Jeśli w zasobach bankrutującego banku inwestycyjnego Bear Stearns na jednego dolara aktywów przypadały 33 dolary długów, to oczywiście można było posłuchać zwolenników wolnorynkowej czystości, pozwolić krachowi i recesji przetoczyć się przez świat zupełnie na dziko. Jednak oznaczałoby to nieznane w historii skurczenie się światowej gospodarki. Wielu z nas z samochodów musiałoby się przesiąść na rowery, a z mieszkań przenieść na ulicę. Nie mówiąc już o tym, że przy tej okazji do władzy w różnych regionach dotkniętego kryzysem świata mogłoby dojść z pięciu Hitlerów i ze dwudziestu Mussolinich. Nic więc dziwnego, że zamiast czekać na wolnorynkową samoregulację, praktycznie wszystkie rządy postanowiły ratować kapitalizm.

Jednak to ratowanie kapitalizmu przez państwo okazuje się jednym wielkim sprawdzeniem kart: kto jest w dzisiejszym świecie naprawdę silny, a kto tylko blefuje, jakie organizacje międzynarodowe potrafią wspólnie działać, a jakie są tylko fasadą dla narodowych egoizmów. Jeszcze do wczoraj to Unia Europejska wyglądała na najsilniejszą. To ona naciskała na Amerykę, żeby działać wspólnie. Sarkozy i Barroso jechali do Camp David jako przedstawiciele grupy państw szukających globalnej odpowiedzi na globalny kryzys, podczas gdy Bush udawał, że wolny rynek świetnie sobie radzi, a planu Paulsona nigdy nie było.

Jednak kiedy Barack Obama jeszcze przed objęciem prezydentury ogłosił swój Keynesowski projekt wielkiej interwencji państwa w amerykańskim przemyśle i na rynku pracy, to okazało się, że to Europa zostaje w tyle. Że radykalny język jej przywódców - Sarkozy’ego, Browna i Merkel - opowiadających od miesięcy o konieczności "globalnej odpowiedzi na globalny kryzys" to zwyczajne bicie piany. Bo w rzeczywistości odpowiedź Niemiec, Anglii czy Francji nie tylko nie jest globalna, ona nawet nie jest europejska. Niemcy od początku pomagają sobie, własnym bankom i własnemu przemysłowi. Anglia ratuje własny "kasynowy kapitalizm". Beneluks troszczy się głównie o los Fortis Banku.

Tak, Francja chce wspólnego unijnego programu, ale też głównie po to, by pomóc własnej, najbardziej w Europie zadłużonej gospodarce. Francuski plan wspólnego funduszu ratującego zagrożone banki i przedsiębiorstwa miał bowiem niewiele wspólnego z zasadami europejskiej solidarności. Zakładał po raz pierwszy możliwość transferu pieniędzy od biednych do bogatych. Ze wstępnych obliczeń wynika, że Polska miałaby do niego dołożyć 11 miliardów euro, mimo że nie tracimy jeszcze na bańce kredytowej tyle co inni, bo wcześniej tyle co inni na niej nie zdążyliśmy skorzystać.

Wczorajsze spotkanie Sarkozy’ego i Merkel, po którym dwoje faktycznych liderów Unii miało zaproponować pierwszy naprawdę wspólny unijny plan antykryzysowy, także skończyło się niczym. Entuzjazmu wystarczyło akurat na tyle, żeby giełdy przez jeden dzień poszybowały do góry, odbijając się od absolutnego dna. Z wielkiego projektu wspólnego unijnego funduszu, który tak jak fundusz zaproponowany przez Obamę w USA ratowałby gospodarkę całego kontynentu przed recesją, pozostała jedynie ostrożna zgoda na ulgi podatkowe w poszczególnych państwach. Zresztą dzień wcześniej zupełnie na własną rękę wprowadzenie o wiele poważniejszych ulg podatkowych w Wielkiej Brytanii zapowiedział Gordon Brown.

Po raz kolejny dowiadujemy się, że globalny kryzys finansowy zastał Europę w najgorszym momencie, dopiero na progu integracji. Bez konstytucji, nawet bez traktatu lizbońskiego, natomiast z ciągotami do renacjonalizacji, do narodowego egoizmu. Kryzys wzmocnił siły odśrodkowe w Unii. Bez wspólnej odpowiedzi naszemu kontynentowi grozi chaos.