Wokół raportu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na temat gruzińskiego incydentu mnożą się wątpliwości. Dla mnie pierwszą z nich jest to, dlaczego sprawą międzynarodową zajmują się służby - jak nazwa wskazuje - wewnętrzne. Nawet jeśli powstał on w Centrum Antyterrorystycznym, jak twierdzi ABW, to nadal fakt złożenia na nim podpisu przez szefa tej służby powoduje, że bierze on zań odpowiedzialność. Ale mniejsza o to. Dziennikarze DZIENNIKA opisali ten raport jako oparty w dużym stopniu na zdjęciach uśmiechniętego Saakaszwilego i relacjach dostępnych w internecie.

Na tej podstawie ABW miała wyciągać wniosek, że strzały wokół prezydenta Kaczyńskiego były gruzińską inscenizacją. W środę agencja wystosowała dementi. Ponoć doniesienia DZIENNIKA wyssane są z palca. Jednocześnie jednak skierowano do prokuratury zawiadomienie o wycieku informacji poufnych. Coś tu się kupy nie trzyma. Jeśli dziennikarze konfabulowali, to czego dotyczy zawiadomienie? Od kiedy prokuratura ściga ssanie palca?

Rzeczywiście chodzą takie plotki, że niedzielna strzelanina była dogadana między spin doktorami obu prezydentów. Tylko że Krzysztof Bondaryk nie został powołany na naczelnego plotkarza RP. To, że Saakaszwilemu mogło na głośnym medialnie incydencie zależeć i że uśmiechał się, słysząc strzały, to za mało, by formułować kategoryczne sądy. Ja na przykład, kiedy się przestraszę, robię idiotyczne miny zupełnie nie przystające do sytuacji.

Co więcej - od środowego poranka dziennikarskie rewelacje o treści raportu potwierdzał wicepremier odpowiedzialny za ABW - Grzegorz Schetyna. Były i inne sygnały, że agencja rzeczywiście przyjęła wersję gruzińskiej prowokacji. Wszystko zmieniło się po południu, kiedy brew zmarszczył premier Tusk. Uznał, że wnioski wyciągnięte przez ABW są być może pochopne. W normalnym kraju ciąg dalszy byłby oczywisty: dymisja szefa takiej służby. Czy Tusk zdecyduje się pozbyć Bondaryka? Jeśli nie zwolnił go po ujawnionych niedawno wielkich przepływach finansowych z Ery na jego konto i jeśli nie zwolni po kompromitującym raporcie, którego jedynym celem miało być ośmieszenie prezydenta, to znaczy, że Bondarykowi będzie już wszystko wolno.

Dotychczas zawsze odnosiłem wrażenie, że nie politycy rządzą służbami, lecz służby politykami. Tak prezydent, jak premier i ich poprzednicy zdawali się ulegać wpływom osób, które uważali za posiadające wiedzę tajemną. Zapewne jest więc tak, że Krzysztof Bondaryk codziennie dostarcza Tuskowi tzw. rewelacje. Wiadomości, których nikt inny nie ma. Polityk uzbrojony w taką wiedzę czuje się pewnie. Pozbycie się jej źródła musi rodzić strach i poczucie bezbronności wobec zjawisk, które przedstawiane były jako zagrożenie.

Donald Tusk jako historyk powinien świetnie znać te dworskie mechanizmy, bo działają one wokół monarchów od wieków i pod każdą szerokością geograficzną. Ale właśnie wiedząc o tym, powinien być na nie uodporniony. Czy jest - to się dopiero okaże. W moim odczuciu nie pozostaje mu nic innego, jak Bondaryka się pozbyć. Zawsze miałem Tuska za człowieka racjonalnego. "Test Bondaryka" wykaże, czy się myliłem.