Dziś jedno z pewnością można powiedzieć - żadna z dwóch komisji śledczych nie wywołała rewolucji i nie pogrążyła nikogo. Na dodatek ani jednemu z sejmowych śledczych nie udało się osiągnąć osobistego sukcesu porównywalnego ze sławą, jakiej dostąpili posłowie zasiadający w poprzednich komisjach.

Być może komisje dogrzebią się jeszcze arcyciekawych faktów. Także naciskowa, bo w razie orzeczenia TK uznającego zakres jej prac za nieprecyzyjny, sejmowa większość może podjąć nową uchwałę. O ile będzie chciała, co nie jest oczywiste, zważywszy na nędzny plon dotychczasowych prac. Czas więc na pytania: czy wielomiesięczna praca obu komisji przybliżyła nas do prawdy o naciskach polityków PiS na prokuraturę i służby specjalne oraz prawdy o okolicznościach śmierci Barbary Blidy? Można stwierdzić, że uzyskalibyśmy stanowczą odpowiedź twierdzącą, gdybyśmy zapytali o to jakiegokolwiek członka obu komisji. "Tak, jesteśmy bliżej prawdy" - pod taką odpowiedzią podpisaliby się Ryszard Kalisz i Beata Kempa, Arkadiusz Mularczyk i Sebastian Karpiniuk. Sęk w tym, że każda z tych osób zupełnie inaczej rozumie znaczenie słowa "prawda". Dzięki dotychczasowym pracom Kalisz i Karpiniuk znaleźli dowody na "zbrodnie" PiS, Kempa i Mularczyk widzą za to naciski obecnych władz na wymiar sprawiedliwości i specsłużby. Każda ze stron ma swoją prawdę, do której rzekomo się zbliżyliśmy.

Weteran pierwszej i najsłynniejszej komisji śledczej Jan Rokita bezpardonowo podsumował efekt pracy komisji naciskowej: "Wielkie rzeczy powtarzają się w historii przez swoje parodie. Ta komisja nic nie odkrywa i nie odkryje. Powinna przestać istnieć" - mówił w wywiadzie telewizyjnym, a potem powtórzył to w swoim tekście w DZIENNIKU. Rokita twierdzi, że przy obecnym modelu polityki członkowie komisji są tylko posłusznymi wykonawcami partyjnych poleceń, a swoje raporty przedstawiciele PO i PiS mogliby napisać jeszcze przed rozpoczęciem pracy śledczej. Ktoś powie, że Rokita nie jest bezstronny, bo pokłócił się ze swoją partią. Ale wystarczy prześledzić kilka posiedzeń komisji, by przyznać rację słowom Rokity, że zadaniem członków komisji jest "apoteoza własnej formacji i gryzienie przeciwnej".

Tu nie ma osoby formatu Tomasza Nałęcza, który w komisji Rywina uznał, że prawda jest ważniejsza niż pilnowanie interesów własnej formacji. I choć on też był ostro krytykowany za stronnicze traktowanie kolegów, to jakże niesprawiedliwe wydają się dziś te zarzuty w porównaniu z praktyką komisji naciskowej. Przewodniczący komisji Andrzej Czuma, człowiek o wybitnym życiorysie, niestety wpisuje się w diagnozę Rokity o stawianiu partyjnej lojalności ponad wszystko. Kto nie wierzy, niech policzy, jak często Czuma używa formuły "odbieram panu głos" w stosunku do poszczególnych członków komisji. Mimo że Sebastian Karpiniuk jest równie niesforny i niezdyscyplinowany jak Jacek Kurski, to ten drugi upominany jest kilka razy częściej. Gdy pytania zadaje PiS-owski członek komisji Czuma, potrafi przypomnieć świadkowi, że ten ma prawo odmówić odpowiedzi. Gdy świadek uchyla się przed pytaniami strony prokoalicyjnej, wtedy Czuma przypomina o surowych konsekwencjach odmowy. Aby jednak być sprawiedliwym - Czuma co jakiś czas próbuje łagodzić kurs wobec Kurskiego i Mularczyka. Jest z tego powodu - w co nie wszyscy uwierzą - krytykowany w PO za to, że jest zbyt łagodny, i że za bardzo go ciągnie w stronę "chłopaków z PiS".

