Wydobycie w 1869 roku zwłok Kazimierza Wielkiego dało niegdyś asumpt Józefowi Szujskiemu, aby zaatakować romantyczne przekonanie, iż celebracje wielkiej narodowej przeszłości czynią nas lepszymi Polakami. "Odziewanie się w świetną przeszłość będzie tak długo strojeniem się w cudze pióra - pisał - jak długo pracom przeszłości nie wskażemy prac własnych, skromniejszych może, bo w dzisiejszych czasach większego trudu wymagających".

Sam pamiętam jedno z pierwszych bardzo młodzieńczych przeżyć patriotycznych, gdy w roku 1973 dane mi było iść w kondukcie do kaplicy świętokrzyskiej za trumnami Kazimierza Jagiellończyka i królowej Elżbiety. Wydobywanie i badanie królewskich szczątków konfrontuje nas bezpośrednio z pytaniem o sprostanie. Bo sensem patriotycznego wychowania jest nadzieja na to, że damy radę sprostać naszym przodkom.

Nie wierzę, by został osiągnięty zasadniczy cel obecnej ekshumacji - ustalenie bez wątpliwości przyczyn śmierci premiera Sikorskiego. Między bajki także wkładam sensacyjne opowieści o zabójstwie dokonanym w Gibraltarze i przeniesieniu martwych ciał na pokład brytyjskiego samolotu. Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo nie trzymają się one logicznej kupy. Bardziej prawdopodobne byłoby rzucenie snopu światła na sprawę, gdybyśmy potrafili skłonić Brytyjczyków do przeprowadzenia pełnego śledztwa na podstawie kompletnych archiwaliów. Wieloletni upór Londynu w sprawie tajności archiwaliów katyńskich, podtrzymywany jeszcze wtedy, gdy nikt już na świecie nie miał wątpliwości co do sprawców tej zbrodni, pokazuje, że w takich sprawach z Brytyjczykami nie idzie łatwo. Chociaż nasz upór i cierpliwość zaowocowały w końcu przeprosinami rządu brytyjskiego za podtrzymywanie przez tyle lat kłamstwa katyńskiego.

Ale jeśli istnieje choćby cień prawdopodobieństwa, że polski premier został zamordowany w wyniku spisku, naszym obowiązkiem jest nieustanne poszukiwanie prawdy. I niezaniedbanie żadnego, nawet najbardziej bajkowego tropu badań. Sprawa nie jest zamknięta dlatego, że minęło 65 lat. A gdyby się miało okazać, że ustalenie pełnej prawdy nie będzie nigdy możliwe - nigdy nie będzie zamknięta. Tak jak po tysiącu lat otwarta pozostaje sprawa okoliczności śmierci biskupa i świętego Stanisława ze Szczepanowa. Niegdysiejsza ekshumacja szczątków Kazimierza Wielkiego po 500 latach pozwoliła potwierdzić, że bezpośrednią przyczyną jego zgonu był upadek z konia w Przedborzu w ziemi sieradzkiej i złamanie nogi. Wysiłek ustalania prawdy pozostaje narodową powinnością, która nie wygasa. A już zwłaszcza wtedy, gdy na rozstrzygnięcie czeka pytanie, czy nie miała miejsca nieukarana nigdy zbrodnia królobójstwa.

Dobrze więc, że szczątki polskiego premiera badają dzisiaj na zlecenie IPN najlepsi krakowscy eksperci. Dobrze, że mimo wyraźnych wahań na ekshumację zgodził się biskup krakowski. I przede wszystkim rację miał premier Donald Tusk, gdy postanowił skłonić do pomocy w rozwikłaniu zagadki tej śmierci także premiera Gordona Browna. I to nawet w chwili, gdy ów zaabsorbowany jest jedynie myślą o ratowaniu Brytanii w kryzysie. Bo pośród owych "skromniejszych prac własnych", które mają nam pozwolić sprostać przodkom, jest także ciągła praca rozsupływania własnej przeszłości. Coś na kształt permanentnej narodowej lustracji.