Można się spierać, czy ukraiński prezydent Juszczenko ma rację, uznając Wielki Głód z początku lat 30. za akt ludobójstwa wymierzonego szczególnie w naród ukraiński. Ale zanim zmierzymy po aptekarsku deklaracje składane na kijowskiej konferencji, przypomnijmy: i Polacy, i Ukraińcy odczuli na własnej skórze potworność komunistycznej dyktatury. Oba narody były przedmiotem rosyjskiego ekspansjonizmu. Niezależnie zaś od wspólnych emocji, słowom polskiego prezydenta: "droga Ukrainy wiedzie na Zachód", towarzyszyły oklaski. Za takie reakcje Ukraińców warto płacić sporą cenę. To nasza racja stanu.

Tyle że w Polsce ukraińskie zaangażowanie Kaczyńskiego stało się źródłem kontrowersji. Potomkowie mieszkańców kresów przypominają o wymordowaniu dziesiątków tysięcy Polaków, przede wszystkim na Wołyniu, pod koniec wojny przez Ukraińską Powstańczą Armię. Mamy tu starcie dwóch pamięci: dla części Ukraińców UPA to element ich niepodległościowej tradycji zwróconej również przeciw komunizmowi i Rosji. Aby te sentymenty podtrzymać, przymyka się oczy na faszyzującą naturę organizacji i na jej zbrodnie. Z kolei Polacy z kresów pamiętają UPA tylko jako formację zbrodniczą. Takich fatalizmów znamy mnóstwo - choćby z samej tylko historii II wojny światowej.

Pretensja kresowiaków do prezydenta jest prosta: jedzie na Ukrainę mówić o Wielkim Głodzie, a nie mówi o zabitych Polakach. Wśród protestów brzmią głosy tak szlachetnych postaci jak ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. To skądinąd także pretensja do reszty polskich elit, bo PO czy lewica, choć mniej skłonne, by angażować się po stronie ukraińskich aspiracji, niż PiS-owski prezydent, są równie wstrzemięźliwe w rewindykowaniu pamięci o wołyńskich rzeziach.

Co można przeciwstawić tym emocjom? Może przypomnienie, że polityka historyczna (a uprawiają ją i ci, którzy się do tego nie przyznają) zawsze trochę służy polityce jako takiej. Nie tylko z woli partyjnych liderów, czasem i samych narodów. Zwykle łatwiej wybaczamy dawne grzechy aktualnym sojusznikom. I w tym sensie kibicuję wysiłkom Kaczyńskiego, aby zmienić nasze relacje z Ukraińcami. Nawet za cenę pewnej selekcji wątków, do których się dziś odwołujemy. Można tę selekcję, powiedzmy ostrożność, uzasadniać racjami moralnymi. Gdy spojrzeć na całą naszą wspólną historię, rachunki krzywd pojawią się po obu stronach. Nawet jeśli niszczenie cerkwi na kresach II Rzeczpospolitej to dużo mniej niż masowe mordy.

Są też racje praktyczne. Testament Giedroycia nawołującego, aby Polska stała się dla Ukrainy pomostem prowadzącym do Europy, zachował aktualność. Szukanie wątłych nitek, które nas historycznie łączą (a taką nitką jest wspólny los z czasów komunizmu) jest pożyteczne, nawet jeśli wspólne akademie Juszczenki i Kaczyńskiego rażą pewną sztucznością. Czy to jednak musi oznaczać odwrócenie się plecami od kresowiaków? W polskiej debacie dostrzegam dwie skrajności. Rafał Ziemkiewicz proponuje na łamach "Rzeczpospolitej" jakiś dziwny sojusz Polaków z elementami niechętnymi pomarańczowej rewolucji, skupionymi przede wszystkim we wschodniej części Ukrainy. I oni, i my nie lubimy tradycji UPA, powinniśmy więc trzymać się razem - brzmi konkluzja.

Byłaby to logika może uzasadniona, gdyby ten historyczny spór miał wielki wpływ na nastawienie obydwóch narodów wobec siebie dzisiaj. Choć i wtedy warto by zadawać pytanie o naturę polityki Janukowycza. Nic jednak na taką aktualność nie wskazuje - także po stronie ukraińskiej.

Oczywiście pomniki UPA na ukraińskiej ziemi będą razić Polaków jeszcze długo. Ale warto przypomnieć, że nawet nacjonalistyczne władze Lwowa pozwoliły w końcu, co prawda pod presją władz centralnych, na renowację cmentarza Orląt. Jest to zaś, jakby ktoś nie pamiętał, miejsce pochówku ludzi, którzy na przełomie 1918 i 1919 roku z bronią w ręku i w imię polskiej racji stanu walczyli o to, aby te tereny nie wpadły w ręce państwa ukraińskiego. Dla nas - nieomal święci. Dla Ukraińców - wrogowie. Nie stawiam znaku równości między Orlętami i członkami UPA. Pokazuję zawiązek jakiegoś, choćby kulawego, kompromisu.

I jest druga skrajność, którą wyraził komentator "Gazety Wyborczej" Marcin Wojciechowski, przekonujący, że zbrodnie na Polakach były "na marginesie działalności UPA", a Polacy też zabijali Ukraińców - w odwecie. O tym, co było marginesem, najtrudniej rozmawiać z rodzinami ofiar, a Polacy zabijali podczas wojny także Niemców, i to cywilów. Tylko co z tego? To rozumowanie pod tytułem: niech Polacy sobie nie wyobrażają, że w jakimkolwiek epizodzie swojej historii mogą pretendować do roli ofiar.

Ostatnią rzeczą, którą powinniśmy zrobić, jest potraktowanie kresowiaków jako uprzykrzonych petentów, gdy mówią o swoich rodzinnych tragediach. To i tak tradycja słabsza od innych. W czasach komunizmu silne było poczucie polskich krzywd poniesionych z rąk Niemców. I silny, skądinąd wyłącznie nieoficjalny, kult martyrologii ofiar Rosji oraz jej polskich sprzymierzeńców. Kresowa tragedia trochę się zagubiła. Ale to nie oznacza, że nie należy jej dziś upamiętnić.

Należy. Choć polityka historyczna bywa narzędziem polityki, nie może nią być do końca. Jeśli żądamy od Rosjan uznania głodu na Ukrainie (albo mordu w Katyniu) za ludobójstwo, to jaką nazwę znaleźć dla wołyńskich masakr? Łatwo być złapanym na stosowaniu podwójnych standardów.

Ale jest i ważniejszy powód. Czesław Bielecki, komentując kiedyś pomysł usuwania krzyża z oświęcimskiego żwirowiska, sprzeciwił się rachowaniu ludzkiego cierpienia. I przypomniał starą talmudyczną zasadę: Kto zabija jedno życie, zabija cały świat.

Ludzie z kresów nadal przeżywają cierpienie - bliskich, przodków. Jak pogodzić respekt wobec niego z proukraińskim kursem? Jest jeden sposób: znaleźć taką formułę, która pozwalałaby oddzielić upamiętnianie zmarłych od obwiniania żywych. Póki żyją choćby dzieci czy wnuki ofiar, nie jest to łatwe. Ale to wyzwanie - dla polskiej szkoły, polskich dziennikarzy, wreszcie i polityków.

Bo w ostateczności wrogiem pamięci o rzeziach wołyńskich nie jest ukraiński nacjonalizm, a niepamięć. Prawie połowa Polaków nic o tych zdarzeniach nie słyszała, Warto, aby usłyszała - nie w duchu antyukraińskiej pobudki, ale przestrogi przed spiralą szowinizmów.