejm istnieje po to, by jej wnioski przyjąć lub skorygować. Znamienne, że argumentacja referendalna PiS nie odnosi się wcale do daty, ale do samej treści decyzji: słyszymy o "utracie części suwerenności" (czyżby np. Francuzi i Hiszpanie mniej cenili własną?) albo o spadku wartości emerytur (?), albo o nieuchronnym wzroście cen "zwłaszcza dla gorzej sytuowanych" (czyżby mieli osobne sklepy?). Argumentujący zapominają, że konkurencja wolnorynkowa jest najlepszym sposobem na obniżanie cen. Warto może wziąć przykład ze sceptycznych Francuzów: tam do dziś ceny na wydrukach podawane są w euro i we frankach: każdy sobie może sprawdzić.

Rozumiem, że opozycja chce się różnić od rządu. Ale kiedy debatowano nad nieszczęsną wojną w Iraku, prezes Kaczyński poparł premiera Millera, wołając: "To jest nasza wojna!", i wsparliśmy prezydenta Busha w najbardziej dla Stanów Zjednoczonych katastrofalnej decyzji ostatniego pół wieku. (Chwila marzenia: gdyby wówczas George W. Bush posłuchał Chiraca, Schroedera lub - bliżej - Brzezińskiego, Stany Zjednoczone byłyby dziś w nieporównanie lepszej sytuacji, w niezrujnowanym Iraku Saddam Hussajn zmuszony byłby groźbami do ustępstw, Iran nie stałby się znacznie większym zagrożeniem itd.). Więc niechże się opozycja różni, ale czymś sensownym. Niestety jednak tak się stało, że PiS swoje sceptyczne stanowisko w sprawie euro określiło na długo przed obecnym kryzysem (i zapewne pod wpływem swoich pożal się Boże koalicjantów) i tak już zostało. Szkoda.

Polityczno-militarny kryzys wschodnioeuropejski także wymaga akcji zbiorowej. Konflikt w Gruzji był wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych, NATO, ONZ i Unii Europejskiej. I tylko ta ostatnia okazała się - po raz pierwszy! - gotowa do działania, co zaskoczyło Rosję. Przecież Moskwa mogła prezydentowi Sarkozy’emu powiedzieć: to nie pana sprawa - gdzie UE, a gdzie Gruzja? Wolno teraz każdemu poczynania francuskiej prezydencji krytycznie recenzować, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w obecnych ramach instytucjonalnych UE, bez ratyfikacji traktatu lizbońskiego, bez ściślejszej koordynacji polityki zagranicznej, bez możliwości wspólnej polityki obronnej i różnych innych form współpracy, przez ten traktat przewidzianych, wiele więcej oczekiwać nie możemy. I albo musimy liczyć na dobrą wolę poszczególnych mocarstw przejawianą poza strukturami UE, albo musimy pospieszyć się z pogłębianiem integracji. Innych perspektyw po prostu nie ma. Stany Zjednoczone są uwikłane gdzie indziej. Bezradność NATO niechże zilustruje prosty fakt: najsilniejsza po USA armia Sojuszu, druga (po rosyjskiej, ale lepiej wyposażona) armia Europy - turecka - pozostała całkowicie bierna. I pozostanie.

A więc wniosek, by przyspieszyć integrację, wygląda na oczywisty, zwłaszcza z naszej geopolitycznie skrajnej perspektywy. Wzmacniać go powinna świadomość, że im później ratyfikowana będzie Lizbona, tym odleglejsza perspektywa bliższej współpracy UE z Ukrainą. Ale jak widać, nie jest to oczywiste nawet dla niektórych polskich polityków. Także i w tej sprawie PiS i prezydent zapierają się nogami, chociaż stoją na śliskim gruncie. Bo przecież ten traktat negocjowali Bracia Bliźniacy i chwalili jego treść (co prawda, psuli jego sens, jak mogli, odkładając wejście w życie postanowień pogłębiających integrację). Przecież to nie PiS rzuciło hasło umierania za Niceę (módl się, kto potrafi, za dusze głosicieli). Sejm traktat ratyfikował, więc prezydent odrzucić go nie może; zresztą obiecał Sakozy’emu podpisanie. I doprawdy nie wiadomo, dlaczego partia wywodząca się z Porozumienia Centrum, które miało najsilniejszy po 1989 r. ideowy i osobowy składnik chrześcijańsko-demokratyczny, wyrosła na partię praktycznie antyintegracyjną, wpadającą w histerię na dźwięk słowa "federalizm". Rozumiem, że można mieć mnóstwo zastrzeżeń do dzisiejszych procesów i form integracji z traktatem lizbońskim włącznie. Ale trzeba sobie uświadomić, że innej integracji do wyboru nie mamy, nowy traktat oznaczałby wiele lat jeszcze żmudniejszych negocjacji i kompromisowych łamańców - a tymczasem świat zewnętrzny w miejscu nie stoi. Moskwa i Pekin wcale nie mają zamiaru czekać - wręcz przeciwnie, Putin i Miedwiediew pokazują, że bez wahania wykorzystają istniejące luzy instytucjonalne i dany im czas na manewry.

Argument Lecha Kaczyńskiego, że trzeba czekać na Irlandię, jest przedziwny: dlaczego stanowisko Polski ma zależeć od irlandzkiego? A dlaczego nie od litewskiego? Zwłoka ma praktycznie tylko jeden skutek, ale fatalny: wykazuje, że do Polski nie można mieć zaufania. Prezydent chichotał, że nie będzie mówił o traktacie, bo 7 listopada temat szczytu UE był inny. Niestety przepuścił doskonałą okazję zwrócenia uwagi na siebie i Polskę. Szczyt poświęcony był unijnej solidarności. Gdyby Lech Kaczyński powiedział jedno zdanie więcej: jutro podpisuję traktat, w świat poszedłby wyraźny sygnał. A tak sygnał prezydenta RP był wewnętrznie sprzeczny: chcemy jedności UE w sprawie Gruzji, ale nie chcemy jednoczącego traktatu.

Kryzysy sprawiły, że PO, nieskłonna do twardej jednoznaczności, przez czas dłuższy zdumiewająco rozmazana w sprawach europejskich, zdobyła się na konkret. PiS natomiast utknęło na pozycjach wyznaczonych dawniej, częściowo wynikłych z koalicyjnego przypadku. Są tacy, którzy się cieszą: ich zdaniem wataha skompromituje się do reszty, bo broni stanowisk bezsensownych i niepopularnych. Ale proces kompromitowania może jeszcze potrwać i dwa lata, a jego cenę będzie płacić całe państwo polskie. Można tylko mieć nadzieję, że kierownictwo PiS zdobędzie się na odwagę i w obliczu jawnych zagrożeń w tych dwu oczywistych sprawach - traktatu i euro - stanowisko zmieni. Taki gest odwagi przeniósłby polską politykę z lichego teatru do rzeczywistości.