Publiczność coraz częściej czeka na "coś śmiesznego", nie traktując już serio kolejnych komentarzy mówiących o tym, kto tym razem wygrał. Nawet najbardziej oddani tym rachunkom dziennikarze przestali zadawać to pytanie w wieczornych programach publicystycznych.

Jedni zastanawiają się już nad tym, kto będzie "trzecim" kandydatem w wyborach prezydenckich 2010 roku, inni szukają "trzeciej siły" na przepoczwarzającej się lewicy. Większość zgadza się w konkluzji, że obecny stan spraw wewnętrznych nie służy dobrze polskim interesom w europejskich zmaganiach. Dni partyjnych harcowników, którzy dla bon motu gotowi byli na wszystko, wydają się być policzone. Powrót tematów poważnych - zapowiedziany już przez wydarzenia w Gruzji - stał się faktem. Kryzys finansowy stawia rządy przed wyzwaniem, na które nie sposób odpowiedzieć wyłącznie dobrym administrowaniem.

Nieznośna lekkość polityki, jaka zapanowała po upadku rządów PiS, była możliwa jako swego rodzaju antyteza hiperpolitycznego patosu, jakim przesycone były wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Dziś - wobec milczenia prezesa PiS - taka antyteza jest całkowicie zbędna. Staje się na przemian śmieszna i irytująca. Donald Tusk i jego partia nie mogą na dłuższą metę legitymizować swoich rządów pisowskim straszakiem. Prowadzą jeszcze swoją grę z czasem licząc na to, że trzy następne kampanie wyborcze: europejska, prezydencka i parlamentarna będą łatwym zwycięstwem nad słabnącymi przeciwnikami. Że nawet w perspektywie roku 2011 nie pojawi się poważny polityczny rywal.

To jednak - jak widzą już dziś coraz liczniejsi uczestnicy życia publicznego - powoduje niebezpieczną dla Polski "pacyfikację polityki", próbę wymuszenia możliwie szerokiej i pełnej "dezartykulacji" interesów i poglądów. Tę pacyfikację rozpoczął już Kaczyński, próbując - nie bez sukcesu - budować własny monopol politycznego definiowania sytuacji. Ubezwłasnowolnił istotne głosy we własnym obozie - odbierając zręcznie podmiotowość zarówno koalicjantom, jak i własnej partii. Tusk dopełnił tego dzieła, próbując postawić swój rząd poza polityką rozumianą jako konieczność dokonywania niekomfortowych lub ryzykownych wyborów.

Wspomniani wyżej uczestnicy życia publicznego - ludzie, których codzienne decyzje wymagają pewnego rozeznania w celach polityki państwowej, współdziałania z tą polityką lub bronienia się przed jej niekorzystnymi skutkami - przyjmują to fiasko polityczności z rosnącym zniecierpliwieniem. Brak pomysłu na kryzys finansowy został wprawdzie przykryty akceptacją rządu dla "Mapy drogowej przyjęcia euro przez Polskę". Powagi dodało rządowi twarde stanowisko w sprawie emerytur pomostowych. Ale nie zmienia to generalnej niepewności co do zasadniczych kierunków strategii państwowej Tuska.

Rząd poza polityką

To prawda, że nie wszyscy życzyli sobie rządu w roli twardego, wtrącającego się we wszystko, moralizatorsko usposobionego gracza, jaki pojawiał się w przemówieniach Jarosława Kaczyńskiego. Jednakże nie zdawali sobie zapewne sprawy, że w nowych realiach - członkostwa w Unii Europejskiej, kryzysu finansowego czy wreszcie realizowania w oparciu o środki europejskie własnej strategii cywilizacyjnej - rząd jest czynnikiem kluczowym, przesądzającym o polskich szansach. Ci ważni uczestnicy to dziś właściciele i szefowie dużych firm, samorządowcy, szefowie instytucji publicznych - szpitali i wyższych uczelni, ludzie odpowiedzialni za codzienne funkcjonowanie istotnych sfer naszego życia. Im nie wystarczy władza symboliczna, zręczna w formułowaniu do emocjonalnych apeli i znieczulających terapii. Ich zawodowe role wymagają zdolnego do zrozumiałego definiowania swej strategii partnera na poziomie rządu narodowego, bo właśnie taki partner liczy się w Brukseli i bywa rozmówcą wielkich mocarstw. Taki partner stanowi jeden z ważniejszych atutów w polskiej grze o przyszłość.

Na mocną tezę Jadwigi Staniszkis twierdzącej, że nowy kapitalizm nie będzie już zbudowany na silnej klasie średniej, nie zareaguje żaden z doradców premiera. Podobnie jak brakowało reakcji na ostrzeżenia przed kryzysem zaopatrzenia w energię elektryczną. Otoczenie premiera wybiera inne tematy. Nie komunikuje się z tymi, którzy na średnim szczeblu dostrzegają istotne dylematy polityczne domagające się interwencji rządu. W najlepszym wypadku zostawia to apolitycznym podsekretarzom stanu. Raport ministra Boniego o kapitale intelektualnym stanowił jeden z niewielu wyjątków od tej komunikacyjnej reguły. Choć w sferze propozycji poprzestał na ogólnikach, to jednak określił cele i sposoby rozumienia zagadnienia przez najwyższe czynniki w państwie.

