Tusk bowiem jest mówcą inteligentnym, ciekawym, dobrze argumentującym, a na dodatek spontanicznie zyskującym sympatię słuchaczy. I wszystkie te cechy posiadała jego czwartkowa mowa sejmowa.

Rzecz jednak w tym, że premier nie chce, nie umie albo zwyczajnie obawia się jasnego formułowania swoich wizji i celów. I dlatego tak rzadko głosi przemówienia. Bo każda wizja i każdy cel niesie ze sobą konieczność dokonywania wyboru, opowiadania się za czymś i - chcąc nie chcąc - przeciw czemuś. Musi iść za nią odwaga wyboru i gotowość obrony tego, co zostało wybrane.

Czwartkowa mowa tych właśnie cech była pozbawiona. Jeśliby z dobrą wolą rekonstruować jakiś stojący za nią polityczny ideał, mógłby to być chyba jedynie ideał politycznej równowagi. Potrzebujemy wszystkiego po troszku i niczego - broń Boże - w nadmiarze, aby osiągnąć pomyślność. Polityka zagraniczna rządu jest "twarda i stanowcza", ale "empatyczna". W relacjach z Rosją jest upragniony "dialog", ale "zakłócony kryzysem". Walutę europejską rząd będzie wprowadzać "szybko", ale "spokojnie". Nawet z opozycją najlepiej jest "być razem", ale tak "aby to nie była sielanka". Słówko "ale" jest chyba prawdziwym nerwem tego przemówienia. W pewnej chwili premier nawet wyznaje, że dobre negocjacje to takie, które kończą się wynikiem "win-win". A więc wszystkie sprzeczne racje w nich wygrywają.

Ale rzeczywistość skrzeczy. Kiedy ZNP razem z PSL wewnątrz rządu oportunistycznie chce rozwalić system emerytalny, nie wystarczy zareagować deklaracją, że "nauczyciele są najbliżsi sercu premiera". Będzie bowiem całkowitą nieodpowiedzialnością wobec przyszłych Polaków faktyczne przyśpieszenie wieku emerytalnego. Kiedy Sarkozy otwarcie wspiera w imieniu Unii wrogi Polsce rosyjski model bezpieczeństwa w Europie, nie wystarczy wzruszyć ramionami, dodając, iż "nie chce mi się komentować tego, co mówi każdy polityk". Bo - niezależnie od intencji - oznacza to strachliwe poparcie dla złej dla Polski polityki.

Jeśli za chwilę z hukiem wywróci się reforma służby zdrowia minister Ewy Kopacz, nie jest dobrym wyjściem próba zamilczenia sprawy na śmierć w bilansie roku premiera. Bo to jest jasny sygnał ucieczki i bezradności. Zresztą dokładnie to samo dotyczy innego przemilczanego sztandarowego przedsięwzięcia gabinetu - szkoły dla sześciolatków, ulubionego dziecka minister Katarzyny Hall. Wreszcie jeśli premier chce być ojcem wejścia Polski do Unii Monetarnej, to nic nie da w tej sprawie labiedzenie nad politycznymi wymaganiami pana prezesa Tricheta albo "proszenie po ludzku" własnych politycznych wrogów. To należy przeforsować z ryzykowną odwagą i sprytem, zarówno wobec bliźniaków, jak i frankfurckiego banku centralnego. Trzeba tylko, aby premier używał w sprawach państwa tych swoich talentów, które wielekroć przetestował z sukcesem w grze wewnątrzpartyjnej.

Owszem, równowaga w sprawach państwa jest wartością ogromną. Wiedzieli o tym antyczni Ateńczycy, gdy dla swojego miasta zaprojektowali ideał isonomii. Nie ganię więc Tuska za jego pragnienie równowagi. Zwłaszcza że pragnienie to było zdrowe i naturalne po czasach Kaczyńskich pełnych sztucznie zaszczepionego rozedrgania i niepokoju. Ale tamte czasy minęły. A teraz - na miły Bóg - nie możemy wiecznie słuchać ciepłego i serdecznego głosu tłumaczącego nam, że twardość jest w miękkości, szybkość w spokoju, a kiedy będziemy razem, to tak że - naprawdę - nie będzie to sielanka. Tu przecież też chodzi o równowagę! Ona właśnie - przynajmniej od czasu do czasu - budzi w nas tęsknotę za jednoznacznym przywództwem państwowym. Za władzą, która tym samym ciepłym głosem mówi nam jednak jasno - co zamierza, a czego nie zamierza zrobić z Polską.