"Nie użyliśmy broni, ani my, ani Osetyjczycy" - mówił Ławrow, a skoro wszyscy słyszeliśmy strzały, to znaczy, że strzelali Gruzini (bo chyba nie Polacy).

Ławrow uważa, że byliśmy tylko widzami w gruzińskim teatrze. Koronnym dowodem jest bus z dziennikarzami, który wyprzedził kolumnę prezydentów. Reporterzy mieli być na miejscu, by filmować całą awanturę.

Mnie się wydaje, że najbardziej prawdopodobna jest wersja pośrednia. Prezydent Micheil Saakaszwili zaproponował, że pokaże polskiemu koledze, jak w praktyce działa plan pokojowy Nicolasa Sarkozy’ego. To znaczy, że niektóre terytoria, które powinny być pod kontrolą Gruzinów, są nadal prawem kaduka okupowane przez osetyjskie wojska i rosyjskie "siły pokojowe". Reporterzy pojechali przodem, by sfilmować, jak zatroskani prezydenci patrzą na "dziki" osetyjski posterunek graniczny. Potem Lech Kaczyński mógłby ogłosić, że na własne oczy widział, jak gwałcone są ustalenia pokojowe. Jest to zresztą prawda, którą trzeba często i głośno powtarzać. Coś jednak poszło źle. Gruzińscy policjanci podjechali zbyt blisko posterunku. Pewnie Osetyjczycy stanowczo doradzili odwrót (zresztą do tego już się oficjalnie przyznali), swoje słowa popierając serią w powietrze (czemu gorąco zaprzeczają). Kolumna zgodnie z rozsądkiem zawróciła, a reszta była już dziełem specjalistów od PR i wypowiadanych w gorączce słów.

I choć czas płynie, napięcie nie maleje. W sprawie ostrzału wypowiedział się już premier Donald Tusk, który zażądał od Agencji Wywiadu, BOR i BBN raportu o tym, co się wydarzyło. Minister sprawiedliwości uspokoił, że sprawą zajmuje się prokuratura, a jej urzędnicy zauważają, że za napadanie na głowę państwa można trafić za kratki na pięć lat! Prezydent zapewnia, że świstu kul nie słyszał, za to po powrocie do Polski usłyszał coś znacznie gorszego: wypowiedzi świadczące o sile nurtu prorosyjskiego w naszym kraju.

Jedno jest pewne: uzbrojeni Osetyjczycy są ciągle dużo dalej na południe, niż wynika z podpisanego porozumienia pokojowego. Wczoraj znów użyli karabinów - tym razem wobec fotoreportera AP, który pojechał zrobić zdjęcie w miejscu niedzielnej awantury. Niby wszyscy o tym wiedzą od miesięcy, ale nikt by się o tym nie zająknął, gdyby nie trzy serie oddane w powietrze w obecności dwóch prezydentów.