Nie zbudowano wokół tego raportu dostatecznie szerokiej dyskusji, nie sformułowano oferty współpracy na rzecz rozwiązania wskazanych tam problemów. Nie dostrzeżono tego, że pewne konkluzje pojawiały się już wielokrotnie na poziomie badań i elementarnych stanowisk poszczególnych środowisk - akademickich, nauczycielskich, medycznych. Okazja do artykulacji ważnych politycznych celów rozmyła się i nie spowodowała nawiązania istotnego kontaktu między rządem a instytucjami, które na co dzień borykają się z przedstawionymi w raporcie zagadnieniami.

Polityka pojawia się zatem na średnim szczeblu - ale pojawia się właśnie jako problem, który rozwiązać można tylko na poziomie państwowym. Zmiany w programach nauczania, reorientacja programów studiów, uruchomienie kształcenia permanentnego - to wszystko wymaga jasnej polityki rządu i nie zostanie ustanowione jako suma oddolnych inicjatyw. Nie jest to bowiem kwestia braku kompetencji intelektualnych kierowników średniego szczebla, ale naturalnego monopolu rządu i parlamentu na określanie ram formalnych, uruchamianie środków finansowych, tworzenie warunków współpracy z Unią Europejską.

Słaby, unikający efektywnej komunikacji społeczny rząd jest blokadą, której nie da się ominąć Nie można zbudować alternatywnego rządu złożonego z przedsiębiorców i samorządowców oraz wybitnych ekspertów, tak samo jak nie sposób wyłonić alternatywnego parlamentu czy alternatywnej głowy państwa. Jednocześnie zaś obecny system partyjny nie daje możliwości efektywnego przenoszenia poparcia i uruchamiania pozytywnych aspektów rywalizacji politycznej.

Dziś w polu politycznego wyboru nie ma alternatywy dla PO i Tuska. Można powiedzieć więcej - nie istnieje alternatywa wobec tej elity politycznej, która po sprawie Rywina zawładnęła dyskursem i nadziejami Polaków. To jednak dopiero trzeci rok dominacji Platformy i PiS. Za wcześnie by uznać, że istnieją dostateczne powody do wyczerpania się kredytu zaufania, jakim obdarzono obie partie. Opozycja wobec nich jest z natury słaba, bo sprzeciwia się nadziei na lepsze rządy, jakie miały nastać po upadku postkomunizmu.

Gra na czas

Twarda opozycja ze strony PiS oparta jest bowiem na poczuciu krzywdy, jakie powstało po przegranych przez tę partię wyborach. Partia Jarosława Kaczyńskiego liczy być może, że z czasem grono skrzywdzonych przez PO rozszerzy się, a ona sama stanie się naturalną ich reprezentacją. Także miękka opozycja, jaką jest SLD i SdPL, może liczyć tylko na zniechęcenie części wyborców Tuska, którym przestanie wystarczać "antypisowski" charakter rządu.

Paradoks obecnej sytuacji polega na tym, że przy retorycznych pozorach rywalizacji wszystkie drużyny grają de facto na czas. Począwszy od premiera, który chce w możliwie najlepszej kondycji dotrwać do roku 2010, a skończywszy na lewicowej opozycji, która musi poczekać na społeczne znużenie i rozczarowanie rządami centroprawicy. Gra na czas jest nie tylko mało widowiskowa. W wymiarze państwowym prowadzi ona do trudnych do odrobienia strat.

Tusk potrafi być "anty-Kaczyńskim". Potrafi zbudować przekonujący alternatywny wizerunek, lustrzane odbicie przeciwnika. Czy jednak umie poradzić sobie bez lustra? Dziś wydaje się to wątpliwe. Ma rok, żeby udowodnić Polakom, że potrafi być przywódcą samodzielnym, a nie tylko twarzą antypolitycznego pospolitego ruszenia. Rok by odbudować polityczna wizję albo ustąpić pola innym. Pierwsza dekada członkostwa w Unii, sposób, poważna reakcja na obecny kryzys, zdolność wygenerowania nowego porządku instytucjonalnego - to zadania, których nie wolno odkładać poza rok 2011.

Jeżeli Tusk będzie próbował wytrwać w dotychczasowym postępowaniu - wraz z Jarosławem Kaczyńskim stanie się symbolem elity politycznej niedojrzałej do odpowiedzialności za państwo. Stanie się grabarzem tej elity, która wypełniła Sejm IV i V kadencji daleko posuniętym serwilizmem wobec dwóch liderów, która - z kilkoma chlubnymi wyjątkami - nie potrafiła się im sprzeciwić i spełnić tej minimalnej funkcji reprezentacji, jaką jest zakomunikowanie rządzącym tego, co myśli o nich ów - decydujący o stanie i losach państwa - "średni szczebel". Która topiła szansę na dobrą politykę w pochlebstwach lub pełnym strachu milczeniu.