Role w spektaklu są rozpisane. I nie jest to thriller, lecz nudny serial obyczajowy. Na razie kompromitujące poprzednią władzę fakty, o których mówiono na komisji, to kwestia bardziej złych obyczajów politycznych niż bezsprzecznego łamania prawa. W każdym razie główny przedstawiciel PO Sebastian Karpiniuk ma za zadanie maksymalne ich wyeksponowanie, Czuma wycofał się i pełni rolę jedynie porządkowego. Kurski i Mularczyk starają się dyskredytować zeznania niewygodnych świadków lub próbują dezorganizować rytm pracy komisji, składając wnioski przesłuchanie takich osób jak np. obecny minister sprawiedliwości. I trzeba przyznać Jackowi Kurskiemu, że potrafi zrobić to ze swoistym wdziękiem, gdy uzasadnia wezwanie Zbigniewa Ćwiąkalskiego tym, że ten, robiąc czystki w prokuraturze, powinien coś wiedzieć o naciskach na prokuratorów. Zresztą wszystkie wnioski mniejszości są odrzucane, więc PiS tanim kosztem może przedstawiać się jako ofiara tyranii. A pozostałych członków komisji można zaliczyć do kategorii halabardników, którzy czasem wprawdzie stukną głośniej w deski sceny, nie na tyle jednak, by pozostać w pamięci widzów.

Równie bezbarwnie jest z zeznaniami. Świeżo w pamięci mamy obecność przed komisją Janusza Kaczmarka i Andrzeja Leppera. Zbigniew Ziobro, którego przesłuchanie mogło być bardzo ciekawe, z winy komisji nie zdążył być wysłuchany. Kaczmarek i Lepper opowiedzieli to samo, o czym mówili wcześniej mediom i zeznali w prokuraturze. Charakterystyczny był kłopot mediów, jak zrelacjonować ich wystąpienia. Nawet rozliczająca "zbrodnie PiS" "Gazeta Wyborcza" nie uznała, że ich zeznania były warte zaanonsowania na pierwszej stronie bardziej niż np. kradzież obrazu Malczewskiego. Jeden z portali internetowych za news z przesłuchania Leppera uznał to, że korzystał on z pięciu telefonów komórkowych.

Dziennikarze i członkowie komisji wskazują, że ciekawsze są zeznania dwojga prokuratorów - prowadzącego śledztwo w sprawie afery paliwowej Wojciecha Miłoszewskiego i Elżbiety Janickiej, która odpowiadała za zatrzymanie byłego ministra sportu Tomasza Lipca. Miłoszewski był tym prokuratorem, którego Zbigniew Ziobro zawiózł do siedziby PiS, by tam zreferował sprawę afery paliwowej Jarosławowi Kaczyńskiemu. Sprawa wyszła na posiedzeniu komisji, ale dzięki wcześniejszym zeznaniom Miłoszewskiego w prokuraturze. To pokazuje, że komisja samodzielnie nie dotarła do żadnych ustaleń i wtórnie korzysta z dorobku wymiaru sprawiedliwości i być może służb specjalnych. Zeznania Miłoszewskiego nie pogrążyły też nikogo z PiS - nie postawiono zarzutu karnego Kaczyńskiemu za nieuprawnione przeglądanie akt sprawy. Przeciwnie, Miłoszewski sprawił wiele kłopotu obecnej władzy, bo wygląda na to, że to ona naciskała na niego, żądając, by złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Ziobrę. Za odmowę odebrano mu immunitet prokuratorski, ale odzyskał go w sądzie dyscyplinarnym drugiej instancji.

Postępowanie dyscyplinarne toczy się przeciw prokurator Janickiej, która ma być winna temu, że Lipiec został zatrzymany dopiero po wyborach w 2007 r., mimo, iż CBA żądało wcześniej wydania nakazu aresztowania. Janicka powiedziała wówczas, co zeznał świadek komisji prokurator Cezary Przasnek, że "puknie" tych prokuratorów, którzy dopuszczą do wcześniejszego zatrzymania eksministra. Pani prokurator tłumaczy się, że jej słowa dotyczyły czegoś innego. Komisja próbowała skonfrontować ją z Przasnkiem, ona jednak odmówiła zeznań, a Przasnek zażądał przesłuchania za zamkniętymi drzwiami. Śledczy byli bezradni.

