Pierwsza wiadomość jest dobra. W narastającym sporze, który toczy się zarówno w świecie idei, jak i w realnej polityce, Polska powoli odnajduje swoją pozycję. Tak przynajmniej można sądzić z pierwszej publicznie przedstawionej przez ministra finansów analizy kryzysu. Wedle Jacka Rostowskiego zadaniem rządów w czasie takim jak dziś jest "zarządzanie kryzysem" oraz "budowanie silnych instytucji", które nasze życie uczynią na przyszłość nieco bezpieczniejszym wobec nieuchronności rynkowych cyklów.

Odpowiedzialność za zarządzanie kryzysowe jest w zasadzie istotą państwa. Carl Schmitt powiedziałby, że coś, co nie kończy wewnętrznego kryzysu, nie jest w ogóle państwem. A budowanie instytucji? Mój Boże! Od dawna marzą mi się rządy rozumiejące, że nie mogą zostawić po sobie żadnego lepszego dziedzictwa, niźli dobrze urządzone instytucje publiczne.

W czasach, kiedy wokół pojawili się liczni histeryczni zwiastuni i pospieszni wyznawcy nowej rewolucji, kiedy Sarkozy każe się fotografować z dziełami Marksa, a Obama szydzi z idei społeczeństwa właścicieli - Rostowski podąża tropem wytyczonym przez klasyków. Słusznie. Po pierwsze, bo cała ta fala głośnych lewicowych proroków nie ma do zaproponowania nic ponad stare skompromitowane żądanie stałego subsydiowania narodowych gospodarek i w efekcie ponownego obwarowania ich barierami protekcyjnymi z obawy przed konkurencją. Dla Europy oznacza to nie tylko zastój cywilizacyjny, ale i nieuchronny rozpad Unii Europejskiej. Ale Rostowski lokuje nasz pogląd we właściwym miejscu także z całkiem polskiego, partykularnego powodu. Swobodny wyścig subsydiów Polska musi przegrać. Więc kiedy minister finansów, zapewne po licznych wewnętrznych cierpieniach, wydobywa z siebie w końcu to oczywiste, ale najtrudniejsze przesłanie: będzie niestety gorzej, to ja cieszę się przynajmniej z tego, że przy tej okazji nie daje się ponieść fali neurotycznych, rewolucyjnych recept ekonomicznych, które następnie - wzorem prezydenta Francji - co parę dni będzie na dodatek zmieniać.

Ale gorsza jest niestety wiadomość druga. Skoro będzie jednak gorzej, to będziemy redukować wydatki. Zgoda. Jednak minister Rostowski sugeruje wyraźnie, że "nie mówimy o cięciach wydatków, ale o ograniczeniu tempa ich wzrostu". Przypomnijmy zatem, gdzie wzrost wydatków w budżecie na rok 2009 miał być największy. W obronie narodowej, nauce i inwestycjach drogowych. Armia zawodowa, bogatsza o 25 proc. nauka i rozbudowane jak nigdy fundusze drogowe - jeszcze kilka dni temu były ogłaszane jako polityczne priorytety rządu, którymi chlubił się premier. Jeśli więc efektem polityki antykryzysowej miałyby być cięcia tam, gdzie założono największe tempo wzrostu, musiałoby to znaczyć zrujnowanie owych priorytetów. I powrót do najgorszej w dziedzictwie polskich finansów metody mechanicznego naliczania nowych wydatków przez przeliczenie jakimś wskaźnikiem kwot wykonania budżetu z zeszłego roku. Budżet pani księgowej z Ministerstwa Finansów miałby więc znowu zastąpić budżet rzeczywistych priorytetów narodowych.

Nie wykluczam, że minister finansów nie widzi dziś w ogóle innej możliwości. Ale jeśli tak, to wiadomość byłaby już najgorsza z możliwych. Znaczyłoby to bowiem, że rację miał profesor Stanisław Gomułka, gdy odchodząc z rządu, przestrzegał, że rezygnacja z reformy finansów publicznych i skorelowanej z nią zadaniowej reformy budżetu w czasie, gdy nikt nie przewidywał jeszcze ostrości kryzysu, była błędem, za który przyjdzie zapłacić. Przez kryzys może się okazać, że prędzej, niźli wtedy można było sądzić.