Dzień Kłamczuszka Politiuszka byłby dniem swoistego prima aprilis. Każdy, kto jest lub był politykiem, ma prawo tego dnia mówić, co chce, o kolegach (?) i przyjaciołach (?!) politykach. A to, że wódkę z nimi pił przez ucho od śledzia. A to, że nigdy nie był w życiu wyżej niż na 39. piętrze. A to, że ufał swemu prezydentowi. Albo że nie ufał. Albo że pamięta czasy wspaniałego wzrostu gospodarczego "za jego czasów". Albo że "za jego czasów" budowano autostrady. Albo że obecna koalicja niszczy polską służbę zdrowia. Albo że właśnie nie niszczy. Że agenci, że przeklęci, że Gomułka, że Putin, że w ogóle wszystko.

Dzień szału. Zrozumcie, państwo: jeden dzień. A tak - cały rok wolny.

Jak, jak? Jeden dzień to za mało? No, dobra - jeden dzień w miesiącu?

Co, proszę? Więcej... Niech i tak będzie. Jeden dzień w tygodniu.

No nie, siedmiu dni w tygodniu - co to, to nie. To nie miałoby sensu, to już mamy.