Równie mało sensowne było przesłuchanie Lipca, który głównie opowiadał o politycznych intrygach wokół niego. Zapytany o naciski odpowiedział z rozbrajającą bezradnością: - Nic nie wiedziałem o naciskach, bo nie spodziewałem się aresztowania.

Osoba, która według Lipca miała go szczególnie podgryzać, to Elżbieta Jakubiak. Kolejna minister sportu miała być wezwana przed komisję na wniosek Platformy, a potem sama PO przegłosowała, by jej jednak nie wzywać. Jakubiak zaczęła po tym publicznie domagać się przesłuchania. Jej pewność siebie, zresztą równie pewnie wypowiadali się inni politycy PiS, którym groziło wezwanie, świadczy o tym, że członkowie partii Kaczyńskiego dawno uznali, że ta komisja w niczym im nie zaszkodzi. Rzeczywiście, żaden z licznych kłopotów trapiących PiS nie jest spowodowany przez komisje śledcze. Zresztą, czy Jakubiak może być osądzona za ewentualne intrygowanie? Wątpliwe. Podobnie może być z udowodnieniem, że osławione "puknięcie" prokurator Janickiej było naciskiem, za który można ją ukarać.

Nieco lepiej wygląda praca w komisji badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy. Tam zakończyły się awantury między jej przewodniczącym Ryszardem Kaliszem a główną reprezentantką PiS Beatą Kempą, i komisja zaczęła przesłuchiwać. Tyle że jej świadkami jest rzesza szeregowych prokuratorów z Gliwic, Siemianowic Śląskich, Katowic i okolicy. Zeznania jednego ze świadków, który stwierdził, że prokuratura nic nie miała na Blidę, nie wywołały żadnego zainteresowania opinii publicznej. Komisja odkrywa tylko kulisy pracy prokuratury, w tym to, że szefowie natarczywie wydzwaniali do podwładnych z pytaniem "co ze śledztwem". Czy ktoś zostanie ukarany? Wątpliwe, bo trudno będzie udowodnić, że to niedozwolone naciski, a nie "dopingowanie" do lepszej pracy. A jeśli ktoś poniesie konsekwencje, to raczej któryś z prokuratorów o nazwisku nic niemówiącym opinii publicznej.

Bezsprzecznie w czasie obu komisji można się dużo nasłuchać na temat praktyki rządzenia za czasów PiS. Prokurator Janicka miała specjalny, zabezpieczony przed namierzeniem telefon komórkowy do bezpośredniego łączenia się ze Zbigniewem Ziobrą. Miłoszewski nie został nawet zapytany, czy chce rozmawiać z Kaczyńskim. A do śledztwa w sprawie mafii węglowej zostali skierowani bardzo młodzi, niedoświadczeni prokuratorzy. To istotnie źle świadczy o czasach Ziobry. Jest jednak pytanie, czy w jego czasach łamano prawo? Komisje, a nawet prokuratura, tego nie udowodniły. Drugie pytanie, czy era Ziobry była wyjątkiem? Dobrze wiemy, że nie. Przypomnijmy prokuratura Kapustę z epoki Leszka Millera. A dziś, za czasów Zbigniewa Ćwiąkalskiego, prokurator Miłoszewski już stał się symbolem nieprzejrzystych metod pracy obecnego kierownictwa wymiaru sprawiedliwości. Nawet Cezary Przasnek, który miał być koronnym świadkiem w sprawie aresztowania Lipca, kilka miesięcy temu odszedł z prokuratury i całkowicie zmienił zawód. Według doniesień medialnych miał dość pracy w tej instytucji.

Jest jednak jeden pozytyw pracy obu komisji. Wiadomo, że po zmianie władzy prokuratura i tak badałaby sprawki poprzedników. Dobrze więc jest, że działa coś w rodzaju bezpiecznika, dzięki któremu można sprawdzić, czy rozliczanie nie jest wyłącznie odwetem. To swego rodzaju jawna instancja odwoławcza. Szkoda tylko, że komisje zmieniły się w miejsce starcia partyjnie zaprogramowanych robotów. Przy okazji widać, jak bardzo brak niezależności sejmowych śledczych zabija tę pożyteczną instytucję.